Ameryka wkurzona, Europa urażona
Co musisz wiedzieć:
- Autor wskazuje, że europejski antyamerykanizm ma długą, ideologiczną i historyczną genezę, podczas gdy w Polsce Ameryka była symbolem wolności i wyzwolenia spod komunizmu.
- Francja, Niemcy, Włochy i Hiszpania niechęć do USA łączą z poczuciem utraconej podmiotowości, kontroli Waszyngtonu nad ich polityką i ambicjami mocarstwowymi.
- Konkluduje jednak, że mimo wzajemnej pogardy Europa i USA pozostają na siebie skazane, bo tylko razem są w stanie bronić demokracji i globalnego ładu.
Związek po przejściach
Scenka z Białego Domu z połowy stycznia tego roku: Donald Trump relacjonuje swoją rozmowę z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. – „Emmanuel”– powiedziałem – zaczął Trump. – Tak, Donaldzie? Dziękuję bardzo, że dzwonisz – kontynuował, udając Macrona. – Odpowiedziałem: „Nie spodoba ci się ten telefon. Będziesz musiał podnieść ceny leków we Francji” – wskazał Trump. – Nie, nie, nie, nie, nie. Nie zrobię tego – odparł francuski prezydent. – Odpowiedziałem: „Emmanuel, płacimy 13 razy więcej niż wy. 13 razy, nie 13 proc. więcej!”. Powiedziałem mu: „Słuchaj, zrobisz to na 100 procent” – dodał wyraźnie ubawiony prezydent USA.
Najbardziej Francję, a za nią Europejczyków, mógł zaboleć ten styl. Donald Trump w sposób mało wyrafinowany i bardzo stereotypowy przedrzeźnia prezydenta Francji. Macron odmalowany jest tam jako zniewieściały fircyk rodem z jakiejś operetki z epoki mizdrzący się przed przywódcą supermocarstwa. W tym obrazku Macronowi jeszcze tylko brakuje barokowej peruki i pieprzyka nad wargą. W tym krótkim wideo widać niezrozumienie i niechęć do siebie dwu części jednego Zachodu.
Od zakończenia II wojny światowej między Europą a Ameryką trwa – na szczęście – gombrowiczowska wojna na miny. Od 1945 r., kiedy to Ameryka musiała zastosować środki przymusu bezpośredniego i odstrzelić Niemcom głowę, w tej zimnej europejsko-amerykańskiej wojnie potyczki liczone są bardziej spalonymi amerykańskimi flagami na europejskich ulicach lub litrami wylanego francuskiego wina przez amerykańskich konsumentów i restauratorów, jak w 2003 r., w reakcji na sprzeciw Francji wobec planowanej przez USA inwazji na Irak.
- ZUS wydał pilny komunikat
- Wyłączenia prądu w Małopolsce. Ważny komunikat dla mieszkańców
- Stanowski zdradza kulisy rozstania z Mellerem. „Mam żal”
- Przewodniczący NSZZ „S” w PG Silesia: Założyliśmy spółkę, bo uważamy, że wydobycie w Silesii powinno być kontynuowane
- Udział prezydenta w inauguracji Rady Pokoju. Jest decyzja
- Wilki zaatakowały dziecko na dworcu kolejowym. Nastolatka ledwo uszła z życiem
Rozbrat
W Polsce antyamerykanizm europejski jest rzeczą nową i nie do końca polską. Trend przyszedł do nas z tzw. Starej UE, gdzie doświadczenia relacji poszczególnych państw Europy z USA były zupełnie inne niż nasze. U nas już Władysław Reymont kreślił w „Chłopach” „Hamerykę” jako miejsce ucieczki i wolności, z dala od carskich żandarmów i biedy, zaś w czasie stanu wojennego krążył dowcip, by wypowiedzieć Ameryce wojnę, poddać się pod jej okupację i stać się 51. stanem USA. Ta sama CIA, która pilnowała, by Europa Zachodnia nie dała się zwieść komunizmowi po II wojnie światowej, a momentami bywało blisko, działała na rzecz wyzwolenia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej spod okowów sowieckiego komunizmu. Amerykańskie ingerencje w politykę, a przede wszystkim w kulturę, budzące złość w Europie, u nas niosły nadzieję. Nasze zachwyty nad Ameryką nie zawsze przyjmowane były z aprobatą na Zachodzie.
Rozbrat Ameryki i Europy jest tak stary jak historia europejskiej kolonii wybijającej się na niezależność spod europejskich metropolii i sięga Oświecenia. Powojenny lewicowy antyamerykanizm europejski zmierzał w przeciwną stronę niż polski proamerykanizm. Percepcja co do wpływu Ameryki na losy Europy Zachodniej i Polski szła w zupełnie przeciwstawnych kierunkach, mimo że Ameryka naprawdę chroniła Europę wojskowo. Tak np. postrzega to duża część francuskiej elity politycznej i opiniotwórczej. Francja po 1989 r. m.in. dlatego nie stała się naszym adwokatem przy wchodzeniu do UE – zrobiły to Niemcy – w Paryżu bali się, że w tak dużym i kluczowo położonym kraju w Europie powstanie wielki amerykański lotniskowiec. Mieli rację, tak się stało, co jeszcze bardziej rozzłościło europejskie elity ukształtowane przez 1968 r. od Madrytu po Berlin.
Resentymenty wobec kowbojów
Skoro o Francji mowa, ta nigdy nie pozbyła się mocarstwowych ambicji i uważała, że jedną z największych przeszkód do jej wejścia do panteonu tych największych i najważniejszych na świecie są Stany Zjednoczone. Jest to tak dojmujące dla francuskich elit, że od dekad konsekwentnie postulują budowę świata wielobiegunowego, gdzie nie rządzą jedno lub dwa mocarstwa, lecz kilka najważniejszych państw na świecie. Paryż do dzisiaj utrzymuje jedną z najlepszych, a momentami drugą (znowu drugą!) po USA służbę dyplomatyczną na świecie.
Resentymenty wobec kowbojów wyrosłych na dodatek z tradycji anglosaskiej, a nie francuskiej, są stałym ambicjonalnym wyrzutem Francji. Ostatnio Amerykanie znowu pokazali Francji miejsce w szeregu przy okazji rozmów pokojowych dotyczących Ukrainy, gdy Macron próbował na początku wojny wykorzystać rolę Francji jeszcze z czasów zimnej wojny jako łącznika między Zachodem a Wschodem i zaczął rozmowy z Putinem. Problem w tym, że taką rolę zarówno w czasach zimnej wojny, jak i teraz Francja próbowała przypisać sobie sama. Amerykanie zaś szybko pokazali, kto ma siłę, by rozmawiać z Putinem, i z pośrednictwa Francji niewiele zostało.
Komuniści z UE nie lubią CIA
Włochy też nie patrzą z zamiłowaniem na Amerykę. Mają silną lewicę, a włoska lewica nienawidzi Ameryki. Po zakończeniu II wojny światowej Stany Zjednoczone wzięły się za ręczne sterowanie ich systemem partyjnym. To właśnie tam Komunistyczna Partia Włoch, największa i najlepiej zorganizowana partia komunistyczna w Europie Zachodniej, mimo wysokiej popularności, nie rządziła. Zawsze otoczona była kordonem sanitarnym pilnowanym przez Stany Zjednoczone. Marzenie Altiero Spinellego o jednym, silnym europejskim mocarstwie nowego typu, tak różnym od agresywnej amerykańskiej „kultury strategicznej”, w żaden sposób nie mogło ruszyć z miejsca z amerykańskimi wojskami w Europie. Ingerencja Waszyngtonu we włoską politykę była tak ścisła, że po zakończeniu zimnej wojny włoski system partyjny niepilnowany przez Amerykanów po prostu się rozsypał. Nawet chadecja doznała silnego uwiądu.
Niemiecki antyamerykanizm jest o tyle szczególny, że Stany Zjednoczone nie tylko pogrzebały marzenia tego narodu o dominacji na kontynencie, ale stworzyły ten kraj na nowo po 1945 r. Paradoks polega na tym, że szkoła frankfurcka i lewica rewolucyjna odwołujące się do pacyfizmu, obrony mniejszości, soft power i wszystkiego co drogie i ważne dla skrajnej lewicy, odniosła tak niebywały sukces w Niemczech właśnie dlatego, że Konrada Adenauera zmusiły do tego Stany Zjednoczone. Wykonania budowy „nowych Niemiec” w pierwszych latach po wojnie pilnowała amerykańska administracja i CIA. Adenauer musiał przyjmować przedstawicieli szkoły frankfurckiej z 1933 r. z USA na powrót do Niemiec z honorami i dawać im ważny głos w dyskursie publicznym. Denazyfikacja w wymiarze personalnym może nie była tak dokładna ze względu na potrzebę wykorzystania byłego aparatu III Rzeczy do nowej konfrontacji z blokiem wschodnim, ale mentalność Niemców miała być dogłębnie zmieniona i w głównej mierze miało się to stać za sprawą inżynierii społecznej.
We Francji i Niemczech zaczęto nawet odróżniać zwykłą krytykę bieżącej polityki Waszyngtonu od ideologicznego antyamerykanizmu. Były francuski minister spraw zagranicznych Hubert Verdine twierdzi, że krytycyzm wobec Ameryki dotyczy „określonej polityki i kontekstu”, zaś antyamerykanizm jest „całkowity i systematyczny”. Innymi słowy krytyka jest bardziej racjonalna i można powiedzieć politologiczna, antyamerykanizm jest za to ideologiczną awersją. Amerykanie, owszem, zgadzają się z podobną tezą z tą tylko różnicą, że wszelką krytykę ze strony Europy pod swoim adresem uważają za ideologiczne uprzedzenia.
Symboliczna zemsta
Krajem, którego nie sposób pominąć w pisaniu o europejskim antyamerykanizmie, jest Hiszpania. Ta niechęć pielęgnowana jest przez Hiszpanów od czasów wojny amerykańsko-hiszpańskiej z 1898 r., kiedy Hiszpanie stracili Kubę, Puerto Rico i Filipiny. Stany Zjednoczone wspierały także militarnie i gospodarczo rządy gen. Francisca Franco aż do jego śmierci. W badaniach dotyczących nastrojów wobec USA hiszpańskie społeczeństwo od lat jest w czołówce najbardziej niechętnych Ameryce. Echo hiszpańsko-amerykańskich tarć zyskało nową odsłonę na kontynencie amerykańskim, i to w drugiej połowie XX w., w postaci hiszpańskojęzycznych imigrantów. Obywatele Stanów Zjednoczonych latynoskiego pochodzenia z dumą pielęgnują swoje korzenie oraz trzymają się języka hiszpańskiego. To drugi po angielskim język w USA, a wiele amerykańskich urzędów ma dwujęzyczne strony internetowe.
Taka symboliczna zemsta za minione upokorzenia. Liczne interwencje USA w Ameryce Południowej i amerykański kapitalizm stanowiły niewyczerpane źródło inspiracji dla antyamerykańskich, hiszpańskojęzycznych intelektualistów, myślicieli i filozofów. Ameryki nie lubili: Miguel de Unamuno, José Ortega y Gasset (tak, on też), Luis Araquistáin, Federico García Lorca, Ramiro de Maeztu, George Santayana. Najpopularniejszy współczesny hiszpański filozof Fernando Savater, proeuropejski, stroniący od siły ateistyczno-lewicowy myśliciel, w swojej aktywności wyraża wszystkie bóle i pretensje zarówno hiszpańskiej, jak i europejskiej lewicy pod adresem USA i lokatorów Białego Domu. W swoich esejach Savater mówi o populizmie i braku odpowiedzialności u amerykańskiej klasy politycznej, braku wrażliwości na resztę świata i proste zero-jedynkowe traktowanie przez amerykańskich konserwatystów stosunków międzynarodowych.
Z Marsa i z Wenus
Dzisiejszą europejskość i antyamerykanizm w Europie w znacznym stopniu ukształtowała Ameryka właśnie. Dobitnie przedstawił to Robert Kagan w doskonałym tekście „Siła i słabość” w „Policy Review” w 2001 r.
„Amerykanie nie powinni tracić z oczu podstawowego faktu: Europa jest w rzeczy samej błogosławionym cudem, powodem do zachwytu po obu stronach Atlantyku. Dla Europejczyków jest ucieleśnieniem dawnego, nierealnego marzenia o kontynencie uwolnionym od etnicznych konfliktów i krwawych zatargów, od militarnego współzawodnictwa i wyścigu zbrojeń. Wojna między głównymi europejskimi mocarstwami jest dziś niemal nie do pomyślenia. Po stuleciach nieszczęść – nie tylko Europejczyków, ale i innych wplątanych w ich konflikty, np. Amerykanów – nowa Europa jawi się jako prawdziwy raj. Trzeba ją cenić i chronić. Jest to także zadanie Amerykanów, którzy przelewali krew na europejskiej ziemi i przeleją więcej, jeśli upadnie idea nowej Europy. Nie możemy też zapominać o tym, że dzisiejsza Europa jest w znacznej mierze skutkiem polityki zagranicznej USA ostatnich 60 lat. Integracja Europy była po II wojnie światowej m.in. amerykańskim pomysłem, podobnie jak – o czym warto pamiętać – jej osłabienie. U zarania zimnej wojny Amerykanie tacy jak Dean Acheson mieli nadzieję uczynić z niej potężnego partnera zdolnego przeciwstawić się Związkowi Radzieckiemu. Jednak i inne wizje Europy legły u podłoża amerykańskiej polityki XX wieku. Ich prekursorem był Franklin Delano Roosevelt, który planował de facto jej strategiczne ubezwłasnowolnienie. Jak pisał historyk John Lamberton Harper, dążył on do «radykalnego ograniczenia roli Europy», a co za tym idzie – jej «rezygnacji z udziału w światowej polityce»”.
Robert Kagan ukuł też znane dwie dekady temu sformułowanie o tym, że Amerykanie są z Marsa, a Europejczycy z Wenus. Wojowniczy Amerykanie są bardziej w tej metaforze skłonni do stosowania siły i twardej gry w relacjach międzypaństwowych od Europejczyków preferujących dyplomację, prawo międzynarodowe i współpracę. Europejczycy tę wersję przyjęli jako trafną (choć znowu uczynił to Amerykanin!) i używali tej hermeneutyki przez wiele lat.
Antyamerykanizm europejski od zakończenia II wojny światowej wzmacniała Rosja. Włodzimierz Bączkowski już w 1938 r. pisał w „Uwagach o istocie siły rosyjskiej”:
„Głównym rodzajem broni rosyjskiej, decydującym o dotychczasowej trwałości Rosji, jej sile i ewentualnych przyszłych zwycięstwach, nie jest normalny w warunkach europejskich czynnik siły militarnej, lecz głęboka akcja polityczna, nacechowana treścią dywersyjną, rozkładową i propagandową. W tej też dziedzinie twórczości obronnej Rosji skupia się gros wysiłków rosyjskich umysłów, tych wysiłków, które w Europie ograniczają się głównie do dociekań na tematy manewrowo-operacyjne”.
W czasie zimnej wojny Rosja sowiecka wspierała ruchy lewicowe, pacyfistyczne, ekologiczne i antykapitalistyczne, po upadku Muru Berlińskiego zaczęła romansować z konserwatystami i środowiskami tradycjonalistów. Tendencje te nasiliły się po 2012 r., gdy Putin ogłosił „konserwatywny zwrot”. Prorosyjskość AfD jest tutaj najlepszym przykładem.
Skazane na siebie
Antyamerykanizm nie ogranicza się tylko do najważniejszych państw w UE. Swoje ciekawe oblicze ma np. na Węgrzech, a od niedawna także w Danii. Główne ostrza niechęci do Stanów Zjednoczonych sprowadzają jednak się do kilku opisanych zjawisk. Ale w tych amerykańsko-europejskich tarciach jedna rzecz jest pocieszająca, nawet gdy strony bardzo się pokłócą, wyrwą sobie włosy z głowy i poturbują, to na koniec dnia i tak dochodzą do wniosku, że są na siebie skazane, bo gdy rozejrzeć się wkoło, to w kwestii obrony demokracji, praw człowieka, wolności i swobód obywatelskich wszędzie pustka. Mają tylko siebie.
Stąd od czasu do czasu Ameryka przyjmuje do wiadomości, że Europa cierpiąca na bóle fantomowe dawnej świetności kolonizatorów próbuje narzucać swoje zdanie, choć argumentów siły raczej już nie ma, a Europejczycy przełykają gorzką pigułkę, że zaściankowi „kowboje” tyle mają z wrażliwości na Europę co Trump.
[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




