Liberalny dogmat kontra polski rolnik
Co musisz wiedzieć:
-
Opór wobec umowy z Mercosur wymaga stworzenia koalicji patriotów, suwerenistów, konserwatystów i społecznie wrażliwej lewicy.
-
Opór wobec umowy z Mercosur wymaga stworzenia koalicji patriotów, suwerenistów, konserwatystów i społecznie wrażliwej lewicy.W dominującym przekazie medialnym cierpienie rolnika nie mieści się w katalogu „słusznych” krzywd.
-
Umowa z Mercosur uderza w środowisko rolnicze postrzegane jako bastion wartości konserwatywnych, często wręcz „reakcyjnych”.
Często podkreśla się, że umowa z Mercosur jest w istocie programem ratunkowym dla niemieckiej gospodarki, realizowanym kosztem rolników z wielu krajów Unii Europejskiej. Jest w tym sporo prawdy. Niemiecki przemysł zyskuje dzięki niej nowe rynki zbytu, podczas gdy europejskie rolnictwo zostaje wystawione na nierówną konkurencję. Prosta kalka interpretacyjna w rodzaju „Unia Niemiecka realizuje swoje interesy kosztem reszty” nie wyczerpuje jednak istoty problemu. Porozumienie to ma bowiem wymiar nie tylko ekonomiczny i geopolityczny, lecz w równym stopniu – ideologiczny.
Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą
Aby to zrozumieć, trzeba cofnąć się dość daleko – aż do początku XIX wieku, kiedy sformułowano teorię przewagi komparatywnej, najczęściej kojarzoną z liberalnym ekonomistą Davidem Ricardo. Rozwinął on i spopularyzował pogląd, według którego nawet jeśli jeden kraj jest lepszy w produkcji wszystkich dóbr od drugiego, handel między nimi i tak pozostaje opłacalny, o ile każdy specjalizuje się w tym, w czym ma największą względną przewagę. W uproszczeniu: każdy powinien skoncentrować się na wytwarzaniu tego, co wychodzi mu relatywnie najlepiej i najtaniej, a pozostałe dobra pozyskiwać poprzez wymianę handlową. Rezultatem takiego podziału pracy mają być niższe koszty produkcji, spadek cen i wzrost ogólnego dobrobytu. Przekładając tę logikę na współczesne realia: Unia Europejska miałaby przewagę w sektorach zaawansowanych technologicznie, natomiast kraje Mercosur w masowej produkcji żywności. Z tego punktu widzenia oba bloki powinny maksymalnie się wyspecjalizować i szeroko otworzyć na wzajemną wymianę.
- Ukrainka ukradła z Kościoła Ewangeliarz i go spaliła
- Papieskie intencje na cały rok
- Fico w poufnej rozmowie z Macronem wsparł projekt niepodległej UE
- Zwalnianie doświadczonych pracowników, często rotacje, krótkie umowy. Funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei chcą zmian
- Nowe wytyczne UE umożliwiają przyznanie azylu terrorystom z ISIS
Problem polega jednak na tym, że filozofia ricardiańska, choć w wielu przypadkach sprawdzała się w przeszłości, w kontekście dzisiejszej wymiany międzykontynentalnej ujawnia poważne słabości. Pomija ona bowiem (poza często podnoszonymi różnicami w regulacjach, normach jakościowych czy standardach produkcji) przede wszystkim społeczne koszty transformacji gospodarczej. Teoria ta zakłada niemal idealną mobilność pracy między sektorami, tymczasem w realnym świecie jest ona skrajnie ograniczona. Dotyczy to zwłaszcza społeczeństw rozwiniętych, w których wymagania kompetencyjne rosną z roku na rok. Rolnik, który przez dekady prowadził gospodarstwo, nie przekwalifikuje się z dnia na dzień na programistę czy operatora nowoczesnych linii technologicznych.
Przykłady, jakimi operowali David Ricardo czy Robert Torrens (dotyczące choćby pracowników winnic i wytwórców sukna), są dziś niemal całkowicie nieprzekładalne na realia globalnej gospodarki XXI wieku. Trudno zatem winić samych klasyków ekonomii za uproszczenia; ich teorie powstawały w zupełnie innym świecie. Odpowiedzialność spoczywa raczej na współczesnych decydentach, którzy te dawne schematy stosują w sposób mechaniczny i bezrefleksyjny. Ale… czy rzeczywiście bezrefleksyjny?
Projekt ideologiczny
Warto postawić (retoryczne) pytanie – czy siły rządzące Unią Europejską poważyłyby się na podobną umowę, gdyby jej skutki miały uderzyć nie w rolników, lecz na przykład w ludność wielkomiejską utrzymującą się z pracy umysłowej? Odpowiedź wydaje się oczywista – tego rodzaju pomysł nie przeszedłby eurokratom przez myśl nawet w malignie. Oznaczałby bowiem atak na własny elektorat, na klasę średnią dużych miast, środowiska akademickie i urzędnicze etc., czyli grupy stanowiące naturalne zaplecze polityczne sił postępowych.
Nawet gdyby, zgodnie z archaicznymi dogmatami liberalizmu gospodarczego, taka operacja miała w długiej perspektywie przynieść wzrost ogólnego dobrobytu, nikt nie zdecydowałby się na tak spektakularne polityczne samobójstwo. Umowa z Mercosur mogła dojść do skutku właśnie dlatego, że uderza w środowisko rolnicze postrzegane jako bastion wartości konserwatywnych, często wręcz „reakcyjnych”. Z tego punktu widzenia osłabienie interesów tej grupy, a nawet jej finansowe zniszczenie, nic politycznie eurokratów nie kosztuje. Przeciwnie, stwarza szansę na dalsze umocnienie panującego systemu.
Nie trzeba bowiem wielkiej wyobraźni, by przewidzieć społeczne konsekwencje takiego scenariusza. Upadek tysięcy gospodarstw rolnych nie sprawi przecież, że ich właściciele masowo przerzucą się na modne dziś na wsi strzyżenie psów czy prowadzenie agroturystyki. Dla znacznej części jedyną realną alternatywą stanie się migracja do miast (lub za granicę) w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy. Tam zaś utracą dotychczasową niezależność ekonomiczną, zostaną zepchnięci na niższe szczeble rynku pracy i uzależnieni od nowych (często postępowych) pracodawców. Wraz z tym procesem nastąpi nieunikniona zmiana kulturowa. Ludzie wyrwani ze swoich lokalnych wspólnot i zmuszeni do walki o przetrwanie nie będą mieć odwagi „wychylić się” z własnymi przekonaniami. Z kolei ich dzieci zostaną ideologicznie sformatowane już przez nowe środowiska. Z tej perspektywy stopniowe wyludnianie wsi przestaje być jedynie skutkiem ubocznym umowy. Staje się wręcz jej pożądanym rezultatem.
Upadek tysięcy gospodarstw rolnych nie sprawi przecież, że ich właściciele masowo przerzucą się na modne dziś na wsi strzyżenie psów czy prowadzenie agroturystyki. Dla znacznej części jedyną realną alternatywą stanie się migracja do miast
Szeroki front oporu
W długiej perspektywie Mercosur jest zatem projektem ideologiczno-politycznym. Stawką nie jest wyłącznie przyszłość europejskiego rolnictwa, lecz przyszłość całego, szeroko rozumianego obozu konserwatywnego. Błędem byłoby jednak sądzić, że sprzeciw wobec niej leży wyłącznie w interesie tych środowisk. Również lewica (przynajmniej ta, która nie porzuciła wrażliwości społecznej) powinna zwrócić uwagę na los rolników. Problem ich potencjalnego wykluczenia okaże się bowiem nieporównanie większy niż sytuacja mniejszości, na których koncentruje się dziś dominujący nurt progresywizmu. Gdy współczesna lewica pochyla się nad symbolicznymi formami dyskomfortu: sporami o zaimki czy tożsamościowe niuanse, na jej oczach wyrasta grupa realnie poszkodowana – ludzie zagrożeni utratą dorobku życia, wyrwani z rodzinnych stron i zmuszeni do ekonomicznej tułaczki. A w tej sprawie zapada niemal całkowita cisza.
Gdy współczesna lewica pochyla się nad symbolicznymi formami dyskomfortu: sporami o zaimki czy tożsamościowe niuanse, na jej oczach wyrasta grupa realnie poszkodowana – ludzie zagrożeni utratą dorobku życia, wyrwani z rodzinnych stron i zmuszeni do ekonomicznej tułaczki
Poza nielicznymi lewicowcami, którzy nie oddali się na służbę liberalnemu mainstreamowi, większość lewicy zdaje się nie dostrzegać problemu. Częściowo wynika to zapewne z braku świadomości jego skali, częściowo zaś z ideologicznego zawężenia perspektywy. W dominującym przekazie medialnym cierpienie rolnika, pracownika przetwórni czy drobnego producenta po prostu nie mieści się w katalogu „słusznych” krzywd. Skoro nie jest ono regularnie nagłaśniane przez opiniotwórcze media, łatwo uznać je za nieistotne lub wręcz nieistniejące.
Tymczasem opór wobec umowy z Mercosur wymaga stworzenia znacznie szerszej koalicji. Powinni znaleźć się w niej patrioci i suwereniści, którzy słusznie widzą w tym porozumieniu formę aksamitnej agresji gospodarczej silniejszych państw Europy Zachodniej. Powinna dołączyć do nich autentyczna lewica, zdolna jeszcze stanąć po stronie słabszych i zagrożonych ekonomicznie. Wreszcie – prawica, której istotny rezerwuar wyborczy ma zostać wykorzeniony i stopniowo „przerobiony” na bierną, zależną od systemu masę pracowniczą.
Bez zrozumienia tej wspólnoty interesów umowa z Mercosur zostanie wprowadzona w życie niemal bez przeszkód. Rolnicy sami się nie obronią – są zbyt rozproszeni, zbyt słabi i zbyt łatwo marginalizowani w debacie publicznej. Dlatego potrzebny jest szeroki front oporu, wykraczający poza tradycyjne podziały polityczne czy zawodowe. Od jego powstania zależy nie tylko przyszłość polskiej wsi, lecz także kształt społeczny całej Europy w nadchodzących dekadach.




