Aleksandra Jakubiak OV: Wiara podszyta strachem
Pierwszy raz zwróciłam na to pełniejszą uwagę w czasie covidowego lockdownu w 2020 roku, kiedy jako wspólnota potrzebowaliśmy bardzie niż zwykle słów pokrzepienia, zapewnienia o Bożej kochającej obecności. Tymczasem przez pierwsze tygodnie zamknięcia dominowała w ogólnym kościelnym przekazie raczej lista zadań do wykonania. Marudzę? Być może. Czasem każdego dopadnie taki czy inny kryzys.
Musisz to, musisz tamto
Ewangelia o Przemienieniu Pańskim to wielka szansa na to, by zapewnić wiernych o naszym Bożym dziecięctwie, o tym, że jesteśmy bardzo kochani, o tym, że Bóg jest dumny z każdego z nas, o tym, że nie ma potrzeby się bać. Nie mówię, że nikt o tym nie wspomniał, ale znów uderzyło mnie, jak często w komentarzach przebija się ocena uczniów i ich to-do-list: nie leż, wstawaj; musisz mieć czyste serce, by być godnym Boga, musisz to, musisz tamto., powinieneś, powinnaś, wymogi, warunki etc. To dla wiary zabójcza kolejność: musisz być, zachowywać się, tak a tak, wtedy doznasz nagrody spotkania z Panem. Zamiast prowadzić do owego spotkania, by jego przemieniająca serce moc miłości sprawiła, że przepełnienie łaską będzie owocowało stawaniem się człowiekiem kochającym.
„Wiara bez uczynków jest martwa”? Jak najbardziej, ale to z łaski rodzą się uczynki, nie z wykonywania zadań jak należy, nagradzani jesteśmy łaską.
Narodziny strachu
Podejście zadaniowe, stawianie na efekty i owoce, liczby i tabele przychodów, powoduje, że wiara zaczyna być podszyta strachem przed tym, że nie dam rady stanąć na wysokości zadania, być akuratnym, właściwym. To patrzenie na siebie w optyce towaru, traktowanie siebie niczym przedmiotu, który wytwarzać ma efektywnie zaprogramowany produkt. I znowu, nie chodzi o to, by od siebie w ogóle nie wymagać, chodzi o to, że pierwsze w kolejności jest nakarmienie, by potem można było pracować siłą energii, która płynie z pokarmu.
Niejeden raz słyszałam opinie, że ludzi interesuje tylko to, czy coś jest grzechem czy nie, co katolikowi wolno etc. Zgoda. Ale skąd taka postawa? Ano stąd, że traktują oni swoją religijność w horyzoncie zadań, odpowiedzialności, obowiązków oraz analogicznie przestępstw i wykroczeń. Dlaczego? Bo o tym od małego słuchają.
- 39. rocznica śmierci ks. Franciszka Blachnickiego
- Wielkopostna Msza św. przy cudownym krucyfiksie
- "Odwrócenie jest całkowite". Ostatnie rozważanie bp. Vardena
- Ingres bp. Krzysztofa Zadarki
- Polak nowym nuncjuszem na Malcie
- "Zachowajcie balans między charyzmatem a instytucją". Papież spotkał się z Odnową w Duchu Św.
- Rzym: Element wielkopostnej celebracji - włócznia, którą przebito bok Chrystusa
- Papież: gdy zło redukuje nasze ciało do wymiennego towaru, ono jaśnieje Bożą chwałą
- Ewangelia na II Niedzielę Wielkiego Postu z komentarzem [video]
- Niedziela "Ad Gentes" - Dzień Modlitwy, Postu i Solidarności z Misjonarzami
- Papież o ataku na Iran: weźcie odpowiedzialność wobec groźby tragedii o ogromnych rozmiarach
Zwiadowca
Taki przykład, starożytny egzegeta, filozof i teolog Orygenes, jeden z najwybitniejszych umysłów swoich czasów - II-III wiek po Chrystusie - uważał, że rolą teologa jest bycie kimś w rodzaju zwiadowcy. Podążanie nieodkrytym szlakiem przed całym ludem i sprawdzanie terenu. Taki zwiadowca czasem musi wejść w jakieś bagno lub pokrzywy, by można było stwierdzić, że dana ścieżka nie jest bezpieczna. Dlatego rolą teologa nie było według niego zawsze mieć rację, tylko szukać dobrych, bezpiecznych dróg. I tak właśnie wyglądał jego własna ścieżka, nie wszystkie koncepcje Orygenesa były przyjęte przez Kościół jako prawdziwe czy właściwe, w wielu teoriach jednak był prekursorem. Obecnie, gdy teolog postawi jakiś fałszywy krok, pada na niego odium odstępcy. Kto zatem odważy się być prawdziwym zwiadowcą? Warto jednak porównać dynamikę rozwoju teologii w starożytności i obecnie.
Znać Boga
Pamiętam, jak kilka lat temu poszłam do lekarza z jednym ze starszych i chorych członków mojej rodziny. Osoba ta została w przychodni potraktowana haniebnie. W zamian za to, wyprowadzona z równowagi, zwróciłam się do personelu słowami nie tylko złośliwymi, ale i upokarzającymi. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz byłam podwójnie zaszokowana. Po pierwsze tym, jak można było tak potraktować starszego człowieka, a po drugie tym, jak ja mogłam w taki okrutny, miażdżący sposób oddać cios. Kiedy jakąś chwilę później już sama wracałam do domu i przybita mówiłam Bogu, że nie podejrzewałam się o takie zachowanie, gdzieś z głębi mnie wybrzmiało, że w tamtej chwili nie znałam Go. Okoliczności życia sprawiają czasem, że np. emocje zasnuwają nasz umysł powodując duchową amnezję. Jakbyśmy przestali Boga znać, ponieważ znać Boga to nie przyjąć do wiadomości fakt Jego istnienia, ale trwać w Jego obecności. Dlatego poznawać Go musimy wciąż i wciąż od nowa. Gdy Go znamy i w Nim trwamy Jego łaska uzdalnia nas do wielu działań. Dlatego nawet chrześcijanom będącym w Kościele od dawna, trzeba wciąż przypominać o Bożej miłości i Jego otwartej propozycji nieustannej bliskości. Przynajmniej ja tego potrzebuję. Nie tylko od wewnątrz, ale także z zewnątrz.
Jedyny lek
Gdy nie dajemy sobie z czymś rady, w sposób niejako „naturalny”, przyjmujemy postawę Adamową, chowając się w krzaki. Tymczasem nic innego niż łaska nie jest w stanie nas uzdrowić i przywrócić do pierwotnych „ustawień fabrycznych”. Bywa, że bez przypomnienia, bez podania ręki, bez cudzej inicjatywy, nie wynurzymy się z tej kryjówki. To nie bez ciągłego przypominania o powinnościach, ale bez uzmysławiania nam bliskości miłości Bożej, nie ruszymy z miejsca.
Świadomość bycia kochanym to jedyny lek na wiarę podszytą strachem, to jedyny środek na nawrócenie i odwrócenie niezdrowej kolejności w naszym podejściu do religijności i relacji w Bogiem.




