Jakie lekcje z tych wyborów?

Po wyborach prezydenckich w 2025 r. polska polityka nie będzie już taka sama. Również ta w wymiarze partyjnym, przy czym większe znaczenie od finału odgrywa tu pierwsza tura.
Liczenie głosów oddanych w wyborach prezydenckich 2025 w Polsce
Liczenie głosów oddanych w wyborach prezydenckich 2025 w Polsce / PAP/Marian Zubrzycki

Co musisz wiedzieć?

  • Zdaniem krytyków rządu Donalda Tuska, otrzymał on od wyborców czerwoną kartkę.
  • Od chwili objęcia rządów ekipa Tuska i jego partnerów zawodziła kolejne grupy wyborców.
  • Koalicjantów powinny niepokoić najnowsze sondaże parlamentarne, w których widać przewagę PiS nad PO i całej prawicy nad stroną rządową.

 

Krytycy rządu Donalda Tuska uważają, że 18 maja dostał on od wyborców czerwoną kartkę. Ale nawet wśród sympatyków, przede wszystkich wywodzących się z kręgu Polski 2050, z jej liderami włącznie, nie brakło głosów, że tego dnia w Koalicji 13 grudnia coś pękło.

Kolor kartki kolorem kartki, jest jednak oczywiste, że pierwsza tura wyborów, w mniejszym stopniu od drugiej naznaczona potężnymi operacjami na styku mediów i służb, w mniejszym stopniu skażona też nieznośnym balastem szantaży moralnych, pokazała realne nastroje społeczne. A te okazały się bardzo niekorzystne dla rządu Donalda Tuska i jego koalicjantów.

 

Panowie, policzmy głosy

Zacznijmy od statystyk. W pierwszej turze wyborów prezydenckich wzięło udział 13 kandydatów. Linia podziału między krytykami i zwolennikami rządu nie pokrywa się w pełni z decyzjami, które jedenastu z nich podjęło przed drugą turą w kwestii poparcia kandydatów PiS lub PO, względnie – zostawienia decyzji wyborcom, sprzeciwu wobec obu lub wręcz wezwania do bojkotu. 18 maja wyborca na swojej karcie miał troje kandydatów, wprost reprezentujących Koalicję 13 grudnia (zaznaczam, że nie używam zwrotu „Koalicja 15 października” również dlatego, że w tym kontekście jest on zwyczajnie mylący, ponieważ w tamtej koalicji znajdowała się również partia Razem, która dziś nie stanowi zaplecza rządu Tuska). Byli to: Rafał Trzaskowski reprezentujący Koalicję Obywatelską, Szymon Hołownia z Trzeciej Drogi (czyli Polski 2050 i dość długo zdystansowanego wobec jego kandydatury PSL) oraz Magdalena Biejat (działaczka Lewicy, która nie odeszła z koalicji wraz z Adrianem Zandbergiem i większością Razem). Z pozostałych kandydatów jedynie Joanna Senyszyn, choć skonfliktowana z tworzącą rząd Lewicą kierowaną przez Włodzimierza Czarzastego, nie była kandydatką opierającą swoją obecność w kampanii na krytyce Donalda Tuska. Co istotne, pozostałe osoby, po których można było spodziewać się wsparcia dla Trzaskowskiego w drugiej części kampanii (Piotr Szumlewicz, Paweł Tanajno), nie zdołały wystartować w tegorocznym wyścigu. Trzaskowski, Hołownia i Biejat uzyskali razem 40,58% głosów. Motywacje wyborców Senyszyn mogły być różne, jeśli jednak doliczyć ich do tej grupy, uzyskujemy 41,67%. To mniejszość. Pozostali kandydaci swoją obecność w wyścigu oparli na sprzeciwie wobec rządzących lub całej klasy politycznej, przy czym w tym drugim przypadku mógł być to sprzeciw ostry (prowadzący do bojkotu drugiej tury lub odrzucenia obu obecnych w niej kandydatów) lub nieostry (pozostawienie decyzji wyborcom lub apel o wsparcie któregoś z kandydatów jako mniejszego zła). Jednak najbardziej radykalni z tej grupy zdobyli niewielkie poparcie, które nie miało większego znaczenia dla wyniku drugiej tury wyborów. Co więcej, i co nas bardziej interesuje, wyniki Artura Bartoszewicza i Macieja Maciaka nie dają im, jak się zdaje, pola manewru do tworzenia wokół siebie większych ruchów politycznych. Przynajmniej na tym etapie ich politycznej drogi, bo przecież dalsza intensywna aktywność komentatorska może kiedyś sytuację tę zmienić. Trudno przewidzieć też, jaki będzie los Marka Wocha, który zdobył pewną sympatię widzów debat, lecz nie przełożyła się ona na głosy. 

 

Niebezpieczna przewaga

W wyścigu po stronie opozycyjnej wobec rządu Tuska wzięło jednak udział kilkoro bardziej liczących się uczestników. Najważniejszym z nich był oczywiście Karol Nawrocki (29,54%) popierany przez PiS oraz dwaj kandydaci wywodzący się ze środowiska podzielonej w tej kampanii Konfederacji: Sławomir Mentzen (14,81%) i Grzegorz Braun (6,34%). To daje już 50,69% wyborców, którzy mogą zostać zaliczeni do raczej bardziej niż mniej niezadowolonych z działań rządu i perspektywy wzmocnienia jego władzy przez przyjazną czy wręcz uległą wobec niego prezydenturę. Niezależnie od różnic ideowych do tej grupy zaliczyć możemy też Adriana Zandberga z Razem (4,86%) i pozostałych, mających już wyraźnie niższe poparcie kandydatów, w tym również Krzysztofa Stanowskiego i Marka Jakubiaka, oraz wspomnianych wyżej uczestników z marginalnymi wynikami. Jak wygląda to w liczbach? Po stronie rządowej, liczonej w sposób bardziej zasadniczy (czyli bez Senyszyn), mamy 7 956 059 głosów. Jeśli dodamy do tego Senyszyn – 8 170 257. Sporo, ale Nawrocki z Braunem i Mentzenem to już 9 936 169 głosów, a więc dużo, dużo więcej. A przecież nie policzyliśmy elektoratu Zandberga (952 832), który nie ma na razie zdolności koalicyjnej z prawicową trójką, jest jednak coraz bardziej wyrazistym krytykiem liberalnego rządu. Pozostali kandydaci łącznie uzyskali trochę ponad pół miliona głosów. Razem mamy więc prawie 10 i pół miliona głosów różnie motywowanego sprzeciwu wobec Koalicji 13 grudnia. To dla Donalda Tuska bardzo zła wiadomość.

 

PiS bez PiS-u

Zanim zastanowimy się nad konsekwencjami tego stanu rzeczy, poszukajmy jego przyczyn. Od chwili objęcia rządów ekipa Tuska i jego partnerów zawodziła kolejne grupy wyborców. O ile zwolennicy PiS niespecjalnie mieli się czym rozczarować, ponieważ nie spodziewali się po tej władzy niczego dobrego, nie brakowało przecież osób, które łączyły z nią pewne oczekiwania. Czasem naiwne, wynikające choćby z kwestii metrykalnych: wielu wyborców z 2023 roku nie znało lub nie pamiętało już rządów innych niż Zjednoczonej Prawicy, czy tym bardziej przyczyn odsunięcia 8 lat wcześniej Platformy od władzy. Inni pamiętali, liczyli jednak, że w nowym, wielkopartyjnym układzie politycznym wpływy Donalda Tuska będą równoważone przez bardziej konserwatywne PSL czy nastawioną socjalnie Lewicę, w tym Razem. Adrian Zandberg do rządu jednak nie wszedł, a reszta poddała się błyskawicznie liberalnemu dyktatowi. Istniała też duża grupa wyborców, która oczekiwała kontynuacji większości punktów programu PiS, tyle że przez nowe osoby. Jeszcze przed wyborami w „Dzienniku Gazecie Prawnej” pojawiły się badania pokazujące, że ze wszystkich dużych planów inwestycyjno-rozwojowych jedynie budowa samochodów Izera nie budzi większego entuzjazmu, Polacy chcieli natomiast atomu i CPK. Co więcej, nie chcieli natomiast likwidacji Instytutu Pamięci Narodowej czy Centralnego Biura Antykorupcyjnego, co zapowiadała PO. I o ile ich likwidacji na razie nie było (ale wciąż pojawiają się w zapowiedziach polityków), o tyle inwestycje gwałtownie spowolniły, a CPK stał się wydmuszką, niespełniającą nawet na papierze swoich pierwotnych założeń. I tak do grona rozczarowanych dochodzi wykraczająca daleko poza prawicę frakcja promodernizacyjna. „Polacy chcą polityki PiS-u bez PiS-u” – mówił w czerwcu zeszłego roku Piotr Trudnowski z Instytutu Jagiellońskiego w rozmowie z portalem Salon24.pl. Ten zwrot w wypowiedziach komentatorów wraca zresztą dość często.

 

Epidemia rozczarowania

Kolejne miesiące przynosiły coraz głębsze przekonanie, że rząd jest w stanie wywiązać się ze swoich obietnic. W terminie ze stu obietnic na sto dni zapowiadanych przez Tuska zrealizowano tylko kilkanaście, przy czym często zwracano uwagę na to, że najpełniej dotrzymaną obietnicą okazało się przywrócenie świadczeń ludziom komunistycznych służb, do których dorzucono kilka spraw z ideologicznej agendy. Według działaczy Konfederacji rok po wyborach liczba wypełnionych punktów wzrosła do 30, zabrakło wśród nich jednak choćby podniesienia kwoty wolnej od podatku.

Równocześnie wiele innych działań rządu prowadzących do osłabienia pozycji branż strategicznych, zwolnień pracowników, dramatycznego spadku zysków spółek Skarbu Państwa czy zapaści służby zdrowia (zjawiska opisywane wielokrotnie na łamach „TS”) budziło zaniepokojenie i sprzeciw kolejnych grup społecznych. Wiele z nich było też, jak może się wydawać, celowo prowokowanych przez władze poprzez stawianie ich przed polityką faktów dokonanych, lekceważące podejście do kwestii konsultacji społecznych (np. z leśnikami, myśliwymi czy środowiskami rodziców), a czasem – jak w przypadku rolników – posunięto się wręcz do siłowej, brutalnej konfrontacji. Równocześnie najtwardszy elektorat także wyrażał niezadowolenie z powodu zbyt wolnego tempa rozliczeń i niedostatecznej głębokości zmian z zakresu inżynierii społecznej – jednak ta grupa nie odwróci się od Tuska, nie jest więc istotna dla naszych rozważań. Przed nami kolejne kłopoty wynikające z realizacji polityki ekologicznej i migracyjnej Unii.

 

Kwestia priorytetów

Zlekceważonymi zupełnie sygnałami ostrzegawczymi były badania z sierpnia zeszłego roku. Ankietowani pytani przez IBRIS wskazywali, że kluczowymi obszarami działań rządu powinny być: walka z drożyzną, wzmocnienie bezpieczeństwa, naprawa służby zdrowia oraz nieustająco budowa CPK i elektrowni atomowych. Rozliczenia poprzedników czy aborcja wskazywane były o wiele rzadziej. Z wypowiedzi premiera i czołowych polityków wynikało jednak, że to te sprawy są dla gabinetu kluczowe, co mogło budzić w społeczeństwie poczucie oderwania władzy od problemów zwykłych ludzi. W październiku, gdy badano nastroje Polaków rok po wyborach, okazało się, że oceny negatywne rządu zaczynają przeważać nad pozytywnymi (39 do 27 w badaniu IPSOS). Potwierdzały to kolejne sondaże, przy czym jeszcze gorzej od rządu jako całości oceniany był i jest Donald Tusk. W kwietniu tego roku w sondażach liczba przeciwników premiera przekraczała połowę respondentów, jako zwolennicy deklarowała się natomiast niecała 1/3. Tę słabość pokazała też frekwencja na przedwyborczym marszu sympatyków Rafała Trzaskowskiego, który choć liczny, nie był powtórzeniem dawnych sukcesów. Przyznał to, niechcący, nawet sam Tusk zagrzewający uczestników mocno przestrzelonym zawołaniem: „Jest nas pół miliona”. Podczas poprzedniej imprezy w tym duchu, przed wyborami w 2023 r., Tusk krzyczał do zebranych o milionie demonstrantów. Wiele analiz wskazywało na niższą mobilizację „Jagodna”, czyli grupy wyborców, których determinacja przeważyła szalę w październiku 2023 r.

Przy takich tendencjach trudno dziwić się nierównowadze sił w pierwszej turze wyborów. Koalicjantów powinny niepokoić też najnowsze sondaże parlamentarne, w których widać przewagę PiS nad PO i całej prawicy nad stroną rządową. W przyszłym parlamencie możemy spodziewać się większej niż dziś reprezentacji Konfederacji, silnego PiS i – być może – koła lub nawet klubu Korony Grzegorza Brauna. Tu warto też zauważyć, że Karola Nawrockiego w drugiej turze poparło wielu młodych wyborców, dla których, według zaklęć mediów, miał on być niewybieralny. W przyszłości może się to przełożyć też na pewne odczarowanie PiS w tym segmencie elektoratu. Obok lewicy uległej znajdzie się też zapewne ta mniej pokorna, dowodzona przez Zandberga. Koalicja 13 grudnia do przyszłych wyborów nie dotrwa też zapewne w obecnym kształcie, projekt Trzeciej Drogi wyraźnie ma się ku końcowi. Jeśli rząd nie zdecyduje się na dalszą brutalizację życia politycznego i szeroko zakrojoną interwencję w wybory parlamentarne, niemal na pewno nie będzie w stanie przedłużyć swojego mandatu na kolejną kadencję. 

 

Miecz Damoklesa

Już nie sondaże, a twarde dane w postaci wyników wyborczych pokazują mocne rozczarowanie pracami koalicji i bankructwo polityki rządu Donalda Tuska. Polityka rozliczeń, częściej deklaratywna niż realna, przestała interesować większość wyborców widzących coraz wyraźniej, co igrzyska te mają przykrywać. Rząd wielokrotnie wykazywał się obojętnością wobec problemów społecznych, skupiając się na obsesjach najtwardszego elektoratu i swoich własnych. Zgodnie z przewidywaniami nad dobre samopoczucie Polaków przedkładał ścisłe realizowanie unijnej agendy również w tych dziedzinach, które uderzają w poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji obywateli. Wszystko to wróciło do Tuska i Trzaskowskiego 18 maja, a w kolejnych wyborach parlamentarnych powróci raz jeszcze – ze zdwojoną siłą. 


 

POLECANE
Rz: Konflikt Lewicy z prezydentem jest celowy. Chodzi o pompowanie Czarzastego polityka
"Rz": Konflikt Lewicy z prezydentem jest celowy. Chodzi o pompowanie Czarzastego

Nowa Lewica ma świadomie eskalować spór z Karolem Nawrockim, by wzmocnić swoją pozycję polityczną - informuje „Rzeczpospolita”. Według dziennika strategia została oparta na badaniach i ma być realizowana przez wiele miesięcy i ma służyć wykreowaniu Czarzastego na polityka równego Tuskowi.

Decyzja rządu: Obecnością Cenckiewicza na RBN zajmie się ABW pilne
Decyzja rządu: Obecnością Cenckiewicza na RBN zajmie się ABW

Udział szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego w niejawnych obradach Rady Bezpieczeństwa Narodowego wywołał reakcję rządu. Rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych zapowiedział działania ABW.

Potężna bójka w tureckim parlamencie. Poszło o nowego ministra z ostatniej chwili
Potężna bójka w tureckim parlamencie. Poszło o nowego ministra

W tureckim parlamencie doszło najpierw do przepychanek, a następnie rękoczynów podczas zaprzysiężenia nowego ministra sprawiedliwości. Opozycja próbowała zablokować objęcie stanowiska przez Akina Gurleka – byłego prokuratora generalnego Stambułu.

Rosyjskie myśliwce przy granicy z Japonią. Sygnał dla Tokio i Pekinu z ostatniej chwili
Rosyjskie myśliwce przy granicy z Japonią. Sygnał dla Tokio i Pekinu

Co najmniej 15 myśliwców piątej generacji Su-57 trafiło do bazy Dziomgi w obwodzie chabarowskim – wynika z analiz zdjęć satelitarnych. Według ukraińskiego wywiadu to czytelny sygnał wobec Japonii i Chin oraz element szerszej strategii Moskwy na Dalekim Wschodzie.

Tusk opuścił RBN przed dyskusją dot. Czarzastego. To nie jest miejsce do takich dyskusji z ostatniej chwili
Tusk opuścił RBN przed dyskusją dot. Czarzastego. "To nie jest miejsce do takich dyskusji"

Premier Donald Tusk skrytykował prezydenta Nawrockiego za poruszanie podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego kwestii „kontaktów towarzyskich” marszałka Sejmu. Szef rządu opuścił posiedzenie jeszcze przed rozpoczęciem tej części dyskusji.

Czarzasty po posiedzeniu RBN: „Ustawka się nie udała” z ostatniej chwili
Czarzasty po posiedzeniu RBN: „Ustawka się nie udała”

Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty podkreślił, że w sprawach programu SAFE oraz Rady Pokoju odbyły się na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego ważne rozmowy. Odnosząc się do poświęconego mu punktu obrad RBN, stwierdził, że „ustawka się nie udała”.

Szef BBN: Kwestia warunkowości może całkowicie rozbić ewentualną polską akcesję do SAFE z ostatniej chwili
Szef BBN: Kwestia warunkowości może całkowicie rozbić ewentualną polską akcesję do SAFE

Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego prof. Sławomir Cenckiewicz po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego przyznał, że „kwestia warunkowości może całkowicie rozbić ewentualną polską akcesję do SAFE”.

Michał Woś: Usuniętego sędziego Łubowskiego zastępuje nominat Rady Państwa PRL gorące
Michał Woś: Usuniętego sędziego Łubowskiego zastępuje nominat Rady Państwa PRL

„Usuniętego sędziego Łubowskiego zastępuje T.Grochowicz - nominat Rady Państwa PRL” - napisał poseł PiS Michał Woś na platformie X.

Eurodeputowani przegłosowali przekształcenie UE w autonomię strategiczną pilne
Eurodeputowani przegłosowali przekształcenie UE w autonomię strategiczną

W sprawozdaniu przyjętym w środę Parlament Europejski podkreślił, że partnerstwa UE w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony są kluczowe dla skutecznego reagowania na pojawiające się zagrożenia i wzmacniania globalnej roli UE jako autonomii strategicznej.

PiS nie będzie rekomendował weta do ustawy o SAFE mimo mechanizmu warunkowości z ostatniej chwili
PiS nie będzie rekomendował weta do ustawy o SAFE mimo mechanizmu warunkowości

PiS nie będzie rekomendował weta do ustawy o SAFE mimo mechanizmu warunkowości – wynika ze stanowiska w sprawie ustawy o SAFE, jakie przedstawił Mariusz Błaszczak reprezentujący Klub PiS podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Frakcja przewidziała zaledwie kilka poprawek.

REKLAMA

Jakie lekcje z tych wyborów?

Po wyborach prezydenckich w 2025 r. polska polityka nie będzie już taka sama. Również ta w wymiarze partyjnym, przy czym większe znaczenie od finału odgrywa tu pierwsza tura.
Liczenie głosów oddanych w wyborach prezydenckich 2025 w Polsce
Liczenie głosów oddanych w wyborach prezydenckich 2025 w Polsce / PAP/Marian Zubrzycki

Co musisz wiedzieć?

  • Zdaniem krytyków rządu Donalda Tuska, otrzymał on od wyborców czerwoną kartkę.
  • Od chwili objęcia rządów ekipa Tuska i jego partnerów zawodziła kolejne grupy wyborców.
  • Koalicjantów powinny niepokoić najnowsze sondaże parlamentarne, w których widać przewagę PiS nad PO i całej prawicy nad stroną rządową.

 

Krytycy rządu Donalda Tuska uważają, że 18 maja dostał on od wyborców czerwoną kartkę. Ale nawet wśród sympatyków, przede wszystkich wywodzących się z kręgu Polski 2050, z jej liderami włącznie, nie brakło głosów, że tego dnia w Koalicji 13 grudnia coś pękło.

Kolor kartki kolorem kartki, jest jednak oczywiste, że pierwsza tura wyborów, w mniejszym stopniu od drugiej naznaczona potężnymi operacjami na styku mediów i służb, w mniejszym stopniu skażona też nieznośnym balastem szantaży moralnych, pokazała realne nastroje społeczne. A te okazały się bardzo niekorzystne dla rządu Donalda Tuska i jego koalicjantów.

 

Panowie, policzmy głosy

Zacznijmy od statystyk. W pierwszej turze wyborów prezydenckich wzięło udział 13 kandydatów. Linia podziału między krytykami i zwolennikami rządu nie pokrywa się w pełni z decyzjami, które jedenastu z nich podjęło przed drugą turą w kwestii poparcia kandydatów PiS lub PO, względnie – zostawienia decyzji wyborcom, sprzeciwu wobec obu lub wręcz wezwania do bojkotu. 18 maja wyborca na swojej karcie miał troje kandydatów, wprost reprezentujących Koalicję 13 grudnia (zaznaczam, że nie używam zwrotu „Koalicja 15 października” również dlatego, że w tym kontekście jest on zwyczajnie mylący, ponieważ w tamtej koalicji znajdowała się również partia Razem, która dziś nie stanowi zaplecza rządu Tuska). Byli to: Rafał Trzaskowski reprezentujący Koalicję Obywatelską, Szymon Hołownia z Trzeciej Drogi (czyli Polski 2050 i dość długo zdystansowanego wobec jego kandydatury PSL) oraz Magdalena Biejat (działaczka Lewicy, która nie odeszła z koalicji wraz z Adrianem Zandbergiem i większością Razem). Z pozostałych kandydatów jedynie Joanna Senyszyn, choć skonfliktowana z tworzącą rząd Lewicą kierowaną przez Włodzimierza Czarzastego, nie była kandydatką opierającą swoją obecność w kampanii na krytyce Donalda Tuska. Co istotne, pozostałe osoby, po których można było spodziewać się wsparcia dla Trzaskowskiego w drugiej części kampanii (Piotr Szumlewicz, Paweł Tanajno), nie zdołały wystartować w tegorocznym wyścigu. Trzaskowski, Hołownia i Biejat uzyskali razem 40,58% głosów. Motywacje wyborców Senyszyn mogły być różne, jeśli jednak doliczyć ich do tej grupy, uzyskujemy 41,67%. To mniejszość. Pozostali kandydaci swoją obecność w wyścigu oparli na sprzeciwie wobec rządzących lub całej klasy politycznej, przy czym w tym drugim przypadku mógł być to sprzeciw ostry (prowadzący do bojkotu drugiej tury lub odrzucenia obu obecnych w niej kandydatów) lub nieostry (pozostawienie decyzji wyborcom lub apel o wsparcie któregoś z kandydatów jako mniejszego zła). Jednak najbardziej radykalni z tej grupy zdobyli niewielkie poparcie, które nie miało większego znaczenia dla wyniku drugiej tury wyborów. Co więcej, i co nas bardziej interesuje, wyniki Artura Bartoszewicza i Macieja Maciaka nie dają im, jak się zdaje, pola manewru do tworzenia wokół siebie większych ruchów politycznych. Przynajmniej na tym etapie ich politycznej drogi, bo przecież dalsza intensywna aktywność komentatorska może kiedyś sytuację tę zmienić. Trudno przewidzieć też, jaki będzie los Marka Wocha, który zdobył pewną sympatię widzów debat, lecz nie przełożyła się ona na głosy. 

 

Niebezpieczna przewaga

W wyścigu po stronie opozycyjnej wobec rządu Tuska wzięło jednak udział kilkoro bardziej liczących się uczestników. Najważniejszym z nich był oczywiście Karol Nawrocki (29,54%) popierany przez PiS oraz dwaj kandydaci wywodzący się ze środowiska podzielonej w tej kampanii Konfederacji: Sławomir Mentzen (14,81%) i Grzegorz Braun (6,34%). To daje już 50,69% wyborców, którzy mogą zostać zaliczeni do raczej bardziej niż mniej niezadowolonych z działań rządu i perspektywy wzmocnienia jego władzy przez przyjazną czy wręcz uległą wobec niego prezydenturę. Niezależnie od różnic ideowych do tej grupy zaliczyć możemy też Adriana Zandberga z Razem (4,86%) i pozostałych, mających już wyraźnie niższe poparcie kandydatów, w tym również Krzysztofa Stanowskiego i Marka Jakubiaka, oraz wspomnianych wyżej uczestników z marginalnymi wynikami. Jak wygląda to w liczbach? Po stronie rządowej, liczonej w sposób bardziej zasadniczy (czyli bez Senyszyn), mamy 7 956 059 głosów. Jeśli dodamy do tego Senyszyn – 8 170 257. Sporo, ale Nawrocki z Braunem i Mentzenem to już 9 936 169 głosów, a więc dużo, dużo więcej. A przecież nie policzyliśmy elektoratu Zandberga (952 832), który nie ma na razie zdolności koalicyjnej z prawicową trójką, jest jednak coraz bardziej wyrazistym krytykiem liberalnego rządu. Pozostali kandydaci łącznie uzyskali trochę ponad pół miliona głosów. Razem mamy więc prawie 10 i pół miliona głosów różnie motywowanego sprzeciwu wobec Koalicji 13 grudnia. To dla Donalda Tuska bardzo zła wiadomość.

 

PiS bez PiS-u

Zanim zastanowimy się nad konsekwencjami tego stanu rzeczy, poszukajmy jego przyczyn. Od chwili objęcia rządów ekipa Tuska i jego partnerów zawodziła kolejne grupy wyborców. O ile zwolennicy PiS niespecjalnie mieli się czym rozczarować, ponieważ nie spodziewali się po tej władzy niczego dobrego, nie brakowało przecież osób, które łączyły z nią pewne oczekiwania. Czasem naiwne, wynikające choćby z kwestii metrykalnych: wielu wyborców z 2023 roku nie znało lub nie pamiętało już rządów innych niż Zjednoczonej Prawicy, czy tym bardziej przyczyn odsunięcia 8 lat wcześniej Platformy od władzy. Inni pamiętali, liczyli jednak, że w nowym, wielkopartyjnym układzie politycznym wpływy Donalda Tuska będą równoważone przez bardziej konserwatywne PSL czy nastawioną socjalnie Lewicę, w tym Razem. Adrian Zandberg do rządu jednak nie wszedł, a reszta poddała się błyskawicznie liberalnemu dyktatowi. Istniała też duża grupa wyborców, która oczekiwała kontynuacji większości punktów programu PiS, tyle że przez nowe osoby. Jeszcze przed wyborami w „Dzienniku Gazecie Prawnej” pojawiły się badania pokazujące, że ze wszystkich dużych planów inwestycyjno-rozwojowych jedynie budowa samochodów Izera nie budzi większego entuzjazmu, Polacy chcieli natomiast atomu i CPK. Co więcej, nie chcieli natomiast likwidacji Instytutu Pamięci Narodowej czy Centralnego Biura Antykorupcyjnego, co zapowiadała PO. I o ile ich likwidacji na razie nie było (ale wciąż pojawiają się w zapowiedziach polityków), o tyle inwestycje gwałtownie spowolniły, a CPK stał się wydmuszką, niespełniającą nawet na papierze swoich pierwotnych założeń. I tak do grona rozczarowanych dochodzi wykraczająca daleko poza prawicę frakcja promodernizacyjna. „Polacy chcą polityki PiS-u bez PiS-u” – mówił w czerwcu zeszłego roku Piotr Trudnowski z Instytutu Jagiellońskiego w rozmowie z portalem Salon24.pl. Ten zwrot w wypowiedziach komentatorów wraca zresztą dość często.

 

Epidemia rozczarowania

Kolejne miesiące przynosiły coraz głębsze przekonanie, że rząd jest w stanie wywiązać się ze swoich obietnic. W terminie ze stu obietnic na sto dni zapowiadanych przez Tuska zrealizowano tylko kilkanaście, przy czym często zwracano uwagę na to, że najpełniej dotrzymaną obietnicą okazało się przywrócenie świadczeń ludziom komunistycznych służb, do których dorzucono kilka spraw z ideologicznej agendy. Według działaczy Konfederacji rok po wyborach liczba wypełnionych punktów wzrosła do 30, zabrakło wśród nich jednak choćby podniesienia kwoty wolnej od podatku.

Równocześnie wiele innych działań rządu prowadzących do osłabienia pozycji branż strategicznych, zwolnień pracowników, dramatycznego spadku zysków spółek Skarbu Państwa czy zapaści służby zdrowia (zjawiska opisywane wielokrotnie na łamach „TS”) budziło zaniepokojenie i sprzeciw kolejnych grup społecznych. Wiele z nich było też, jak może się wydawać, celowo prowokowanych przez władze poprzez stawianie ich przed polityką faktów dokonanych, lekceważące podejście do kwestii konsultacji społecznych (np. z leśnikami, myśliwymi czy środowiskami rodziców), a czasem – jak w przypadku rolników – posunięto się wręcz do siłowej, brutalnej konfrontacji. Równocześnie najtwardszy elektorat także wyrażał niezadowolenie z powodu zbyt wolnego tempa rozliczeń i niedostatecznej głębokości zmian z zakresu inżynierii społecznej – jednak ta grupa nie odwróci się od Tuska, nie jest więc istotna dla naszych rozważań. Przed nami kolejne kłopoty wynikające z realizacji polityki ekologicznej i migracyjnej Unii.

 

Kwestia priorytetów

Zlekceważonymi zupełnie sygnałami ostrzegawczymi były badania z sierpnia zeszłego roku. Ankietowani pytani przez IBRIS wskazywali, że kluczowymi obszarami działań rządu powinny być: walka z drożyzną, wzmocnienie bezpieczeństwa, naprawa służby zdrowia oraz nieustająco budowa CPK i elektrowni atomowych. Rozliczenia poprzedników czy aborcja wskazywane były o wiele rzadziej. Z wypowiedzi premiera i czołowych polityków wynikało jednak, że to te sprawy są dla gabinetu kluczowe, co mogło budzić w społeczeństwie poczucie oderwania władzy od problemów zwykłych ludzi. W październiku, gdy badano nastroje Polaków rok po wyborach, okazało się, że oceny negatywne rządu zaczynają przeważać nad pozytywnymi (39 do 27 w badaniu IPSOS). Potwierdzały to kolejne sondaże, przy czym jeszcze gorzej od rządu jako całości oceniany był i jest Donald Tusk. W kwietniu tego roku w sondażach liczba przeciwników premiera przekraczała połowę respondentów, jako zwolennicy deklarowała się natomiast niecała 1/3. Tę słabość pokazała też frekwencja na przedwyborczym marszu sympatyków Rafała Trzaskowskiego, który choć liczny, nie był powtórzeniem dawnych sukcesów. Przyznał to, niechcący, nawet sam Tusk zagrzewający uczestników mocno przestrzelonym zawołaniem: „Jest nas pół miliona”. Podczas poprzedniej imprezy w tym duchu, przed wyborami w 2023 r., Tusk krzyczał do zebranych o milionie demonstrantów. Wiele analiz wskazywało na niższą mobilizację „Jagodna”, czyli grupy wyborców, których determinacja przeważyła szalę w październiku 2023 r.

Przy takich tendencjach trudno dziwić się nierównowadze sił w pierwszej turze wyborów. Koalicjantów powinny niepokoić też najnowsze sondaże parlamentarne, w których widać przewagę PiS nad PO i całej prawicy nad stroną rządową. W przyszłym parlamencie możemy spodziewać się większej niż dziś reprezentacji Konfederacji, silnego PiS i – być może – koła lub nawet klubu Korony Grzegorza Brauna. Tu warto też zauważyć, że Karola Nawrockiego w drugiej turze poparło wielu młodych wyborców, dla których, według zaklęć mediów, miał on być niewybieralny. W przyszłości może się to przełożyć też na pewne odczarowanie PiS w tym segmencie elektoratu. Obok lewicy uległej znajdzie się też zapewne ta mniej pokorna, dowodzona przez Zandberga. Koalicja 13 grudnia do przyszłych wyborów nie dotrwa też zapewne w obecnym kształcie, projekt Trzeciej Drogi wyraźnie ma się ku końcowi. Jeśli rząd nie zdecyduje się na dalszą brutalizację życia politycznego i szeroko zakrojoną interwencję w wybory parlamentarne, niemal na pewno nie będzie w stanie przedłużyć swojego mandatu na kolejną kadencję. 

 

Miecz Damoklesa

Już nie sondaże, a twarde dane w postaci wyników wyborczych pokazują mocne rozczarowanie pracami koalicji i bankructwo polityki rządu Donalda Tuska. Polityka rozliczeń, częściej deklaratywna niż realna, przestała interesować większość wyborców widzących coraz wyraźniej, co igrzyska te mają przykrywać. Rząd wielokrotnie wykazywał się obojętnością wobec problemów społecznych, skupiając się na obsesjach najtwardszego elektoratu i swoich własnych. Zgodnie z przewidywaniami nad dobre samopoczucie Polaków przedkładał ścisłe realizowanie unijnej agendy również w tych dziedzinach, które uderzają w poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji obywateli. Wszystko to wróciło do Tuska i Trzaskowskiego 18 maja, a w kolejnych wyborach parlamentarnych powróci raz jeszcze – ze zdwojoną siłą. 



 

Polecane