Polska B na równi pochyłej

Prowincja to ofiara liberalizmu dominującego w III RP oraz systemowego lekceważenia słabszych. A najgorsze prawdopodobnie przed nią. O ile balcerowiczowska „transformacja” uderzyła w cały przemysł, o tyle największymi przegranymi tego procesu były społeczności prowincjonalne. Po pierwsze, likwidowane zakłady często stanowiły jedyne lub główne miejsca pracy w okolicy. Po drugie, rzadko coś powstawało w zamian.
Mężczyzna i stara fabryka
Mężczyzna i stara fabryka / Pixabay

Co musisz wiedzieć:

  • Autor opisuje jak Polska prowincja została strukturalnie osłabiona przez transformację ustrojową i liberalną politykę III RP, która zlikwidowała miejsca pracy, transport i usługi publiczne.
  • Ideologia koncentracji rozwoju w wielkich miastach („rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego”) wskazana zostaje w tekście jako pogłębiająca nierówności, prowadząca do masowej migracji, starzenia się ludności i depopulacji Polski B.
  • Tekst ocenia rządy PiS pod względem pomocy prowincji pozytywnie: przez fakt rozpoczęcia transferów socjalnych, wsparcia płac i inwestycji komunikacyjnych.

 

Akcja dewastacja

W moim rodzinnym Zawierciu zlikwidowano dwa wielkie zakłady włókiennicze, hutę szkła, fabrykę opakowań blaszanych, duży zakład serwisujący ciężarówki, przedsiębiorstwo z branży metalowej, zakład destylacji drewna, zakłady mięsne. W sąsiednich małych miejscowościach upadły dwie duże cementownie, zakład pokryć dachowych, zakłady włókiennicze, odlewnia, fabryka AGD, fabryka obrabiarek. W kilku podmiotach, które przetrwały, zatrudnienie zredukowano o 60–80%. Ubyło tysięcy miejsc pracy.

W zamian powstało niewiele. Na część nowych firm trzeba było czekać z dwie dekady od „transformacji”. Taki scenariusz był typowy dla setek miejscowości polskiej prowincji. Moje rodzinne miasto trochę ratowało położenie – w pobliżu wielkiej aglomeracji i zagłębia przemysłowego, przy dużej linii kolejowej. Inni nie mieli tyle szczęścia.

 

Bez dojazdu

Rząd Jerzego Buzka w tylko jeden dzień – 3 kwietnia 2000 roku – zawiesił kursowanie pociągów na 1028 kilometrach. Towarzyszyło temu likwidowanie całych linii kolejowych. Drugi rząd Leszka Millera wyłączył z ruchu 1582 kilometrów linii kolejowych. Gdy po nim nastał rząd Marka Belki, dołożył kolejne 818 kilometrów likwidacji. Głównie na prowincji. Często były to trasy łączące z miastami, w których było lepiej z pracą i dochodami.

Tę politykę kontynuowano za pierwszych rządów Donalda Tuska. Dziś politycy PO chwalą się sporadycznym przywracaniem ruchu na trasach, które ta sama partia zamknęła kilkanaście lat temu. Dokonała wtedy także masowego niszczenia PKS-ów. Ocalałe z nich postanowiono sprywatyzować, a gdy nie było chętnych – zlikwidować. Było tak na przykład w Zawierciu, gdzie mieszkałem, oraz w Cieszynie, gdzie mieszkam. PKS-y obsługiwały całe powiaty. Zakończyły żywot za „pierwszego Tuska”. Politycy PO kilka lat później rozpaczali nad „wykluczeniem komunikacyjnym”. Oni wykluczyli ludzi ze wszystkiego.

 

Hurtowe likwidowanie

Tylko w ciągu pierwszych pięciu lat rządów PO zamknięto 954 szkoły podstawowe i 170 gimnazjów. 86% podstawówek zlikwidowanych w latach 2007–2012 to placówki z gmin wiejskich oraz miejsko-wiejskich.
W latach 2007–2014 zlikwidowano prawie połowę – ponad 370 – posterunków policji, głównie we wsiach i w małych miasteczkach.

W podobnym okresie o ponad 40% zmalała liczba placówek pocztowych, w tym niemal 500 ubyło na wsi. Podobnie z placówkami kulturalnymi, integracyjnymi, leczniczymi itp.

 

Ideologia kontra ludzie

Nie był to przypadek. Stała za tym ideologia. Gdy za sprawą wysiłków Przemysława Gosiewskiego pociągi pasażerskie zaczęły obsługiwać stację Włoszczowa Północ na Centralnej Magistrali Kolejowej, drwinom nie było końca. Kto to widział, żeby jacyś „wieśniacy” mogli wsiąść do pociągów łączących stolicę z „interiorem”. „Po co?”, „Ile to kosztuje?”, „Kto tam będzie wsiadał?” – komentowała liberalna elita.
Dziś ze stacji na styku województw śląskiego, świętokrzyskiego i łódzkiego korzystają codziennie setki osób. Nawet w kategoriach czystej rentowności jest to opłacalne.

Gdy wspomniany Gosiewski był zajadle krytykowany za wsparcie komunikacyjne mieszkańców prowincji, celnie zauważył:

„To są ugrupowania, według których mają się rozwijać tylko duże miasta”.

Wizję tę zwano „rozwojem polaryzacyjno-dyfuzyjnym”: trzeba wspierać najprężniejsze ośrodki, a ich rozwój pociągnie w górę całą resztę. Nie ma w tej doktrynie żadnego sensu, ale padła na podatny grunt.

 

Kowale z luksusowej kuźni

Mieszkańcy wielkich miast chętnie uwierzyli w wizję, wedle której małe miejscowości zamieszkują jacyś gorsi, nieudolni ludzie. Każdy lubi czuć się lepszym i sprawczym. Łatwo wierzyć w „bycie kowalem własnego losu”, gdy zamieszkujemy np. w stolicy. Najwyższe bezrobocie wynosiło w III RP w Warszawie tyle samo lub mniej niż najniższe w wielu miejscach Polski B. Gdy w stolicy budowano kolejną linię metra, na prowincji czekano na kanalizację, gazociąg czy światłowód.

To nie tylko kwestia Warszawy. Przeciętna pensja w sektorze przedsiębiorstw wynosiła w Krakowie wiosną 2025 roku niemal 13 000 zł brutto. Ten sam wskaźnik dla całego województwa małopolskiego to już tylko niespełna 9000 zł. Zatem na każdego dobrze zarabiającego Krakusa przypada zamieszkujący całkiem niedaleko ktoś z dochodami o połowę niższymi.

Ciekawe, jak „kowale” poradziliby sobie, gdyby zabrać im znakomity lokalny rynek pracy albo wysokie wielkomiejskie pensje, albo duże wpływy do budżetu miasta płacone ze względu na miejsce formalnej rejestracji wielkiego biznesu itp., albo mnóstwo usług publicznych, które na prowincji likwidowano hurtowo. Wygodniej o tym nie myśleć – i żyć w przekonaniu, że Polskę B zamieszkuje nieudaczny „ciemnogród”.

 

Kwadratura koła

Nie ma pracy na miejscu i brak dojazdu tam, gdzie ona jest? Przeprowadzamy się tam, gdzie o nią łatwiej. Brak godnych pensji czy stabilnego zatrudnienia i możliwości rozwoju zawodowego? Taka sama indywidualna strategia przetrwania. Brak rozrywek, możliwości rozwoju, dostępu do kultury czy leczenia? Kto może, ten ucieka. W III RP wyjechały z kraju 2 miliony Polaków. Większość właśnie z prowincji. Jeszcze więcej opuściło ją, aby przenieść się do polskich dużych miast.

Wyjeżdżają ludzie, którzy dopiero w większym mieście zdecydują się na dzieci. Wyjeżdżają młodzi zaraz po szkole średniej – i już nie wracają. Wyjeżdżają ci z pomysłami i aktywni oraz ci bez szans na cokolwiek na miejscu. Gdy do tego dochodzi mizerny przyrost naturalny, prowincja wyludnia się, a średni wiek mieszkańców stale rośnie.

Czyli jeszcze bardziej maleją szanse na jakikolwiek rozwój. Ubywa płatników podatków. Ubywa dzieci w szkołach i przedszkolach. Ubywa aktywnych konsumentów usług publicznych i oferty komercyjnej. Nie opłaca się w takich miejscach inwestować, tworzyć nowych podmiotów, zapewniać transportu itp., więc jeszcze bardziej kurczy się wszelaka oferta, bo nie ma jej dla kogo i za co robić.

 

Będzie tylko gorzej

Aż ostatni zgaszą światło. To nie jest publicystyczna wizja. To twarde fakty, demografia, matematyka. Prognozy mówią, że jeszcze za życia dzisiejszych 35-latków o 30–50% skurczy się populacja nie tylko ośrodków naprawdę małych, ale także takich jak Tarnów czy Ostrołęka. Oznacza to zapaść wpływów z podatków, niemożność utrzymania infrastruktury, zanik wielu funkcji komunalnych oraz odpływ oferty rynkowej z powodu braku konsumentów, czyli dalsze wyludnianie się, bo kto chce mieszkać tam, gdzie jest coraz mniej wszystkiego?

Przybędzie mieszkańców w „obwarzankach” wielkich miast. Spokojnego życia i niższych kosztów bytowania czy tańszych nieruchomości będzie się szukało w okolicach dobrze skomunikowanych z aglomeracją. Poradzi sobie jedno czy drugie „malownicze” lub atrakcyjne turystycznie miasteczko. Ale będą to wyjątki. Reguła to wyludnianie się i zapaść całych okolic.

Już dzisiaj mamy wyraźny trend depopulacji nie tylko dosłownej prowincji, ale także miast wojewódzkich typu Kielce. Młodzi odpływają głównie do stolicy, Krakowa, Wrocławia, Trójmiasta i Poznania. Pozostałe większe miasta przyciągają młodych, ale zazwyczaj mniej, niż straciły na rzecz „wielkiej piątki”. I robią to kosztem mniejszych miast i wsi.

W roku 2010 było 607 gmin z liczbą ludności poniżej 5000 osób oraz 36 gmin poniżej 2500 mieszkańców. W 2024 roku tych pierwszych było już 724, a tych drugich – 79. W ciągu dwóch dekad powiat hrubieszowski stracił 38% populacji, bartoszycki – 37%, krasnostawski – 36%, a kilkanaście innych ponad 20%. „Atlas małych miast”, przygotowany w Polskiej Akademii Nauk, mówi, że w ciągu dwóch dekad znacząco zmalał w nich odsetek dzieci i młodzieży oraz znacząco wzrósł udział seniorów. Tych drugich jest już więcej niż młodych. A to dopiero początek. Za kilkanaście lat zaczną odchodzić osoby z końcówki wyżu demograficznego. Nikt ich nie zastąpi.

 

Dostrzec prowincję

Pierwszą – nie licząc niektórych dotacji unijnych – w III RP próbą przełamania tego mechanizmu były rządy PiS. Do mieszkańców Polski B trafiły dodatkowe miliardy z transferów takich jak 500+ oraz dodatkowych emerytur, a także z szybkiego wzrostu płac minimalnych oraz ustanowienia stawek minimalnych na umowach śmieciowych. Do wielkich miast też trafiły środki, ale znacznie odczuwalne były one na prowincji.
Kto mieszkał w niewielkim ubogim mieście, ten dosłownie z miesiąca na miesiąc obserwował zjawiska niewidziane od dekad. Konsumpcję, rozwój biznesów, brak oglądania każdej złotówki przed wydaniem, pojawienie się oferty, którą dotychczas znano tylko z wielkich miast.

Uruchomiono też celowe programy wsparcia. Program Kolej+ miał odbudować połączenia do wielu miejscowości. Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych – przeciwdziałać wykluczeniu komunikacyjnemu właśnie na prowincji. Wyśmiewanie „zakupu garnków dla Kół Gospodyń Wiejskich” czy wspierania Ochotniczych Straży Pożarnych świadczy wyłącznie o pogardzie wobec miejsc i form aktywności ważnych dla setek tysięcy osób znajdujących się w strukturalnie gorszym położeniu.

Można było zrobić więcej. Należy to zrobić. Ale przynajmniej przyhamowano zły trend. W mieszkańcach Polski B dostrzeżono ludzi, bliźnich, współobywateli, Polaków. Powrót liberałów do władzy to ponowne uderzenie w prowincję.

 

Nigdzie nie pojedziecie

Najbardziej jaskrawo widać to w zmianie modelu CPK. Pierwotna postać obejmowała także mniejsze ośrodki i skomunikowanie z nimi, ułatwiając i znacznie przyspieszając dojazd do wielkich miast. W Niemczech czy Francji pomogło to przeciwdziałać wyludnianiu się części prowincji.

Podobnie z programem Kolej+. Za rządów PO wycofano się z pomysłu budowy linii kolejowej Turek – Konin. Turek to drugi największy ośrodek województwa wielkopolskiego bez połączeń kolejowych z nieodległym sporym miastem. Mieszkańców mamiono uruchomieniem linii autobusowej, ale okazało się to obietnicą bez pokrycia. Z programu usunięto także odbudowę linii z Jastrzębia-Zdroju do Katowic, czyli połączenie stolicy województwa z największym polskim miastem pozbawionym kolei.

Zlikwidowano postoje pociągów PKP Intercity w Żarach i Żaganiu w województwie lubuskim, Nasielsku w mazowieckim, Suchedniowie w świętokrzyskim, Barczewie w warmińsko-mazurskim i kilku innych w mniejszych miejscowościach. Także Włoszczowa odczuła rządy liberałów – tam przestało zatrzymywać się Pendolino. Podobnie jak w Ciechanowie, Działdowie i Brzegu.

 

Bez pracy i reszty

Kolejne uderzenie to brak polityki przemysłowej i przeciwdziałania wysokim cenom energii dla produkcji. Efektem jest fala zwolnień grupowych i zamykania zakładów. Głównie poza wielkimi miastami. Tylko ostatni kwartał to likwidacje zakładów FAP Pafal w Świdnicy, browaru w Namysłowie, odlewni żeliwa Teriel w Gostyniu, Spółdzielni Pracy „Tarnowska Odzież”. I zwolnienia grupowe w Aptiv w Jeleśni, Ceramice Paradyż w Opocznie, Zakładzie Elektrotechniki Motoryzacyjnej w Ełku, Hymon Fotowoltaice w Tarnowie, u meblowego potentata BRW w zakładach w Zamościu i Biłgoraju, Infoamie z Inowrocławia, Blachotrapezie na Podhalu. Z dala od dużych miast i prężnych rynków pracy.

Przybywa powiatów z bezrobociem ponad 10%. Tymczasem w 2026 roku powiatowe urzędy pracy otrzymają z Funduszu Pracy o 1,5 mld złotych mniej na wsparcie tworzenia miejsc pracy dla bezrobotnych.
Niedawno głośno było o likwidacji oddziałów ginekologiczno-położniczych, głównie na prowincji. W szpitalach powiatowych zamykane są też inne oddziały niedofinansowane przez NFZ. Tymczasem dostęp do leczenia na prowincji już wcześniej był gorszy niż w wielkich miastach.

To wszystko – pogorszenie sytuacji bytowej, zarobkowej, dostępu do leczenia, transportu itp. – sprawia, że prowincja jeszcze szybciej będzie się zsuwać po równi pochyłej. Polska liberalna odwraca się plecami do tych, którzy mają najgorzej.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]


 

POLECANE
Reuters: Interwencja USA w Iranie może nastąpić w ciągu najbliższej doby z ostatniej chwili
Reuters: Interwencja USA w Iranie może nastąpić w ciągu najbliższej doby

Amerykańska interwencja w Iranie może nastąpić w ciągu najbliższych 24 godzin – napisała w środę wieczorem agencja Reutera, powołując się na zachodnich urzędników. Dowódca irańskiej gwardii rewolucyjnej zapowiedział, że Teheran "zdecydowanie" odpowie na ewentualny atak USA lub Izraela.

Polacy powinni natychmiast opuścić Iran. Pilny komunikat MSZ z ostatniej chwili
Polacy powinni natychmiast opuścić Iran. Pilny komunikat MSZ

Ministerstwo Spraw Zagranicznych apeluje o natychmiastowe opuszczenie Iranu oraz odradza wszelkie podróże do tego państwa – poinformował w środę wieczorem polskie ministerstwo spraw zagranicznych.

Niepokojące znalezisko. Komunikat Straży Granicznej z ostatniej chwili
Niepokojące znalezisko. Komunikat Straży Granicznej

Ponad 60 dokumentów tożsamości ujawniono w mieszkaniu Polki zaangażowanej w udzielanie pomocy cudzoziemcom na granicy z Białorusią – poinformowała Straż Graniczna.

Szwecja wyśle wojska na Grenlandię z ostatniej chwili
Szwecja wyśle wojska na Grenlandię

Szwedzkie wojsko wniesie wkład w duńskie działania obronne na Grenlandii – poinformował w środę premier Szwecji Ulf Kristersson. Wcześniej rząd w Kopenhadze oświadczył, że wojska Danii i państw NATO zwiększają obecność na Grenlandii.

Żurek grozi zgłoszeniem sprawy azylu Zbigniewa Ziobry do TSUE z ostatniej chwili
Żurek grozi zgłoszeniem sprawy azylu Zbigniewa Ziobry do TSUE

Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek powiedział w środę, że nie wyklucza skierowania skargi na Węgry do Trybunału Sprawiedliwości UE w związku z udzieleniem azylu Zbigniewowi Ziobrze. Jak jednak zastrzegł, najpierw chce zobaczyć dokument, który poświadczałby, że Ziobro taki azyl rzeczywiście dostał.

Skażony alkohol pod skocznią w Zakopanem? Szokujące doniesienia z ostatniej chwili
Skażony alkohol pod skocznią w Zakopanem? Szokujące doniesienia

KAS apeluje do turystów i kibiców, aby kupowali napoje alkoholowe wyłącznie w legalnych punktach po tym, jak ujawniono "grzańca" niewiadomego pochodzenia sprzedawanego podczas zawodów Pucharu Świata w skokach narciarskich pod Wielką Krokwią. Alkohol mógł być skażony.

Węgrzy zmienili prawo dla Zbigniewa Ziobry? Sensacyjne doniesienia z ostatniej chwili
Węgrzy zmienili prawo dla Zbigniewa Ziobry? Sensacyjne doniesienia

Tuż przed Bożym Narodzeniem na Węgrzech zmieniono prawo, które ma duże znaczenie w kontekście sprawy azylu dla Zbigniewa Ziobry. Jak twierdzi Fakt.pl, nowelizacja przepisów sprawia, że Budapeszt może skutecznie zablokować wykonanie europejskiego nakazu aresztowania wobec osób objętych ochroną azylową.

Komunikat Straży Granicznej. Nowe doniesienia z granicy z ostatniej chwili
Komunikat Straży Granicznej. Nowe doniesienia z granicy

Straż Graniczna publikuje raporty dotyczące wydarzeń na polskiej granicy z Białorusią. Ponadto zaraportowano także o sytuacji na granicy z Litwą i Niemcami w związku z przywróceniem na nich tymczasowych kontroli.

„Dni Klicha w Waszyngtonie są policzone. Sikorski się z tym pogodził” z ostatniej chwili
„Dni Klicha w Waszyngtonie są policzone. Sikorski się z tym pogodził”

Szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz ocenił, że szef MSZ Radosław Sikorski „jest już pogodzony z faktem, że Bogdan Klich nie będzie ambasadorem w Waszyngtonie”. Jak dodał, „dni Klicha są już policzone w Waszyngtonie”. Dobrze by było znaleźć dobrego, wspólnego kandydata – ocenił.

Wyłączenia prądu w Warszawie. Komunikat dla mieszkańców z ostatniej chwili
Wyłączenia prądu w Warszawie. Komunikat dla mieszkańców

Mieszkańcy Warszawy muszą przygotować się na planowane przerwy w dostawie prądu. Sprawdź, gdzie 7 stycznia 2026 r. nastąpią wyłączenia.

REKLAMA

Polska B na równi pochyłej

Prowincja to ofiara liberalizmu dominującego w III RP oraz systemowego lekceważenia słabszych. A najgorsze prawdopodobnie przed nią. O ile balcerowiczowska „transformacja” uderzyła w cały przemysł, o tyle największymi przegranymi tego procesu były społeczności prowincjonalne. Po pierwsze, likwidowane zakłady często stanowiły jedyne lub główne miejsca pracy w okolicy. Po drugie, rzadko coś powstawało w zamian.
Mężczyzna i stara fabryka
Mężczyzna i stara fabryka / Pixabay

Co musisz wiedzieć:

  • Autor opisuje jak Polska prowincja została strukturalnie osłabiona przez transformację ustrojową i liberalną politykę III RP, która zlikwidowała miejsca pracy, transport i usługi publiczne.
  • Ideologia koncentracji rozwoju w wielkich miastach („rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego”) wskazana zostaje w tekście jako pogłębiająca nierówności, prowadząca do masowej migracji, starzenia się ludności i depopulacji Polski B.
  • Tekst ocenia rządy PiS pod względem pomocy prowincji pozytywnie: przez fakt rozpoczęcia transferów socjalnych, wsparcia płac i inwestycji komunikacyjnych.

 

Akcja dewastacja

W moim rodzinnym Zawierciu zlikwidowano dwa wielkie zakłady włókiennicze, hutę szkła, fabrykę opakowań blaszanych, duży zakład serwisujący ciężarówki, przedsiębiorstwo z branży metalowej, zakład destylacji drewna, zakłady mięsne. W sąsiednich małych miejscowościach upadły dwie duże cementownie, zakład pokryć dachowych, zakłady włókiennicze, odlewnia, fabryka AGD, fabryka obrabiarek. W kilku podmiotach, które przetrwały, zatrudnienie zredukowano o 60–80%. Ubyło tysięcy miejsc pracy.

W zamian powstało niewiele. Na część nowych firm trzeba było czekać z dwie dekady od „transformacji”. Taki scenariusz był typowy dla setek miejscowości polskiej prowincji. Moje rodzinne miasto trochę ratowało położenie – w pobliżu wielkiej aglomeracji i zagłębia przemysłowego, przy dużej linii kolejowej. Inni nie mieli tyle szczęścia.

 

Bez dojazdu

Rząd Jerzego Buzka w tylko jeden dzień – 3 kwietnia 2000 roku – zawiesił kursowanie pociągów na 1028 kilometrach. Towarzyszyło temu likwidowanie całych linii kolejowych. Drugi rząd Leszka Millera wyłączył z ruchu 1582 kilometrów linii kolejowych. Gdy po nim nastał rząd Marka Belki, dołożył kolejne 818 kilometrów likwidacji. Głównie na prowincji. Często były to trasy łączące z miastami, w których było lepiej z pracą i dochodami.

Tę politykę kontynuowano za pierwszych rządów Donalda Tuska. Dziś politycy PO chwalą się sporadycznym przywracaniem ruchu na trasach, które ta sama partia zamknęła kilkanaście lat temu. Dokonała wtedy także masowego niszczenia PKS-ów. Ocalałe z nich postanowiono sprywatyzować, a gdy nie było chętnych – zlikwidować. Było tak na przykład w Zawierciu, gdzie mieszkałem, oraz w Cieszynie, gdzie mieszkam. PKS-y obsługiwały całe powiaty. Zakończyły żywot za „pierwszego Tuska”. Politycy PO kilka lat później rozpaczali nad „wykluczeniem komunikacyjnym”. Oni wykluczyli ludzi ze wszystkiego.

 

Hurtowe likwidowanie

Tylko w ciągu pierwszych pięciu lat rządów PO zamknięto 954 szkoły podstawowe i 170 gimnazjów. 86% podstawówek zlikwidowanych w latach 2007–2012 to placówki z gmin wiejskich oraz miejsko-wiejskich.
W latach 2007–2014 zlikwidowano prawie połowę – ponad 370 – posterunków policji, głównie we wsiach i w małych miasteczkach.

W podobnym okresie o ponad 40% zmalała liczba placówek pocztowych, w tym niemal 500 ubyło na wsi. Podobnie z placówkami kulturalnymi, integracyjnymi, leczniczymi itp.

 

Ideologia kontra ludzie

Nie był to przypadek. Stała za tym ideologia. Gdy za sprawą wysiłków Przemysława Gosiewskiego pociągi pasażerskie zaczęły obsługiwać stację Włoszczowa Północ na Centralnej Magistrali Kolejowej, drwinom nie było końca. Kto to widział, żeby jacyś „wieśniacy” mogli wsiąść do pociągów łączących stolicę z „interiorem”. „Po co?”, „Ile to kosztuje?”, „Kto tam będzie wsiadał?” – komentowała liberalna elita.
Dziś ze stacji na styku województw śląskiego, świętokrzyskiego i łódzkiego korzystają codziennie setki osób. Nawet w kategoriach czystej rentowności jest to opłacalne.

Gdy wspomniany Gosiewski był zajadle krytykowany za wsparcie komunikacyjne mieszkańców prowincji, celnie zauważył:

„To są ugrupowania, według których mają się rozwijać tylko duże miasta”.

Wizję tę zwano „rozwojem polaryzacyjno-dyfuzyjnym”: trzeba wspierać najprężniejsze ośrodki, a ich rozwój pociągnie w górę całą resztę. Nie ma w tej doktrynie żadnego sensu, ale padła na podatny grunt.

 

Kowale z luksusowej kuźni

Mieszkańcy wielkich miast chętnie uwierzyli w wizję, wedle której małe miejscowości zamieszkują jacyś gorsi, nieudolni ludzie. Każdy lubi czuć się lepszym i sprawczym. Łatwo wierzyć w „bycie kowalem własnego losu”, gdy zamieszkujemy np. w stolicy. Najwyższe bezrobocie wynosiło w III RP w Warszawie tyle samo lub mniej niż najniższe w wielu miejscach Polski B. Gdy w stolicy budowano kolejną linię metra, na prowincji czekano na kanalizację, gazociąg czy światłowód.

To nie tylko kwestia Warszawy. Przeciętna pensja w sektorze przedsiębiorstw wynosiła w Krakowie wiosną 2025 roku niemal 13 000 zł brutto. Ten sam wskaźnik dla całego województwa małopolskiego to już tylko niespełna 9000 zł. Zatem na każdego dobrze zarabiającego Krakusa przypada zamieszkujący całkiem niedaleko ktoś z dochodami o połowę niższymi.

Ciekawe, jak „kowale” poradziliby sobie, gdyby zabrać im znakomity lokalny rynek pracy albo wysokie wielkomiejskie pensje, albo duże wpływy do budżetu miasta płacone ze względu na miejsce formalnej rejestracji wielkiego biznesu itp., albo mnóstwo usług publicznych, które na prowincji likwidowano hurtowo. Wygodniej o tym nie myśleć – i żyć w przekonaniu, że Polskę B zamieszkuje nieudaczny „ciemnogród”.

 

Kwadratura koła

Nie ma pracy na miejscu i brak dojazdu tam, gdzie ona jest? Przeprowadzamy się tam, gdzie o nią łatwiej. Brak godnych pensji czy stabilnego zatrudnienia i możliwości rozwoju zawodowego? Taka sama indywidualna strategia przetrwania. Brak rozrywek, możliwości rozwoju, dostępu do kultury czy leczenia? Kto może, ten ucieka. W III RP wyjechały z kraju 2 miliony Polaków. Większość właśnie z prowincji. Jeszcze więcej opuściło ją, aby przenieść się do polskich dużych miast.

Wyjeżdżają ludzie, którzy dopiero w większym mieście zdecydują się na dzieci. Wyjeżdżają młodzi zaraz po szkole średniej – i już nie wracają. Wyjeżdżają ci z pomysłami i aktywni oraz ci bez szans na cokolwiek na miejscu. Gdy do tego dochodzi mizerny przyrost naturalny, prowincja wyludnia się, a średni wiek mieszkańców stale rośnie.

Czyli jeszcze bardziej maleją szanse na jakikolwiek rozwój. Ubywa płatników podatków. Ubywa dzieci w szkołach i przedszkolach. Ubywa aktywnych konsumentów usług publicznych i oferty komercyjnej. Nie opłaca się w takich miejscach inwestować, tworzyć nowych podmiotów, zapewniać transportu itp., więc jeszcze bardziej kurczy się wszelaka oferta, bo nie ma jej dla kogo i za co robić.

 

Będzie tylko gorzej

Aż ostatni zgaszą światło. To nie jest publicystyczna wizja. To twarde fakty, demografia, matematyka. Prognozy mówią, że jeszcze za życia dzisiejszych 35-latków o 30–50% skurczy się populacja nie tylko ośrodków naprawdę małych, ale także takich jak Tarnów czy Ostrołęka. Oznacza to zapaść wpływów z podatków, niemożność utrzymania infrastruktury, zanik wielu funkcji komunalnych oraz odpływ oferty rynkowej z powodu braku konsumentów, czyli dalsze wyludnianie się, bo kto chce mieszkać tam, gdzie jest coraz mniej wszystkiego?

Przybędzie mieszkańców w „obwarzankach” wielkich miast. Spokojnego życia i niższych kosztów bytowania czy tańszych nieruchomości będzie się szukało w okolicach dobrze skomunikowanych z aglomeracją. Poradzi sobie jedno czy drugie „malownicze” lub atrakcyjne turystycznie miasteczko. Ale będą to wyjątki. Reguła to wyludnianie się i zapaść całych okolic.

Już dzisiaj mamy wyraźny trend depopulacji nie tylko dosłownej prowincji, ale także miast wojewódzkich typu Kielce. Młodzi odpływają głównie do stolicy, Krakowa, Wrocławia, Trójmiasta i Poznania. Pozostałe większe miasta przyciągają młodych, ale zazwyczaj mniej, niż straciły na rzecz „wielkiej piątki”. I robią to kosztem mniejszych miast i wsi.

W roku 2010 było 607 gmin z liczbą ludności poniżej 5000 osób oraz 36 gmin poniżej 2500 mieszkańców. W 2024 roku tych pierwszych było już 724, a tych drugich – 79. W ciągu dwóch dekad powiat hrubieszowski stracił 38% populacji, bartoszycki – 37%, krasnostawski – 36%, a kilkanaście innych ponad 20%. „Atlas małych miast”, przygotowany w Polskiej Akademii Nauk, mówi, że w ciągu dwóch dekad znacząco zmalał w nich odsetek dzieci i młodzieży oraz znacząco wzrósł udział seniorów. Tych drugich jest już więcej niż młodych. A to dopiero początek. Za kilkanaście lat zaczną odchodzić osoby z końcówki wyżu demograficznego. Nikt ich nie zastąpi.

 

Dostrzec prowincję

Pierwszą – nie licząc niektórych dotacji unijnych – w III RP próbą przełamania tego mechanizmu były rządy PiS. Do mieszkańców Polski B trafiły dodatkowe miliardy z transferów takich jak 500+ oraz dodatkowych emerytur, a także z szybkiego wzrostu płac minimalnych oraz ustanowienia stawek minimalnych na umowach śmieciowych. Do wielkich miast też trafiły środki, ale znacznie odczuwalne były one na prowincji.
Kto mieszkał w niewielkim ubogim mieście, ten dosłownie z miesiąca na miesiąc obserwował zjawiska niewidziane od dekad. Konsumpcję, rozwój biznesów, brak oglądania każdej złotówki przed wydaniem, pojawienie się oferty, którą dotychczas znano tylko z wielkich miast.

Uruchomiono też celowe programy wsparcia. Program Kolej+ miał odbudować połączenia do wielu miejscowości. Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych – przeciwdziałać wykluczeniu komunikacyjnemu właśnie na prowincji. Wyśmiewanie „zakupu garnków dla Kół Gospodyń Wiejskich” czy wspierania Ochotniczych Straży Pożarnych świadczy wyłącznie o pogardzie wobec miejsc i form aktywności ważnych dla setek tysięcy osób znajdujących się w strukturalnie gorszym położeniu.

Można było zrobić więcej. Należy to zrobić. Ale przynajmniej przyhamowano zły trend. W mieszkańcach Polski B dostrzeżono ludzi, bliźnich, współobywateli, Polaków. Powrót liberałów do władzy to ponowne uderzenie w prowincję.

 

Nigdzie nie pojedziecie

Najbardziej jaskrawo widać to w zmianie modelu CPK. Pierwotna postać obejmowała także mniejsze ośrodki i skomunikowanie z nimi, ułatwiając i znacznie przyspieszając dojazd do wielkich miast. W Niemczech czy Francji pomogło to przeciwdziałać wyludnianiu się części prowincji.

Podobnie z programem Kolej+. Za rządów PO wycofano się z pomysłu budowy linii kolejowej Turek – Konin. Turek to drugi największy ośrodek województwa wielkopolskiego bez połączeń kolejowych z nieodległym sporym miastem. Mieszkańców mamiono uruchomieniem linii autobusowej, ale okazało się to obietnicą bez pokrycia. Z programu usunięto także odbudowę linii z Jastrzębia-Zdroju do Katowic, czyli połączenie stolicy województwa z największym polskim miastem pozbawionym kolei.

Zlikwidowano postoje pociągów PKP Intercity w Żarach i Żaganiu w województwie lubuskim, Nasielsku w mazowieckim, Suchedniowie w świętokrzyskim, Barczewie w warmińsko-mazurskim i kilku innych w mniejszych miejscowościach. Także Włoszczowa odczuła rządy liberałów – tam przestało zatrzymywać się Pendolino. Podobnie jak w Ciechanowie, Działdowie i Brzegu.

 

Bez pracy i reszty

Kolejne uderzenie to brak polityki przemysłowej i przeciwdziałania wysokim cenom energii dla produkcji. Efektem jest fala zwolnień grupowych i zamykania zakładów. Głównie poza wielkimi miastami. Tylko ostatni kwartał to likwidacje zakładów FAP Pafal w Świdnicy, browaru w Namysłowie, odlewni żeliwa Teriel w Gostyniu, Spółdzielni Pracy „Tarnowska Odzież”. I zwolnienia grupowe w Aptiv w Jeleśni, Ceramice Paradyż w Opocznie, Zakładzie Elektrotechniki Motoryzacyjnej w Ełku, Hymon Fotowoltaice w Tarnowie, u meblowego potentata BRW w zakładach w Zamościu i Biłgoraju, Infoamie z Inowrocławia, Blachotrapezie na Podhalu. Z dala od dużych miast i prężnych rynków pracy.

Przybywa powiatów z bezrobociem ponad 10%. Tymczasem w 2026 roku powiatowe urzędy pracy otrzymają z Funduszu Pracy o 1,5 mld złotych mniej na wsparcie tworzenia miejsc pracy dla bezrobotnych.
Niedawno głośno było o likwidacji oddziałów ginekologiczno-położniczych, głównie na prowincji. W szpitalach powiatowych zamykane są też inne oddziały niedofinansowane przez NFZ. Tymczasem dostęp do leczenia na prowincji już wcześniej był gorszy niż w wielkich miastach.

To wszystko – pogorszenie sytuacji bytowej, zarobkowej, dostępu do leczenia, transportu itp. – sprawia, że prowincja jeszcze szybciej będzie się zsuwać po równi pochyłej. Polska liberalna odwraca się plecami do tych, którzy mają najgorzej.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]



 

Polecane