Femiklasistki gardzą "kobietami z ludu"
Co musisz wiedzieć:
- Tekst stawia tezę, że reakcja części środowisk liberalno-feministycznych nie traktuje wszystkich kobiet podmiotowo, lecz różnicuje je według pochodzenia i kapitału kulturowego.
- Spór między komentatorkami (m.in. Magdaleną Okraską i Katarzyną Szumlewicz) dotyczy nie istnienia problemu, lecz jego skali.
- Autor argumentuje, że historyczne odejście feminizmu od sojuszu z marksizmem oraz zwrot ku agendzie kulturowej sprawiły, iż ruch coraz częściej koncentruje się na problemach kobiet z klas uprzywilejowanych.
Gdyby porównać sposób, w jaki środowiska postępowe traktowały żeńską część rodziny poprzedniego i obecnego prezydenta, różnica rzuca się w oczy niemal natychmiast. Zarówno w Agacie Kornhauser-Dudzie, jak i w prezydenckiej córce Kindze upatrywano raczej kobiet, które warto próbować przeciągnąć na stronę feministycznej agendy aniżeli kogoś, kogo należy bezwzględnie zwalczać. Wystarczy wspomnieć kilka inicjatyw.
Już w 2016 roku uczestniczki Czarnego Protestu szły na demonstracjach z hasłem: „Agato, powiedz coś”. Niedługo później posłanki Nowoczesnej kierowały do ówczesnej pierwszej damy listy z prośbą o wsparcie postulatów proaborcyjnych; podobne apele formułowały feministyczne celebrytki, jak choćby Paulina Młynarska. Nie obyło się też bez zachęcania prezydentowej do poparcia dostępności tzw. pigułki dzień po. Z kolei „Gazeta Wyborcza” sugerowała (podżegała), by prezydentowa przestała odgrywać już rolę „paprotki” przy mężu. Podobnie zresztą czyniono później z prezydencką córką. Jak widać, próby „przekabacenia” były długotrwałe i konsekwentne. Agatę Kornhauser-Dudę i Kingę Dudę traktowano więc podmiotowo i chciano rozmawiać z nimi z poziomu partnerskiego, mimo że należały do rodziny prawicowego polityka.
- W ramach SAFE dostaniemy sprzęt z demobilu? Gen. Wroński: Nigdzie nie wyartykułowano, że będzie nowy
- Kto stoi za największym załamaniem oglądalności w historii TVP Info?
- Niemcy w tarapatach. Wracają niebezpieczne Tapinoma magnum
- Burza w Tańcu z Gwiazdami. Ta decyzja zaskoczyła widzów
- Komisja Wenecka akceptuje segregację sędziów. Ekspert: To przekracza granicę, której przekraczać nie wolno
- Netanjahu: "Wiele wskazuje, że najwyższego przywódcy Iranu Alego Chamenei już nie ma"
Pierwsza dama ze „skazą”
Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja kobiet z rodziny Karola Nawrockiego. Począwszy od jego młodziutkiej córki, przez żonę, aż po teściową – wszystkie stawały się natychmiast obiektem drwin i szyderstw salonu i środowisk do niego aspirujących. Sam ich widok w mediach wywoływał w części „postępowych” kręgów (również tych deklaratywnie prokobiecych) reakcje, które trudno nazwać inaczej niż odtrącającym zezwierzęceniem i odrzuceniem wszelkich norm kultury. Nie było żadnych apeli, listów otwartych, subtelnych sugestii czy prób nawiązania kontaktu. Od początku kobiety te, a zwłaszcza Marta Nawrocka, przedstawiane były jako osoby „obciachowe”, a przez to niegodne przebywania w Pałacu Prezydenckim; patrzono na nie z nieskrywaną protekcjonalnością i pogardą.
Co istotne, nie dawały ku temu żadnego realnego powodu. Ich wizerunek nie był obciążony skandalem czy kompromitacją, styl zaś nie podpadał wyraźnie pod żaden paragraf „modowej inkwizycji”. Mimo to zostały niejako z góry uznane za „niepasujące”, jakby posiadały jakąś niezbywalną i oczywistą dla salonu „skazę”. Oczywiście część tej różnicy można tłumaczyć przegadaną już „brutalizacją języka polityki”. Jednak gdy przyjrzymy się bliżej słownikowi używanemu wobec pierwszej damy oraz kontekstowi tych ocen, widać, że niechęć nie brała się jedynie z różnic politycznych. Chodziło o coś bardziej pierwotnego... o pochodzenie klasowe.
Odruch klasowej separacji
Agata Kornhauser-Duda, choć „nie-nasza” światopoglądowo, wywodziła się z krakowskiej inteligencji; jej środowisko rodzinne lokowało ją w kręgu kulturowo rozpoznawalnym i akceptowalnym dla liberalnych elit. Kapitał „rodowodu” działał jak swoisty bufor ochronny: pozwalał widzieć w niej „swoją, która się zagubiła”, a nie „obcą”. W przypadku obecnej pierwszej damy podobny bufor nie istniał. Mimo że wiedza o jej krewnych jest znikoma, została niemal automatycznie przypisana do warstwy mieszczańsko-robotniczej, z której wywodzi się Karol Nawrocki. Z kolei jej praca w służbie celno-skarbowej (zawodzie niecieszącym się specjalnym prestiżem w oczach wielkomiejskich elit) tylko tę klasyfikację utrwala.
Dlatego też obserwujemy odruch klasowej separacji, w którym dystans ideologiczny splata się z poczuciem kulturowej wyższości. Dla salonu nie jest to więc partnerka do dialogu ani nawet przeciwniczka w sporze, lecz ktoś spoza świata, z którym się rozmawia, bo nawet przelotny kontakt mógłby na „feministyczne arystokratki” sprowadzić podejrzenia spoufalania się z „plebejuszkami”.
Nigdy nie będziesz szła sama?
Można było się spodziewać, że w trakcie trwającej nagonki przynajmniej środowiska feministyczne publicznie staną w obronie pierwszej damy. Wystarczyłoby powiedzieć: „Nie zgadzamy się z jej poglądami, ale nie akceptujemy klasowej pogardy wobec żadnej kobiety”. Taka postawa była wręcz ich obowiązkiem jako manifestacja deklarowanego w feminizmie „siostrzeństwa”. Co więcej, mogłaby ocieplić nadszarpnięty wizerunek ruchu, pokazując, że jego zasady obowiązują także wtedy, gdy dotyczą kobiet spoza ideologicznej wspólnoty. Stało się jednak inaczej, bo to właśnie media identyfikujące się z feminizmem uderzyły w Martę Nawrocką. Klasistowski tekst Natalii Waloch opublikowany na portalu „Wysokie Obcasy”, sądząc po komentarzach, spotkał się z wyraźnym pozytywnym odzewem czytelniczek.
Ocena całej sytuacji wywołała jednak dwugłos. Pisarka i działaczka społeczna Magdalena Okraska diagnozuje dla „Tygodnika Solidarność”:
„Atak, jaki przypuszczono na postać Marty Nawrockiej po jej wywiadzie dla TVN, pokazuje przede wszystkim poziom klasizmu, który wciąż przyświeca liberałom i współczesnemu ruchowi feministycznemu, jakich wartości by nie deklarowali”.
Następnie poszła dalej, wskazując na głębszy problem:
„Feminizm liberalny w teorii dostrzega siostrzeństwo kobiet, dba o jakość relacji między kobietami z różnych klas i wspiera wszystkie kobiety. Nie ma w tym słowa prawdy. Feministki liberalne uwiera i śmierdzi im każda kobieta, która nie spełnia ich wymogów estetycznych czy deklaruje odmienne wartości”.
Nieco łaskawsza dla współczesnego feminizmu jest publicystka i podcasterka Katarzyna Szumlewicz. Jej zdaniem mieliśmy do czynienia raczej z hejtem ze strony obozu liberalnego, który niesłusznie przypisano całemu feminizmowi.
„Potem był zresztą hejt ze strony obozu konserwatywnego wobec Natalii Waloch. Feministki są przeciw hejtowaniu i jednej, i drugiej”
– argumentuje, dodając, że kobiety w przestrzeni publicznej często stają się łatwym celem ataków, nawet jeśli nie sprawują realnej władzy. Zapytana o zjawisko, które można by nazwać „femiklasizmem”, Szumlewicz inaczej opisuje jego proporcje:
„Było coś takiego na przełomie lat 90. i 2000., może jeszcze do 2015 roku. Bochniarz i panie z jej kręgu, czyli np. Środa. Potem to stało się totalnie niemodne, nawet Kongres Kobiet udaje, że porusza socjalne kwestie. Waloch to z kolei funkcjonariuszka «Wyborczej», która boi się przeciwstawić górze”.
I podsumowuje:
„Takie tendencje owszem są, ale feminizm ma dziś wiele oblicz, a to liberalno-centrowe jest stosunkowo najsłabsze”.
Widać więc wyraźnie, że rozmówczynie różnią się w ocenie skali klasistowskiego wpływu feminizmu liberalnego. Łączy je jednak przekonanie, że to właśnie komponent liberalny odpowiada za ton reakcji wobec Marty Nawrockiej. Spór dotyczy więc nie tego, czy problem istnieje, lecz jak szeroko jest rozpowszechniony.
Od socjalizmu do klasizmu
Uczciwa diagnoza współczesnego feminizmu musi uwzględniać fakt, że choć nurt ten nie porzucił całkowicie postulatów ekonomicznych, jak likwidacja „luki płacowej” czy parytety w zatrudnieniu (zwłaszcza w zawodach o wysokim prestiżu i wynagrodzeniu), to jednak wyraźne przesunięcie akcentów w stronę agendy kulturowej stało się faktem. Nie jest jednak przypadkiem, że znaczna część środowisk feministycznych weszła w ścisły sojusz z liberalizmem. Wcześniejszy flirt z radykalnym socjalizmem okazał się dla wielu z nich rozczarowujący. Symbolicznym rozrachunkiem z tym doświadczeniem był kanoniczny esej pt. „Nieszczęśliwe małżeństwo marksizmu i feminizmu” autostwa Heidi Hartmann z 1979 roku.
Po rewolcie 1968 roku, kiedy sojusz feminizmu z socjalistami (z postaciami go firmującymi, na czele z Evelyn Reed czy Kate Millett) wydawał się naturalny i intensywny, lata osiemdziesiąte przyniosły wyraźne przesunięcie ku feministycznej krytyce kultury i obyczaju. Feministki dostrzegły bowiem, że samo obalenie kapitalizmu nie oznacza automatycznej dekonstrukcji patriarchatu. Marksizm – jak argumentowała Hartmann – stawia w centrum kategorię klasy, nie płci; perspektywa klasowa bywa „ślepa na gender”, a kobiece postulaty często traktowane są instrumentalnie, jako dodatek do „właściwej” rewolucyjnej walki.
„Niedawne próby połączenia marksizmu i feminizmu w jedną całość nie mogą zadowolić nas jako feministek, gdyż podporządkowują feministyczne zmagania «szerszej» walce z kapitałem”
– pisała Hartmann. I dodawała, że potrzebne jest albo uzdrowienie tego małżeństwa, albo rozwód.
Separacja
Do pełnego rozwodu nie doszło, ale separacji trudno zaprzeczyć. Analiza złożonych przepływów ideowych w ruchach kobiecych przekroczyłaby ramy tego tekstu, warto jednak zauważyć pewną prawidłowość: współczesna myśl feministyczna w sposób niepisany skoncentrowała się przede wszystkim na kobietach, których podstawowe potrzeby ekonomiczne są już zabezpieczone. W centrum uwagi znalazły się inne formy opresji: związane z językiem, ciałem, reprodukcją, reprezentacją, symboliką czy nawet aranżacją przestrzeni miejskiej. Nie oznacza to zupełnego zaniku feminizmu socjalistycznego czy socjaldemokratycznego. Trudno jednak nie dostrzec, że najbardziej wpływowe i najczęściej cytowane myślicielki ostatnich dekad koncentrowały się przede wszystkim na kulturze, a nie ekonomii. Wystarczy wspomnieć takie nazwiska jak Sherry Ortner, Adrienne Rich, Judith Butler, Susan Faludi czy Rebecca Solnit.
Podobne przesunięcie widać w polu tzw. kultury wysokiej i masowej. Feministyczne przekazy obecne w filmie, powieściach czy muzyce rzadko koncentrują się na doświadczeniu ubóstwa kobiet. Wystarczy przywołać najgłośniejsze feministyczne produkcje filmowe ostatnich dekad: „Ukryte działania”, „Wonder Woman”, „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”, „Małe kobietki”, „Barbie” czy serial „Opowieść podręcznej”. Zdecydowana większość tych narracji (częściowo z wyjątkiem „Ukrytych działań”, gdzie pojawia się wątek klasowo-rasowy) operuje przede wszystkim w obrębie feminizmu kulturowego.
Feminizm snobizmu
To przesunięcie ma swoje konsekwencje. Po pierwsze, prowadzi do środowiskowej izolacji znacznej części ruchu kobiecego, którego przedstawicielki coraz częściej przestają rozumieć realne problemy kobiet spoza własnego luksusowego getta; patrzą wręcz na uboższe „siostry” podejrzliwie, jak na potencjalne „ambasadorki patriarchatu”, a nie partnerki we wspólnej walce.
Po drugie, wejście w orbitę kapitałową liberalnych mediów oraz współpraca z instytucjami demoliberalnych państw wytworzyły swoisty, niepisany kontrakt: „My, liberałowie, chętnie was wesprzemy, ale pod warunkiem, że zajmiecie się «swoimi» babskimi tematami, takimi jak aborcja czy mansplaining, a kwestie kapitału i struktury gospodarczej pozostawicie nam, bo to nie na wasze małe urocze główki”.
Po trzecie wreszcie, w warunkach polskich konserwatyzm kobiet z klas uboższych tworzy dla wyemancypowanych (często od niedawna) mieszczek barierę estetyczno-kulturową. To ona prowadzi do lekceważenia, a czasem wręcz zanegowania problemów milionów kobiet, które nie mieszczą się w narracji nowoczesnej, liberalnej baśni. Jeśli więc feminizm ma pozostać ruchem emancypacyjnym, musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce być solidarny wobec wszystkich kobiet, czy jedynie pełnić rolę snobistycznej ozdoby klasowego awansu.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




