Tylko Solidarność powstrzyma dryf ku zamordyzmowi
Co musisz wiedzieć:
- Tekst stawia tezę, że demokracja liberalna traci społeczną wiarę w swoje zasady i w reakcji na narastający sprzeciw zaczyna sięgać po coraz silniejsze mechanizmy kontroli i ograniczania demokracji.
- Zdaniem autora społeczny bunt wobec wad systemu często przybiera formę fałszywej reakcji, która nadal opiera się na tym samym skrajnym indywidualizmie.
- Jedyną realną alternatywą dla dryfu ku autorytaryzmowi autor widzi w odbudowie wspólnoty opartej na solidarności, zwłaszcza poprzez większą rolę ruchu Solidarność w życiu publicznym.
Kiedy ludzie naprawdę wierzą w panujący ustrój, może on funkcjonować bez nadmiernego przymusu, kontroli czy przemocy ze strony władzy. Gdy jednak ta wiara słabnie i w społeczeństwie pojawia się pragnienie zmiany, ci, którzy na ustroju najbardziej korzystają, zaczynają bronić go siłą. Proces ten mogliśmy obserwować wielokrotnie – w przypadku Polski ostatni raz zaistniał podczas zmierzchu realnego socjalizmu. Teraz, na półmetku czwartej dekady demokracji liberalnej w III RP, wiele wskazuje na to, że historia się powtarza. Liczne wady demoliberalizmu stały się widoczne gołym okiem i narasta społeczny sprzeciw, który system próbuje udaremnić, wprowadzając miękki zamordyzm. Zarówno ze strony ciał unijnych, jak i rządów krajowych pojawiają się prawne uzurpacje, uderzenia w niezależne media, eliminowanie niewygodnych rywali, polityczne represje i postępujący zanik demokracji. A jeszcze niedawno te wszystkie środki nie były przecież potrzebne.
- ZUS wydał pilny komunikat
- Iran uderzył w Niemców. Baza Bundeswehry w płomieniach po ataku rakietowym
- Komunikat dla mieszkańców Warszawy
- Komunikat dla mieszkańców woj. śląskiego
- Pracownicy nie dostaną pensji? Jarosław Lange o sytuacji w Cegielskim: Firma ma zablokowane konta
- Wyłączenia prądu w woj. pomorskim. Ważny komunikat dla mieszkańców
- Jak fikcyjne faktury kosztują Polskę miliardy – ekspert o kulisach karuzeli VAT
- Straż Graniczna wydała komunikat. Pilne doniesienia z granicy
- Andrzej Gajcy ujawnia: Morawiecki buduje własne zaplecze, ale nie dąży do rozłamu
Wyczerpanie formuły
Zasady demoliberalne, jak: forsowanie pluralizmu, specjalna ochrona mniejszości czy neoliberalny model ekonomiczny, do tej pory wydawały się oczywiste, a wszystko, co od nich odstawało, uchodziło za niebezpieczny radykalizm. Jednak z czasem idee te przyniosły groźne dla społeczeństw konsekwencje i zaczęto rozważać, czy aby na pewno są one słuszne i niezastąpione. Opisaniu ich skutków można by poświęcić osobną rozległą publikację; tutaj przedstawmy je w telegraficznym skrócie.
Zawiodły polityki multikulturalizmu i migracjonizmu. To przez nie spadło poczucie bezpieczeństwa obywateli, a wiele historycznych miast, niegdyś pięknych i spokojnych, zostało oszpeconych i popadło w chaos.
Zbankrutowała polityka praw mniejszości. Zamiast harmonijnego życia społecznego przyniosła ona nachalną propagandę, powszechne zastraszenie i absurdy poprawności politycznej. Jednocześnie znajdujące się pod specjalną ochroną grupy często zaczęły koncentrować się wyłącznie na swojej odrębności, co osłabiło więzi społeczne.
Swoją nędzę odsłoniła idea „tolerancjonizmu”. Szybko okazało się, że nie wynika ona ze szlachetnych pobudek, a jest zakamuflowaną obojętnością na życiowe wybory innych, a także prowadzi do relatywizacji wzorców niezbędnych dla przetrwania społeczeństwa.
Zawiódł dogmat polityki ekologicznej. Zbyt często pod presją moralnego szantażu służył on wielkiemu biznesowi, a także wprowadzaniu ideologicznych projektów, ignorujących koszty, jakie na ich skutek ponoszą najsłabsi.
We własną karykaturę przerodził się wynoszony pod niebiosa „pluralizm opinii”. Zamiast ułatwiać rozsądne dyskusje, otworzył on drogę dla irracjonalnych pomysłów i szkodliwych bzdur domagających się traktowania na równi z myślą wypracowaną przez naszą cywilizację przez całe tysiąclecia.
Oczekiwań ludzi nie spełniają już instytucje publiczne. Przesiąknięte ideologią przestały budzić zaufanie i straciły autorytet, który jeszcze niedawno wydawał się niepodważalny.
Przegrał natarczywy laicyzm. Okazało się, że ideały postępowego humanizmu nie wystarczają, by dać ludziom poczucie sensu. Wciąż szukają oni czegoś większego: metafizyki, duchowości i ucieczki od osaczającego materializmu.
I wreszcie – straciły wiarygodność wciąż powtarzane slogany o równości. Demokracja liberalna pokazała, że służy głównie silnym i bogatym, a troska o pojedynczych wykluczonych była tylko zasłoną dla ekonomicznego wykorzystywania większości społeczeństwa.
Fałszywe przebudzenie
Jeśli ktoś spodziewał się, że reakcje społeczne na kolejne porażki systemu będą spokojne i rozsądne, musiał się rozczarować. Często okazywały one prostym odwróceniem idei demoliberalnych – i to odwróceniem równie, a czasem jeszcze bardziej destruktywnym. Na poprawność polityczną odpowiedziano ostentacyjną niepoprawnością. Nie miało już znaczenia, czy ktoś uderzał w nią Hitlerem, Stalinem czy negacją Holocaustu; jeśli coś godziło w poprawność, uznawano to za dobre z samej zasady.
Histeryczne oskarżenia wobec przeciwników przywilejów dla mniejszości społecznych stały się samospełniającą się przepowiednią. Wielu ludzi wyzywanych od rasistów, antysemitów czy mizoginów zaczęło dobrowolnie przyjmować te etykiety, a wręcz nosić je z dumą.
Rozczarowanie instytucjami publicznymi nie doprowadziło do prób ich naprawy. Zamiast tego pojawiło się szukanie instytucji alternatywnych, często jeszcze bardziej zindoktrynowanych i oderwanych od rzeczywistości. Przykładowo: skoro nie można ufać WHO czy „Big Pharmie”, część ludzi zwróciła się ku paramedycynie, znachorstwu i metodom leczenia bliższym magii niż nauce. Podobnie stało się z organizacjami międzynarodowymi. Skoro wskutek wprowadzenia do nich agendy ideologicznej, to według niektórych najlepiej w ogóle je porzucić i pozostać osamotnionym.
Niszczący kryzys
Przykłady można mnożyć. Gdyby jednak spróbować ująć je możliwie krótko: spora część społeczeństwa dostrzegła słabości systemu, ale to odkrycie nie stało się prawdziwym przebudzeniem, a raczej pogłębiło zamęt.
W pierwszym odruchu można to zrozumieć: wstępna odpowiedź na frustrującą sytuację często bywa nadmiarowa, gniewna i emocjonalna. Zaskakuje jednak coś innego – w całym tym „odwróceniu” liberalnej demokracji nie zakwestionowano idei skrajnego indywidualizmu. Można było się spodziewać, że w skład opisywanej reakcji wejdzie zwrot ku wspólnocie i solidarności. Tak się jednak nie stało. Na pierwszy plan wysunęło się żądanie jeszcze większej „niezależności”, wolności rozumianej jako brak zobowiązań wobec innych, a także przyzwolenie na chciwość i izolację. I można postawić prawdopodobną tezę, że właśnie brak wymiany tego kluczowego czynnika sprawił, że odpowiedź na kryzys demokracji liberalnej przybrała tak niszczącą formę.
Nowa antyutopia
Dlaczego jednak z „pożogi” demoliberalnych wartości ocalał właśnie skrajny indywidualizm? Przyczyn może być wiele, ale jedna wydaje się szczególnie warta wspomnienia: wpływ obowiązującego modelu gospodarczego na sposób myślenia ludzi. Jeśli system nagradza koncentrację na własnych potrzebach konsumpcyjnych, propaguje bezwzględną konkurencję i traktowanie relacji międzyludzkich jako handlowych transakcji, to trudno oczekiwać, że będzie rodził postawy wspólnotowe. Gdy wartość człowieka mierzy się jego rynkowym sukcesem, wspólnota staje się balastem, a nie punktem odniesienia. Z czasem myślenie w kategoriach dobra wspólnego zostaje wypłukane, a nawet zaczyna budzić podejrzenia. Dawne antyutopie straszyły wizją świata, w którym jednostka roztapia się w bezosobowym kolektywie. Dziś bardziej prawdopodobna wydaje się inna dystopia: taka, w której to wspólnota roztapia się w egoizmie jednostek. Samotne, rywalizujące ze sobą jednostki nie tworzą społeczeństwa, tworzą rynek. A rynek mimo usilnych prób nie daje ani sensu, ani bezpieczeństwa, ani trwałych więzi.
W tym kontekście dziwi, że środowiska określające się jako „antysystemowe” próbują walczyć z obecnym porządkiem jego własnymi narzędziami. Oferują jeszcze więcej tzw. wolności gospodarczej, jeszcze większą swawolę jednostki i jeszcze mniej wspólnych reguł. To nie jest realna alternatywa. To raczej przyspieszenie procesów, które już doprowadziły do kryzysu. Nie da się pokonać systemu opartego na skrajnym indywidualizmie przez jeszcze większy indywidualizm. Taka droga prowadzi jedynie do dalszej atomizacji, a atomizacja zawsze wzmacnia silniejszych. Rozproszone jednostki, skupione wyłącznie na własnych interesach, nie są w stanie przeciwstawić się dominującym strukturom politycznym i ekonomicznym.
Solidarność jest odpowiedzią
Odpowiedzią może być tylko idea solidarności. To ona stanowi realną przeciwwagę dla tego, co dziś nam najbardziej doskwiera: samotności, braku wpływu i poczucia bezsilności. Solidarność nie oznacza zniesienia różnic ani podporządkowania jednostki zbiorowości. Oznacza uznanie, że nasze interesy w wielu sprawach są wspólne, i że tylko działając razem, możemy je obronić. Jeśli liberalizm przechodzi w fazę coraz twardszej kontroli, to dlatego, że napotyka społeczeństwo rozbite i niespójne. Osamotnione jednostki, nawet jeśli głośno domagają się swoich praw, nie są w stanie zmienić układu sił. Może to zrobić jedynie wspólnota zbudowana na solidarności i łącząca ludzi różnych środowisk i poglądów wokół podstawowych spraw: godności pracy, bezpieczeństwa, sprawiedliwego podziału kosztów i realnego wpływu na decyzje. Bez takiej idei każdy bunt pozostanie tylko chwilowym wybuchem.
Dlatego dziś potrzeba nie tylko hasła „solidarności”, lecz jeszcze większej obecności Solidarności (tej pisanej z wielkiej litery) w życiu publicznym. Właśnie to środowisko, z doświadczeniem wspólnotowego działania, obrony pracy i godności zwykłych ludzi jest najbardziej naturalnym nosicielem tej idei. Bez jego silniejszego wpływu społecznego solidarność pozostanie pięknym słowem; z nim może stać się siłą zdolną zatrzymać dryf systemu ku zamordyzmowi.
[Śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




