[Tylko u nas] Osiński: Namibia żąda odszkodowań. Niemcy dokonali tam ludobójstwa jeszcze przed Hitlerem

Słodkie słowa w okrągłe rocznice tracą na znaczeniu, jeśli w kwestii reparacji Berlin dba o swoje interesy z bezwględnością egzekutora długów
/ Wikimedia Commons
Po ostatnich obchodach 80. rocznicy II WŚ wielu polskich redaktorów z uznaniem odniosło się do "pełnych pokory" słów prezydenta Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera.
 

"Nie ma nigdzie w Europie takiego miejsca, gdzie byłoby mi trudniej powiedzieć i podnieść głos w moim ojczystym języku. Trudno mi jest wypowiadać się do was głośno"

 
- przekonywał gość z Berlina.
 
Zachowanie niemieckiej głowy państwa było w istocie szlachetne, płynące niewątpliwie ze szczerych wzruszeń, wiodących nas ku pojednaniu z naszym zachodnim sąsiadem. Tyle tylko, że Steinmeier niczego nowego nam nie oznajmił. Dla dzisiejszych elit znad Sprewy okrągłe rocznice i związane z nimi dostarczenie światu poruszającej opowieści o "niemieckiej winie" jest już częścią ich zawodowej rutyny, zwanej z przekąsem "kiczem pojednania".
 
Nie sposób odrysować tu całej galerii błogich zdań, które padły już z ust jego poprzedników. Zainteresowanych odsyłam do internetu, ale tyle mogę powiedzieć - brzmiały one za każdym razem bliźniaczo podobnie.
 
Nie trzeba oczywiście podejrzewać niemieckich polityków o z góry zamierzoną nieuczciwość, ale ich uroczyste słowa tracą nieco na znaczeniu, kiedy potem przechodzą do porządku dziennego i w biurowym zaciszu dbają o własne interesy, dochodząc ich z bezwzględnością egzekutora długów.
 
Co z tego, że Steinmeier 1 września stanął przed nami "boso", skoro wcześniej już wielokrotnie zaznaczył, jakoby kwestia reparacji była "definitywnie zamknięta". Trudno się bez reszty zachwycać oczywistymi stwierdzeniami, że "Niemcy od pierwszego dnia wojny równali Polskę z ziemią", jeśli nie idą za tym wiążące deklaracje. Trudno ulegać urokowi zdawkowych komplementów, nie zagwarantowawszy sobie trwałości wzajemnych świadczeń.
 
Szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas w 75. rocznicę Powstania Warszawskiego wylewał podobne "krokodyle łzy", a trzy tygodnie później, w rocznicę Paktu Ribbentrop-Mołotow, odwiedził Ławrowa, aby pod płasczykiem rozmów o Ukrainie dopiąć szereg intratnych interesów. Tak się składa, że w politycznej rozgrywce "okrągłe rocznice" są niestety jedynie dekoracją.
 
To samo dotyczy niemieckich mediów. Co z tego, że w 80. rocznicę wybuchu II WŚ gazeta "Die Welt" skutecznie uśpiła czujność Polaków, drukując doskonałe teksty Mateusza Morawieckiego i prof. Piotra Glińskiego, podczas gdy ten sam dziennik dwa dni wcześniej wysłał nad Wisłę kolejne medialne "bombowce", stwierdziwszy, że polskie starania o reparacje "kwestionują porządek europejski"? Już nie mówiąc o tym, że spokrewnione z nim środki przekazu uruchamiają regularnie oszczercze kampanie, z całym zestawem kłamliwych insynuacji, które już nieraz posłużyły do wyprodukowania i puszczenia w świat bredni o "żydożerczych żołnierzach AK". Gorzej, że w wyszukiwaniu przykładów "polskiego antysemityzmu" gorliwie sekunduje niemieckim dziennikarzom część polskiej opozycji, u której wygrywa impuls każący atakować PiS zawsze, za wszystko i we wszelkich nadarzających się "paktach".
 
Charakterystyczne zresztą, że w kontekście reparacji wojennych niemieckie elity polityczne i opiniotwórcze stosują te same zabiegi nie tylko wobec Polski. Już w latach 90. kanclerz Helmut Kohl i oddany my tabloid "Bild" dokładali wszelkich starań, aby zapomniano o żądaniach płynących z Grecji. Zadośćuczynienia za poniesione straty domaga się też od lat Namibia, która znalazła się niegdyś w obrębie strefy kolonialnej kajzerowskich Niemiec. Akurat ta kwestia wymaga głębszej refleksji, bo w RFN nadal często podnoszony jest argument, że "Hitler wprawdzie złym człowiekiem był", ale przed II WŚ Niemcy były "przecież cywilizowanym krajem".
 
Otóż dwa lata temu wykipiała w Afryce wzbierająca dekadami fala goryczy. Potomkowie ofiar ludobójstwa na terenie dzisiejszej Namibii wnieśli do amerykańskiego sądu sprawę o odszkodowania. Niemiecki rząd zareagował zgodnie z oczekiwaniem: wykazał jak zwykle "skruchę", choć samą skargę uznał za niedopuszczalną, domagając się wycofania pozwu.
 

"Dla Niemiec porozumienie z Namibią w tej sprawie jest moralnym obowiązkiem leczenia historycznych ran, ale oczekiwania Namibijczyków przekraczają nasze możliwości"

 
- powtarza od lat Ruprecht Polenz, pełnomocnik niemieckiego rządu.
 
Przypomnijmy - ponad sto lat temu Niemcy stłumili na terenie dzisiejszej Namibii powstania plemion Nama i Herero, co można śmiało nazwać pierwszym ludobójstwem w XX w. Namibijczycy domagają się dziś 50 mld euro odszkodowania. Berlin wspiera co prawda od jakiegoś czasu projekty w tym kraju, które są jednak obwarowane pewnymi warunkami: z przekazanych środków ma m.in. zostać sfinansowana reforma rolna.
 
W porównaniu z Francją i Wielką Brytanią kajzerowskie Niemcy dość późno sięgnęły po swój kawałek "kolonialnego tortu". Gdy w 1871 r. doszło do zjednoczenia państw niemieckich, uwieńczonego proklamacją II Rzeszy, inne europejskie imperia już dawno wykroiły zeń swoje kawałki. Dopiero w 1876 r. powstały niemieckie protektoraty m.in. w Namibii, Tanzanii, Kamerunie i Togo. Flagi z czarnym orłem Rzeszy powiewały także w Papui-Nowej Gwinei i na wyspach Samoa. Po wybuchu I WŚ w 1914 r. Cesarstwo Niemieckie przestało istnieć, tracąc również swoje kolonie. O ile Belgowie czy Francuzi zmagali się więc jeszcze do lat 60. XX w. z problemami postkolonializmu, o tyle niemiecka "zamorska" przygoda szybko dobiegła końca. I była widocznie na tyle krótka, że nie doczekała się w tutejszej historiografii szerszych, sprawiedliwych syntez.
 
Półki z niemieckimi książkami o tematyce kolonializmu są wprawdzie pełne, jednak niestety również pełne mitów. Tymczasem na poziomie spajających wspólnotę narodową mitów nie da się uniknąć faktograficznych uchybień. Nie byłoby więc potrzeby rozliczenia się z niemieckim kolonializmem w ponad sto lat po zatrzaśnięciu trumny Bismarcka, gdyby niemieccy historycy oddali kolejnym pokoleniom to, co im należne.
 
Albowiem dziś nadal zasłaniają się argumentem, że "Niemcy to nie tylko Hitler, lecz także Johann Wolfgang Goethe i bracia Mann". Tyle tylko, że kiedy w niemieckich księgarniach pojawiały się bestsellery jak "Buddenbrookowie", niemieccy kolonizatorzy w najgorętszym ogniu rewolty pacyfikowali afrykańskie plemiona. Jeszcze bardziej zepchnięto w niepamięć zbrodnie, na których budowali swoje kariery niemieccy naukowcy, jak choćby czczony po dziś dzień lekarz i bakteriolog Robert Koch.
 
Na początku Afrykanie nieco prostodusznie zakładali, że wyciagną z obecności Niemców korzyści i wykorzystają ich we własnych plemiennych zatargach. Te rachuby okazały się jednak płonne. Nie było śladu przyzwolenia na autonomiczne dążenia czarnoskórych włodarzy. Z czasem "krzewiciele cywilizacji" zaczęli urozmaicać system kontroli nad ludnością tubylczą, posuwając się do fizycznej liwkidacji osób, mogących im zagrozić.
 
Przygoda kolonialna była również wielkim snem o mocarstwowej potędze w samych kajzerowskich Niemczech. Na półki w sklepach spożywczych w Berlinie trafiały produkty opatrzone etykietkami nawiązującymi do kolonialnej nostalgii. W berlińskim Ogrodzie Zoologicznym pokazywano przywiezione zza mórz grupy "nowych rodaków" z Nowej Gwinei. Zwyczaje niemieckich kolonizatorów odbiły się skądinąd na tubylczej sztuce i kulturze w Afryce.
 
W okresie Republiki Weimarskiej utrata kolonialnych zdobyczy występowała jako "ból fantomowy", z którym wielu Niemców nie mogło się pogodzić. Tęsknota za Niemiecką Afryką Wschodnią znajdowała upust w międzywojennej kinematografii, w której "nowi rodacy" grali w egzotycznych filmach.
 
Powrót do kolonialnej światłości okazał się jednak już tylko marzeniem, które bieg dziejów definitywnie rozwiał. Stracone afrykańskie kolonie wspominano w Niemczech wnet z takim samym utęsknieniem jak będące w obrębie II RP Poznań, Górny Śląsk czy Pomorze - zresztą nie bez przypadku. Już w drugiej połowie XIX w. niemiecki kolonializm rozszczepił się na kilka nurtów, w tym na ten (zapomniany nieco) wschodnioeuropejski. Warto przypomnieć, że Niemcy nigdy nie stałyby się kolonialnym imperium, gdyby się nie zjednoczyły pod pruskim berłem. Z kolei nigdy by się w 1871 r. nie zjednoczyły, gdyby wcześniej nie wykroiły części "polskiego tortu".
 
I podobnie jak w podzielonej Polsce "misja cywilizacyjna" okazała się niezwykle trudna, jako że przywódcy lokalnych społeczności nie zrezygnowali z własnych ambicji państwotwórczych. Toteż niemieckie władze szybko rozbudowały system kontroli nad ludnością tubylczą.
 
Niemcy rozgrywali skądinąd umiejętnie plemienne konflikty wśród napotkanej ludności. Gdy w 1897 r. kolonią zawładnęła śmiercionośna dżuma i kolonizatorzy sięgali po coraz to drastyczniejsze metody przemocy (także gospodarczej), plemiona Nama i Herero się zbuntowały i stawiły zbrojny opór. W 1904 r. Afrykanie zaatakowali niemieckie farmy, zabijając ok. stu ich właścicieli. Odpowiedź Berlina była tyleż szybka, co brutalna. Niemcy wysłali komendanta Lothara von Trothę, uchodzącego za wyjątkowo bezlitosnego, który już wcześniej krwawo rozprawił się z plemieniem Wahehe na wschodzie kontynentu.
 
Niemieckie wojska zabijały głównie kobiety i dzieci. Afrykańscy powstańcy walczyli dzielnie, ale nie mieli cienia szansy wobec karabinów i wytoczonych armat. Zbuntowani tubylcy albo ginęli na miejscu, albo uciekali na pustynne rubieże, gdzie dziesiątkowały ich głód i epidemie. Tysiące Herero umarło z pragnienia. Rozpaczone rodziny, które wracały do niemieckich osiedelisk po wodę, zostały albo od razu zastrzelone, albo przepędzone lub zamknięte w "obozach koncentracyjnych" (tak, one już wtedy się tak nazywały), gdzie najczęściej umierali wskutek ciężkiej pracy przymusowej i celowego zaniedbywania.
 
Historycy zakładają, że między 1904 i 1908 r. zginęło ok. 10 tys. członków plemion Herero i Nama. Nawiasem mówiąc, nazwa "Herero" to właściwie również koloniozatorskie określenie. Pierwotna nazwa tej ludności to "Ovaherero", lecz "ova" oznacza "człowiek". Wszak zdaniem Niemców Afrykanie nie zasługiwali na ten atrybut. Gorzej, że niemieccy "przodownicy demokracji" do dziś wzdragają się przed uznaniem określenia "ludobójstwo".
 

"Niemiecki rząd zachował się jak zwykle: arogancko. Berlin powinien był już dawno temu bezwarunkowo przeprosić Namibię za niemieckie zbrodnie i zapłacić za wyrządzone krzywdy. A także zainwestować w nowe szkoły i infrastrukturę. Mimo ogromych spustoszeń, na które zdobyli się niemieccy osadnicy, namibijskie władze były zawsze pozytywnie nastawione wobec RFN. Dzisiaj jest już chyba za późno"

 
- uważa Jürgen Zimmerer, profesor Historii Afryki na Uniwersytecie w Hamburgu.
 
Dziś już może być rzeczywiście za późno na poprawę stosunków między Berlinem i Windhukiem, tym bardziej że w marcu 2019 r. sąd na Manhattanie odrzucił skargę Namibijczyków. Berlin dalej kategorycznie odmawia im reparacji, oferując za to środki na projekty rozwojowe i "oficjalne przeprosiny", na pewno pełne "empatii" i "pokory", zwłaszcza w okrągłe rocznice.
 
Czy to nie brzmi znajomo? Chcecie odbudowę wysadzonego przez nas w powietrze Pałacu Saskiego? W porządku. Pomnik bohaterów Powstania Warszawskiego w Berlinie? Czemu nie, możemy o tym pogadać. Ale miliardowe odszkodowania? Panie i panowie, no bądźmy poważni.
 
W czasach dyplomatycznych "flirtów" powinniśmy zauważyć, że w berlińskim Tiergarten nadal stoi odlany z brązu "żelazny kanclerz" Bismarck, który wciąż zerka na przechodzących turystów z tą samą "wyższością cywilizacyjną", która kiedyś wyłączyła u Niemców wszelkie elementarne ludzkie odruchy.

Wojciech Osiński

 

POLECANE
Harry próbował pogodzić się z Williamem? Pałac Buckingham przerywa milczenie Wiadomości
Harry próbował pogodzić się z Williamem? Pałac Buckingham przerywa milczenie

Relacje między księciem Harrym a księciem Williamem od lat pozostają napięte. Teraz ponownie pojawiły się sprzeczne doniesienia dotyczące rzekomej próby pojednania między braćmi.

Polski biznes mówi „nie” strefie euro. Historyczny spadek poparcia gorące
Polski biznes mówi „nie” strefie euro. Historyczny spadek poparcia

Poparcie dla przyjęcia euro wśród szefów średnich i dużych firm spadło do najniższego poziomu w historii badań. Zdecydowana większość przedsiębiorców sprzeciwia się dziś wejściu Polski do strefy euro.

Śmiertelny wypadek pod Siedlcami. Nie żyje 43-latka Wiadomości
Śmiertelny wypadek pod Siedlcami. Nie żyje 43-latka

Droga krajowa nr 63 w miejscowości Podnieśno (woj. mazowieckie) została całkowicie zablokowana po tragicznym wypadku, do którego doszło w piątek około godziny 8:30. W zderzeniu dwóch samochodów osobowych zginęła jedna osoba, druga walczy o życie w szpitalu.

Premiera filmu „Najświętsze Serce” startuje z przesłaniem. Rusza Wielkie Zawierzenie Wiadomości
Premiera filmu „Najświętsze Serce” startuje z przesłaniem. Rusza Wielkie Zawierzenie

Podczas krakowskiej premiery filmu „Najświętsze Serce” ogłoszono start ogólnopolskiej inicjatywy Wielkiego Zawierzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Do projektu mogą już zgłaszać się parafie z całego kraju.

Twoje prawo jazdy może stracić ważność. Te dokumenty będą podlegały wymianie Wiadomości
Twoje prawo jazdy może stracić ważność. Te dokumenty będą podlegały wymianie

Wielka akcja wymiany bezterminowych praw jazdy ruszy w Polsce. Z obowiązku będą objęci wszyscy kierowcy, którzy posiadają dokument wydany przed 19 stycznia 2013 roku – oznacza to około 15 mln osób. Nowe blankiety będą ważne maksymalnie 15 lat.

Władimir Siemirunnij odda medal. To już pewne Wiadomości
Władimir Siemirunnij odda medal. To już pewne

Władimir Semirunnij zapowiedział, że nie zatrzyma olimpijskiego srebra dla siebie. Polski panczenista chce przekazać medal publicznej instytucji, a pod uwagę bierze dwie lokalizacje.

Które media dostały publiczne miliony? Dariusz Matecki ujawnia dane pilne
Które media dostały publiczne miliony? Dariusz Matecki ujawnia dane

Miliony złotych z publicznych środków miały trafić do wybranych redakcji - wynika z kontroli poselskiej w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej. Poseł Dariusz Matecki mówi o dyskryminacji mediów konserwatywnych.

Nowy wątek w sprawie Iwony Wieczorek. Śledczy zapowiadają kolejne działania Wiadomości
Nowy wątek w sprawie Iwony Wieczorek. Śledczy zapowiadają kolejne działania

Śledztwo dotyczące zaginięcia Iwony Wieczorek, które od niemal 16 lat pozostaje jedną z najbardziej tajemniczych spraw w Polsce, ponownie przyspiesza. Prokuratura potwierdza, że w sprawie pojawiły się nowe dowody.

Polska wypowiedziała Konwencję Ottawską. Wojsko może w 48 godz. zaminować granicę z ostatniej chwili
Polska wypowiedziała Konwencję Ottawską. Wojsko może w 48 godz. zaminować granicę

Po upływie okresu wypowiedzenia Konwencji Ottawskiej Polska odzyskuje od dziś możliwość produkcji i użycia min przeciwpiechotnych. System ma być ważnym elementem wzmocnienia wschodniej granicy.

Komunikat policji dla mieszkańców woj. podkarpackiego z ostatniej chwili
Komunikat policji dla mieszkańców woj. podkarpackiego

Podkarpacka policja apeluje o reakcję w czasie mrozów. Na wychłodzenie szczególnie narażeni są bezdomni, seniorzy, osoby samotne i nietrzeźwe.

REKLAMA

[Tylko u nas] Osiński: Namibia żąda odszkodowań. Niemcy dokonali tam ludobójstwa jeszcze przed Hitlerem

Słodkie słowa w okrągłe rocznice tracą na znaczeniu, jeśli w kwestii reparacji Berlin dba o swoje interesy z bezwględnością egzekutora długów
/ Wikimedia Commons
Po ostatnich obchodach 80. rocznicy II WŚ wielu polskich redaktorów z uznaniem odniosło się do "pełnych pokory" słów prezydenta Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera.
 

"Nie ma nigdzie w Europie takiego miejsca, gdzie byłoby mi trudniej powiedzieć i podnieść głos w moim ojczystym języku. Trudno mi jest wypowiadać się do was głośno"

 
- przekonywał gość z Berlina.
 
Zachowanie niemieckiej głowy państwa było w istocie szlachetne, płynące niewątpliwie ze szczerych wzruszeń, wiodących nas ku pojednaniu z naszym zachodnim sąsiadem. Tyle tylko, że Steinmeier niczego nowego nam nie oznajmił. Dla dzisiejszych elit znad Sprewy okrągłe rocznice i związane z nimi dostarczenie światu poruszającej opowieści o "niemieckiej winie" jest już częścią ich zawodowej rutyny, zwanej z przekąsem "kiczem pojednania".
 
Nie sposób odrysować tu całej galerii błogich zdań, które padły już z ust jego poprzedników. Zainteresowanych odsyłam do internetu, ale tyle mogę powiedzieć - brzmiały one za każdym razem bliźniaczo podobnie.
 
Nie trzeba oczywiście podejrzewać niemieckich polityków o z góry zamierzoną nieuczciwość, ale ich uroczyste słowa tracą nieco na znaczeniu, kiedy potem przechodzą do porządku dziennego i w biurowym zaciszu dbają o własne interesy, dochodząc ich z bezwzględnością egzekutora długów.
 
Co z tego, że Steinmeier 1 września stanął przed nami "boso", skoro wcześniej już wielokrotnie zaznaczył, jakoby kwestia reparacji była "definitywnie zamknięta". Trudno się bez reszty zachwycać oczywistymi stwierdzeniami, że "Niemcy od pierwszego dnia wojny równali Polskę z ziemią", jeśli nie idą za tym wiążące deklaracje. Trudno ulegać urokowi zdawkowych komplementów, nie zagwarantowawszy sobie trwałości wzajemnych świadczeń.
 
Szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas w 75. rocznicę Powstania Warszawskiego wylewał podobne "krokodyle łzy", a trzy tygodnie później, w rocznicę Paktu Ribbentrop-Mołotow, odwiedził Ławrowa, aby pod płasczykiem rozmów o Ukrainie dopiąć szereg intratnych interesów. Tak się składa, że w politycznej rozgrywce "okrągłe rocznice" są niestety jedynie dekoracją.
 
To samo dotyczy niemieckich mediów. Co z tego, że w 80. rocznicę wybuchu II WŚ gazeta "Die Welt" skutecznie uśpiła czujność Polaków, drukując doskonałe teksty Mateusza Morawieckiego i prof. Piotra Glińskiego, podczas gdy ten sam dziennik dwa dni wcześniej wysłał nad Wisłę kolejne medialne "bombowce", stwierdziwszy, że polskie starania o reparacje "kwestionują porządek europejski"? Już nie mówiąc o tym, że spokrewnione z nim środki przekazu uruchamiają regularnie oszczercze kampanie, z całym zestawem kłamliwych insynuacji, które już nieraz posłużyły do wyprodukowania i puszczenia w świat bredni o "żydożerczych żołnierzach AK". Gorzej, że w wyszukiwaniu przykładów "polskiego antysemityzmu" gorliwie sekunduje niemieckim dziennikarzom część polskiej opozycji, u której wygrywa impuls każący atakować PiS zawsze, za wszystko i we wszelkich nadarzających się "paktach".
 
Charakterystyczne zresztą, że w kontekście reparacji wojennych niemieckie elity polityczne i opiniotwórcze stosują te same zabiegi nie tylko wobec Polski. Już w latach 90. kanclerz Helmut Kohl i oddany my tabloid "Bild" dokładali wszelkich starań, aby zapomniano o żądaniach płynących z Grecji. Zadośćuczynienia za poniesione straty domaga się też od lat Namibia, która znalazła się niegdyś w obrębie strefy kolonialnej kajzerowskich Niemiec. Akurat ta kwestia wymaga głębszej refleksji, bo w RFN nadal często podnoszony jest argument, że "Hitler wprawdzie złym człowiekiem był", ale przed II WŚ Niemcy były "przecież cywilizowanym krajem".
 
Otóż dwa lata temu wykipiała w Afryce wzbierająca dekadami fala goryczy. Potomkowie ofiar ludobójstwa na terenie dzisiejszej Namibii wnieśli do amerykańskiego sądu sprawę o odszkodowania. Niemiecki rząd zareagował zgodnie z oczekiwaniem: wykazał jak zwykle "skruchę", choć samą skargę uznał za niedopuszczalną, domagając się wycofania pozwu.
 

"Dla Niemiec porozumienie z Namibią w tej sprawie jest moralnym obowiązkiem leczenia historycznych ran, ale oczekiwania Namibijczyków przekraczają nasze możliwości"

 
- powtarza od lat Ruprecht Polenz, pełnomocnik niemieckiego rządu.
 
Przypomnijmy - ponad sto lat temu Niemcy stłumili na terenie dzisiejszej Namibii powstania plemion Nama i Herero, co można śmiało nazwać pierwszym ludobójstwem w XX w. Namibijczycy domagają się dziś 50 mld euro odszkodowania. Berlin wspiera co prawda od jakiegoś czasu projekty w tym kraju, które są jednak obwarowane pewnymi warunkami: z przekazanych środków ma m.in. zostać sfinansowana reforma rolna.
 
W porównaniu z Francją i Wielką Brytanią kajzerowskie Niemcy dość późno sięgnęły po swój kawałek "kolonialnego tortu". Gdy w 1871 r. doszło do zjednoczenia państw niemieckich, uwieńczonego proklamacją II Rzeszy, inne europejskie imperia już dawno wykroiły zeń swoje kawałki. Dopiero w 1876 r. powstały niemieckie protektoraty m.in. w Namibii, Tanzanii, Kamerunie i Togo. Flagi z czarnym orłem Rzeszy powiewały także w Papui-Nowej Gwinei i na wyspach Samoa. Po wybuchu I WŚ w 1914 r. Cesarstwo Niemieckie przestało istnieć, tracąc również swoje kolonie. O ile Belgowie czy Francuzi zmagali się więc jeszcze do lat 60. XX w. z problemami postkolonializmu, o tyle niemiecka "zamorska" przygoda szybko dobiegła końca. I była widocznie na tyle krótka, że nie doczekała się w tutejszej historiografii szerszych, sprawiedliwych syntez.
 
Półki z niemieckimi książkami o tematyce kolonializmu są wprawdzie pełne, jednak niestety również pełne mitów. Tymczasem na poziomie spajających wspólnotę narodową mitów nie da się uniknąć faktograficznych uchybień. Nie byłoby więc potrzeby rozliczenia się z niemieckim kolonializmem w ponad sto lat po zatrzaśnięciu trumny Bismarcka, gdyby niemieccy historycy oddali kolejnym pokoleniom to, co im należne.
 
Albowiem dziś nadal zasłaniają się argumentem, że "Niemcy to nie tylko Hitler, lecz także Johann Wolfgang Goethe i bracia Mann". Tyle tylko, że kiedy w niemieckich księgarniach pojawiały się bestsellery jak "Buddenbrookowie", niemieccy kolonizatorzy w najgorętszym ogniu rewolty pacyfikowali afrykańskie plemiona. Jeszcze bardziej zepchnięto w niepamięć zbrodnie, na których budowali swoje kariery niemieccy naukowcy, jak choćby czczony po dziś dzień lekarz i bakteriolog Robert Koch.
 
Na początku Afrykanie nieco prostodusznie zakładali, że wyciagną z obecności Niemców korzyści i wykorzystają ich we własnych plemiennych zatargach. Te rachuby okazały się jednak płonne. Nie było śladu przyzwolenia na autonomiczne dążenia czarnoskórych włodarzy. Z czasem "krzewiciele cywilizacji" zaczęli urozmaicać system kontroli nad ludnością tubylczą, posuwając się do fizycznej liwkidacji osób, mogących im zagrozić.
 
Przygoda kolonialna była również wielkim snem o mocarstwowej potędze w samych kajzerowskich Niemczech. Na półki w sklepach spożywczych w Berlinie trafiały produkty opatrzone etykietkami nawiązującymi do kolonialnej nostalgii. W berlińskim Ogrodzie Zoologicznym pokazywano przywiezione zza mórz grupy "nowych rodaków" z Nowej Gwinei. Zwyczaje niemieckich kolonizatorów odbiły się skądinąd na tubylczej sztuce i kulturze w Afryce.
 
W okresie Republiki Weimarskiej utrata kolonialnych zdobyczy występowała jako "ból fantomowy", z którym wielu Niemców nie mogło się pogodzić. Tęsknota za Niemiecką Afryką Wschodnią znajdowała upust w międzywojennej kinematografii, w której "nowi rodacy" grali w egzotycznych filmach.
 
Powrót do kolonialnej światłości okazał się jednak już tylko marzeniem, które bieg dziejów definitywnie rozwiał. Stracone afrykańskie kolonie wspominano w Niemczech wnet z takim samym utęsknieniem jak będące w obrębie II RP Poznań, Górny Śląsk czy Pomorze - zresztą nie bez przypadku. Już w drugiej połowie XIX w. niemiecki kolonializm rozszczepił się na kilka nurtów, w tym na ten (zapomniany nieco) wschodnioeuropejski. Warto przypomnieć, że Niemcy nigdy nie stałyby się kolonialnym imperium, gdyby się nie zjednoczyły pod pruskim berłem. Z kolei nigdy by się w 1871 r. nie zjednoczyły, gdyby wcześniej nie wykroiły części "polskiego tortu".
 
I podobnie jak w podzielonej Polsce "misja cywilizacyjna" okazała się niezwykle trudna, jako że przywódcy lokalnych społeczności nie zrezygnowali z własnych ambicji państwotwórczych. Toteż niemieckie władze szybko rozbudowały system kontroli nad ludnością tubylczą.
 
Niemcy rozgrywali skądinąd umiejętnie plemienne konflikty wśród napotkanej ludności. Gdy w 1897 r. kolonią zawładnęła śmiercionośna dżuma i kolonizatorzy sięgali po coraz to drastyczniejsze metody przemocy (także gospodarczej), plemiona Nama i Herero się zbuntowały i stawiły zbrojny opór. W 1904 r. Afrykanie zaatakowali niemieckie farmy, zabijając ok. stu ich właścicieli. Odpowiedź Berlina była tyleż szybka, co brutalna. Niemcy wysłali komendanta Lothara von Trothę, uchodzącego za wyjątkowo bezlitosnego, który już wcześniej krwawo rozprawił się z plemieniem Wahehe na wschodzie kontynentu.
 
Niemieckie wojska zabijały głównie kobiety i dzieci. Afrykańscy powstańcy walczyli dzielnie, ale nie mieli cienia szansy wobec karabinów i wytoczonych armat. Zbuntowani tubylcy albo ginęli na miejscu, albo uciekali na pustynne rubieże, gdzie dziesiątkowały ich głód i epidemie. Tysiące Herero umarło z pragnienia. Rozpaczone rodziny, które wracały do niemieckich osiedelisk po wodę, zostały albo od razu zastrzelone, albo przepędzone lub zamknięte w "obozach koncentracyjnych" (tak, one już wtedy się tak nazywały), gdzie najczęściej umierali wskutek ciężkiej pracy przymusowej i celowego zaniedbywania.
 
Historycy zakładają, że między 1904 i 1908 r. zginęło ok. 10 tys. członków plemion Herero i Nama. Nawiasem mówiąc, nazwa "Herero" to właściwie również koloniozatorskie określenie. Pierwotna nazwa tej ludności to "Ovaherero", lecz "ova" oznacza "człowiek". Wszak zdaniem Niemców Afrykanie nie zasługiwali na ten atrybut. Gorzej, że niemieccy "przodownicy demokracji" do dziś wzdragają się przed uznaniem określenia "ludobójstwo".
 

"Niemiecki rząd zachował się jak zwykle: arogancko. Berlin powinien był już dawno temu bezwarunkowo przeprosić Namibię za niemieckie zbrodnie i zapłacić za wyrządzone krzywdy. A także zainwestować w nowe szkoły i infrastrukturę. Mimo ogromych spustoszeń, na które zdobyli się niemieccy osadnicy, namibijskie władze były zawsze pozytywnie nastawione wobec RFN. Dzisiaj jest już chyba za późno"

 
- uważa Jürgen Zimmerer, profesor Historii Afryki na Uniwersytecie w Hamburgu.
 
Dziś już może być rzeczywiście za późno na poprawę stosunków między Berlinem i Windhukiem, tym bardziej że w marcu 2019 r. sąd na Manhattanie odrzucił skargę Namibijczyków. Berlin dalej kategorycznie odmawia im reparacji, oferując za to środki na projekty rozwojowe i "oficjalne przeprosiny", na pewno pełne "empatii" i "pokory", zwłaszcza w okrągłe rocznice.
 
Czy to nie brzmi znajomo? Chcecie odbudowę wysadzonego przez nas w powietrze Pałacu Saskiego? W porządku. Pomnik bohaterów Powstania Warszawskiego w Berlinie? Czemu nie, możemy o tym pogadać. Ale miliardowe odszkodowania? Panie i panowie, no bądźmy poważni.
 
W czasach dyplomatycznych "flirtów" powinniśmy zauważyć, że w berlińskim Tiergarten nadal stoi odlany z brązu "żelazny kanclerz" Bismarck, który wciąż zerka na przechodzących turystów z tą samą "wyższością cywilizacyjną", która kiedyś wyłączyła u Niemców wszelkie elementarne ludzkie odruchy.

Wojciech Osiński


 

Polecane