Samuel Pereira: Wtedy żądali żeby Prezydent nie przyjmował ślubowania od sędziów, teraz twierdzą, że ma obowiązek przyjąć
Co musisz wiedzieć:
- Spór dotyczy prerogatyw Prezydenta RP w procedurze powoływania sędziów Trybunał Konstytucyjny, w szczególności przyjmowania od nich ślubowania.
- Samuel Pereira twierdzi, że prezydent ma prawo ocenić legalność wyboru sędziów przez Sejm i nie jest jedynie „notariuszem” decyzji parlamentu.
- Publicysta zarzuca środowisku związanemu z Donaldem Tuskiem, stosowanie podwójnych standardów w podejściu do roli prezydenta w tej procedurze.
Zauważyliście, że sami politycy i eksperci, którzy dziś negują prerogatywy prezydenta w sprawie przyjmowania ślubowania przez kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, sami kiedyś żądali od prezydenta RP, by nie przyjmował ślubowania od wskazanych przez Sejm kandydatów? W imię „praworządności” oczywiście!
W grę wchodzi przyjęcie jak dotąd niezależnego od rządu organu konstytucyjnego państwa polskiego, a dalej zalegalizowanie całego bezprawia, jakie przetacza się przez Polskę od 13 grudnia 2023 r.
Skok na Trybunał Konstytucyjny Platformy Obywatelskiej
Gdy pod koniec pierwszych rządów PO-PSL partia Donalda Tuska (podobnie jak dziś) postanowiła zabetonować i hurtem obsadzić Trybunał Konstytucyjny, tak aktywni dziś podręczni eksperci - milczeli. Ci sami ludzie dzisiaj żyrują kolejny skok na TK tej samej ekipy politycznej. Spójrzmy na argumentację jaką stosował w 2015 r. przedstawiciel Platformy Obywatelskiej, poseł Robert Kropiwnicki. Jak przekonywał polityk, hurtowe obsadzenie Trybunału „jest głównie po to, żeby mógł spokojnie funkcjonować również wtedy, gdy nie będzie obrad Sejmu, Sejm i Senat będą w okresie przejściowym”, a wtedy „istnieje ogromne zagrożenie, że trybunał będzie zablokowany na co najmniej kilka miesięcy, przez co nie będzie mógł orzekać w pełnym składzie, nie będzie mógł podejmować decyzji i będzie dużo trudniej uzyskać ostateczne orzeczenie dotyczące konstytucyjności ustaw”.
Ile w tych słowach było troski! Gdzie ona jest teraz, gdy od 2,5 roku władza nie tylko nie publikuje wyroków TK, ale w specjalnej uchwale rządowej ogłosiła, że nie będzie ich respektować i już. Uchwała nie jest oczywiście źródłem prawa, jej celem było związanie koalicjantów w szalonym pędzie bezprawia Donalda Tuska, a zaprzyjaźnione media ogłosiły, że ma ona „pomóc organom państwa w przywracaniu praworządności” (sic!).
Koalicja Obywatelska nagle uznała Trybunał Konstytucyjny
Teraz, po dwóch latach nie wystawiania i nie głosowania nad kandydatami do TK, z racji kończenia się kadencji 6 sędziów Trybunału – ten nie ma pełnego składu, ale jakoś to Koalicji Obywatelskiej nie przeszkadza, bo przecież jeśli jakaś instytucja jest niezależna od Tuska, to jej nie ma. Gdy teraz pojawiła się szansa, by masowo, en bloc obsadzić ten konstytucyjny organ, nagle staje się on dla koalicji 13 grudnia uznawany. Bo potencjalnie ich. W związku z tym zaczyna się presja na prezydenta, że nie ma wyboru, tylko ma ślubowanie przyjąć. Jak notariusz, przy całym szacunku do tego zawodu, po prostu dla obecnej władzy prerogatywy przedstawicieli tego zawodu są równe tym, jakie posiada prezydent RP. Co jest oczywiście niezgodne z przepisami, ale one „uśmiechniętych” nie interesują.
Poważne wątpliwości wobec sędziów wybranych przez Sejm
Polskie prawo stanowi jasno: sędzia TK obejmuje urząd po złożeniu ślubowania przed Prezydentem. To nie jest techniczny detal. To przepisy dotyczące aktu o charakterze ustrojowym. Skoro bez ślubowania nie ma urzędu, to Prezydent nie jest przedłużeniem pióra, którym ma podpisywać co mu rząd każe, tylko realnym uczestnikiem procedury. A skoro jest stroną, to ma też odpowiedzialność. A odpowiedzialność oznacza jedno: musi mieć możliwość oceny, czy bierze udział w procedurze legalnej.
Jeżeli więc pojawiają się poważne wątpliwości co do wyboru sędziego przez Sejm, Prezydent ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek się zatrzymać. Inaczej staje się współuczestnikiem potencjalnego naruszenia konstytucji, czyli praw obywatelskich. Twierdzenie, że ma „przyjmować wszystko jak leci”, sprowadza jego rolę do funkcji dekoracyjnej – a tego Konstytucja i ustawy nie przewidują.
Kalizm w czystej postaci
I teraz najciekawsze. Zauważyliście, że sami politycy i eksperci, którzy dziś negują prerogatywy Prezydenta w tej sprawie, jeszcze kilka lat temu domagali się od głowy państwa dokładnie odwrotnego zachowania? Wzywali, by nie przyjmować ślubowania od określonych kandydatów, kwestionując ich legalność. Dziś mówią, że prezydent nie ma prawa oceniać. To już nawet nie jest spór prawny. To klasyczny kalizm.
Problem nie polega więc na tym, czy Prezydent ma kompetencje. Problem polega na tym, kto akurat z tych kompetencji korzysta. „Nasz”, czy „obcy”. A to już nie jest kwestia prawa, tylko zależności politycznej. Czy odkryję Amerykę, gdy napiszę, że w państwie prawa zasady powinny być stałe? Nie. Albo Prezydent ma realną rolę i może oceniać legalność procedury – albo jest tylko figurantem. Nie da się uczciwie bronić obu tych tez jednocześnie, zależnie od tego, kto akurat siedzi w Pałacu Prezydenckim. Słowo klucz: „uczciwie”




