Karol Wagner: Zabombony
Historia naszego kraju uczy, że naprawdę wiele znosimy i przeżywamy, czasem z buntem, czasem dzięki solidarności a najczęściej dzięki wyrobionemu przez lata zaborów, okupacji czy PRL-u sprytowi narodowemu. Jednego czego się jako społeczeństwo obsesyjnie boimy to tych momentów bezradności, kiedy coś przekracza naszą wiedzę i doświadczenie.
I tu wchodzi on: zabobon, cały na biało, z czarnym kotem pod pachą…
Czym są zabobony?
Zabobon to substytut wyjaśnienia, to ucieczka w abstrakcję, łatwa lekka i przyjemna, idealna dla umysłu, który nie lubi stanu „nie wiem”. Zabobon nie musi być prawdziwy on musi być uspokajający, ma domknąć historię i nadać sens nawet jak jest bez sensu.
W 1670 roku zabobon kucał na zapiecku kurnej chałupy, budzony przez guślarki i wzmacniany samogonem pod cebulę, dziś czai się na serwerach, przywoływany przez Wi-Fi i wzmacniany algorytmem oraz łańcuszkowym przekazywaniem dalej.
Co to jest „bombon”?
„Bonbon” to słowo o rodowodzie francuskim, dziecięce powtórzenie „bon bon” („dobry - dobry”), które weszło do języków Europy jako nazwa cukierka / słodyczy. Na Śląsku zyskało semantykę nagrody dawanej przez dziadka Alojza małemu Richatowi i w odróżnieniu od „maszketów” było tylko punktowym incydentem, właśnie cukierkiem a nie celebracją słodkości do kawy. I jako taki właśnie punktowy, glukozowo-fruktozowy benefit funkcjonuje do dzisiaj będąc swego rodzaju dopaminowym pstryk - klik, „mmm”, „zrobiło się lepiej”. Na sam dźwięk artykulacji słowa bombon w wielu przedszkolach od Opola do Katowic ślinianki zaczynają działać szybciej.
Zabombon: zabobon w cukrze dopaminy
Zabombon to zabobon, który nie tylko „wyjaśnia”, ale jeszcze nagradza. To nie jest zwykła bzdura. To bzdura z polewą. Bzdura, która robi „pyk” w układzie nagrody. Jest prosty a nie jak świat - rozbudowany. Nie komplikuje a upraszcza. Najczęściej emocjonalny tzn. strach, złość albo triumf. Zabiera do kręgu zaufanych, bo „oni nie chcą, żebyś to wiedział” no i daje dopaminę, bo ktoś poczuje się mądrzejszy od reszty. I to jest najważniejsze - zabombony nie wygrywają dlatego, że są prawdziwe. One wygrywają, bo są smaczne.
Kto je łyka? Szczypta danych
„Pierdoły powtarzają starsi”? To nie hejt, to trend empiryczny. Tu trzeba uczciwie napisać, iż nie chodzi o to, że „starsi są gorsi”. Chodzi o to, że mają inne warunki startu w cyfrowym świecie. W badaniach dotyczących odporności na dezinformację pojawia się wątek, że seniorzy bywają bardziej podatni na fake newsy m.in. z powodu niższej biegłości cyfrowej i mniejszego doświadczenia z oceną źródeł online. (Media Habits and Misinformation Susceptibility of Adults Aged 55 Years and Older Alice Huguet, Julia H. Kaufman, Melissa Kay Diliberti )
W klasycznie już cytowanych wynikach dotyczących wyborów w USA wskazywano, że osoby 65+ były wielokrotnie bardziej skłonne do udostępniania fake newsów niż młodzi dorośli i to jeden z powodów, dla których powstały programy edukacji medialnej dla seniorów. (A digital media literacy intervention for older adults improves resilience to fake news Ryan C. Moore & Jeffrey T. Hancoc) Tym samym faktycznie jeśli seniorom dać narzędzia, to działa. W eksperymencie z interwencją edukacyjną, starsi uczestnicy poprawili trafność rozróżniania fałszu od prawdy z okolic 64% do 85% po szkoleniu, podczas gdy grupa kontrolna praktycznie nie drgnęła. Czyli problemem nie jest wiek jako taki. Problemem jest brak odporności cyfrowej, której nikt ich nie uczył w szkole, bo wtedy szkoła uczyła co najwyżej pisać prawą ręką.
„Na wnuczka”, deepfake i AI, seniorzy są realnym celem
Tu też mamy twarde dane. W badaniu opublikowanym w JAMA Network Open przygotowano eksperyment imitujący oszustwo „na instytucję”. 16,4% starszych osób weszło w kontakt bez sceptycyzmu(!), a wśród nich prawie 3/4 podało potencjalnie wrażliwe informacje(!!). Ryzyko wiązało się m.in. z poziomem funkcji poznawczych, wiedzą finansową i „scam awareness”( świadomości oszustw). (Vulnerability of Older Adults to Government Impersonation Scams, Lei Yu, PhD; Gary Mottola, PhD; Christine N. Kieffer, BS)
W Europie (i u nas) oszustwa „na wnuczka” to zjawisko będące realnym zagrożeniem dla seniorów także w kontekście świadomości cyfrowej a nie tylko wg wieku. W oparciu bowiem np. o analizę lat 2017–2022 w kontekście skali i skutków utrata oszczędności nieraz całego życia jest ponad standardowo częsta. (Phenomenon and scale of fraud by the „grandparent scam” method in the area of the silesian voivodeship in 2017-2022, Grzegorz Matuszek, PhD)
I to jest moment, w którym zabombon robi się naprawdę groźny, bo przestaje być śmieszną bzdurą, a zaczyna być mechanizmem kradzieży pieniędzy, danych i spokoju a co za tym idzie niejednokrotnie zdrowia a nawet życia.
Badania mówią też o sprawczości i sprawności seniorów
Żeby było uczciwie i solidarnie to należy wskazać, że nie każda praca naukowa mówi o bezradnych seniorach. Znane są jakościowe badania o tym, jak osoby starsze same budują strategie radzenia sobie z informacyjnym chaosem i dezinformacją. Seniorzy autonomicznie radzili sobie z dezinformacją i nadmiarem informacji poprzez selekcję zaufanych źródeł, ekspozycję - ograniczanie czasu kontaktu z mediami oraz np. ustalanie stałych pór śledzenia wiadomości. Dodatkowo stosowali krytyczną ocenę treści, porównując informacje z różnych źródeł i opierając się na własnym doświadczeniu na co cierpliwości i doświadczenia brakuje często młodszym. A przeglądy i opracowania wskazują, że literatura o wieku i podatności na fraud (przekręt) nie zawsze jest jednoznaczna i bywają też czynniki ochronne. ( How older adults manage misinformation and information overload - A qualitative study M. Vivion, V. Reid, E. Dubé, A. Coutant, A. Benoit and A. Tourigny). Są trendy i ryzyka a rozwiązaniem jest zawsze kompetencja, nie pogarda.
Młodzi? „Cyfrowi”, ale stabilniejsi niż im się zarzuca
Tu też jest haczyk. Młodzi bywają online non stop, ale jednocześnie rosną programy edukacji medialnej, krytycznego myślenia i rozpoznawania manipulacji (także AI). To się rozwija, bo świat wymusił to jak pasy bezpieczeństwa, nie dlatego, że są sexy, tylko dlatego, że są potrzebne. (How to teach students critical thinking skills to combat misinformation online, Zara Abrams)
Młodzi częściej przyznają „mogę dać się nabrać”. A to już pół odporności. W badaniach i praktyce edukacyjnej podkreśla się rolę uczenia krytycznego myślenia, analizy źródeł i oceny wiarygodności treści. (Fighting fake news on social media: a comparative evaluation of digital literacy interventions, Anat Toder Alon, Ilan Daniels Rahimi & Hila Tahar).
Paradoks…
Młodzi żyją cyfrowo, ale uczą się cyfrowej higieny. Starsi często żyją analogowo, ale w sieci zachowują się, jakby Internet był urzędem, a nie średniowiecznym targowiskiem, odpuszczając sobie zasadę organicznego zaufania, którą z mistycyzmem kultywują w ruchu drogowym.
Zabombony turystyczne, czyli narodowy sport: „Zakopane umiera”
A teraz turystyka. Bo to jest miejsce, gdzie zabombony kwitną jak krokusy w marcu. Wszyscy widzieli, nikt nie dotknął, ale każdy ma zdanie. Chyba mało jest w Polsce bardziej przewidywalnych newsów niż powracający clickbait o „tragedii na Podhalu”.
Wystarczy, że gdzieś przez tydzień obłożenie jest niższe, aura się zmieni, kalendarz świąt inaczej się ułoży, albo ceny zrobią to, co ceny zawsze robią, bo takie są odwieczne prawidła ekonomii i już leci gotowiec: „Tragedia na Podhalu!”, „Górale płaczą!”, „Zakopane świeci pustkami!”, „Górale wreszcie dostają za swoje”… - tylko z minionych 2 tygodni.
To jest właśnie zabombon turystyczny i zabobon medialny, który daje czytelnikowi cukierek w postaci emocji. Mechanizm jest prosty, choć nieczytelny dla konsumentów treści. Media potrzebują klików, dramat sprzedaje się lepiej niż normalność. Weryfikacja jest nudna, liczby, dane, kontekst, sezonowość? Tu nie ma sensacji. Publika dostaje nagrodę schadenfreude, czyli radość z cudzej porażki a i potwierdzenie własnych podejrzeń od „autorytetów” internetowych.
Tak, schadenfreude jest tu idealnym słowem, społeczna przyjemność, kiedy „tamtym” jest gorzej, bo „tamci” rzekomo zasłużyli. I nagle pół Polski czuje się ekspertem od turystyki na podstawie jednego kadru z Krupówek zrobionego w poniedziałek o 11:00.
Profesjonalna i rzetelna analizy rynku
„Byłem kiedyś w Zakopanem i było drogo, więc teraz muszą bankrutować.” Ta sama forma dedukcji jak by przyjąć, że dzięki stałym nakrętkom z butelek PET mamy nareszcie normlaną zimę.
To jest niestety groźne nie tylko dla jakości debaty, dla branży czy dla regionu, ale dla tysięcy rodzin, które rzetelnie i pracowicie od ponad 120 lat poświęcają swoje życie turystyce, bo jak pisze Paulina Młynarska i Beata Sabała Zielińska w książce „Zakopane Odkopane” „W tutejszym klimacie (…) nie rosło nic. Z jednego posadzonego kartofla wychodziły najwyżej dwa, z czego jeden zmarznięty, bo wykopki odbywały się często spod śniegu” a przemysł na całe szczęście wycofał z rejonu Podhala Hrabia Zamojski i turystyka to jedyna dla takich ziem gałąź, gospodarki pozwalająca żyć kolejnym pokoleniom autochtonów no i żerujących na ich dobrej robocie spekulujących inwestorów „z Polski”.
Tegu typu narracja, obliczona li i wyłącznie na utrzymanie ceny powierzchni czy czasu reklamowego danego medium jest realnym wpychaniem branży w narrację obronną zamiast rozwojową, nakręcaniem negatywnych nastrojów i niezasadnym dewaluowaniem solidnej pracy tysięcy osób w szeroko rozumianej turystyce regionu.
Turystyka ma cykle. Ma dołki. Ma piki. Ma pogodę, kursy walut, kalendarze ferii, legislację, zmiany preferencji, demografię, inflację, konflikty geopolityczne w ogóle rzeczywistość VUCA - setkę zmiennych. Ale zabombon tego nie lubi. Zabombon lubi jedno słowo: „tragedia”.
Nieznane koszty bycia ikoną turystyki - co poświęca Gazda
Zanim zatem kolejny internetowy prorok oznajmi, że „górale to mają kokosy z turystyki i jeszcze im mało”, warto na chwilę zdrapać tę medialną polewę i zobaczyć z czego naprawdę składa się codzienność mieszkańców Podhala. I tu, o ironio, zabombony pękają jak tanie landrynki bo realny byt nie ma nic wspólnego z białym misiem i memami, tylko z mechaniką systemu turystyfikacji, który przez dekady wrósł w skalne Podhale jak kosodrzewina, czasem krzywo ale na stałe i nie odwracalnie utrudniając marsz. Wymieniając za Mirosławem Mika wg „Społeczności lokalne zależne od turystyki – perspektywa ewolucyjna” Ci, tak często odsądzani od empatii Gospodarze borykają się z specyficznymi problemami:
- Pełna zależność gospodarcza od turystyki;
- Wysoka wrażliwość na wahania sezonowe i kryzysy i natychmiastowe turbulencje finansowe;
- Przeciążenie codziennego życia masową obecnością odwiedzających w tym utrata prywatności;
- Intensywna urbanizacja i presja inwestorów zewnętrznych;
- Konflikty wewnątrzspołeczne, erozja więzi lokalnych;
- Wykluczenie mieszkaniowe mieszkańców;
- Utrata tożsamości kulturowej poczytywanej jako „scenografią”;
- Emigracja młodych i starzenie się społeczności;
- Napięcia między mieszkańcami, inwestorami, turystami i władzami;
- Efekt „lock-in” monokultury turystycznej uniemożliwiając zmianę i dywersyfikację.
Poprawność, hejt i AI jako nowy totem
Dzisiaj zabobony to nie tylko owa „tragedia” dzisiaj to świadome i nieświadome wprowadzenie w błąd przez AI które przecież nie tworzy zabombonów. AI je tylko pakuje w złotko i skaluje i multiplikuje do bombonierek a to umożliwia łatwe przypisywanie winy „młodym” zatopionym w sieci i przede wszystkim zajadanie smutków dopaminą w momencie frustracji. Stając pod sztandarem „wszędzie hejt, nic nie wolno powiedzieć” skandowaniem „nie pojedziemy do Was oszuści”. Zabombon daje prostą narrację i nagradza emocją, nie jest problemem kultury tylko problemem architektury informacji. A jednocześnie, ironicznie, potrafi iść w parze z narzekaniem na młodzież - „młodzi nie umieją żyć” mówi człowiek, który właśnie wysłał łańcuszek o „tajnym planie” albo „o urokach szczęścia” do 34 kontaktów.
Co z tym można zrobić?
Gdyby wszyscy interesariusze, od mediów przez hotelarzy, szkoły po regulatorów przestali karmić ludzi zabombonami, jak namolne dziecko cukierkiem na odczepne, świat od razu byłby lżejszy o nomen omen, grube kilogramy bzdur. Media mogłyby zacząć od prostego triku, czyli sprawdzania faktów zanim odpalą „tragedia!”, bo, o zgrozo, czasem wystarczy jeden wykres, szczypta odwagi cywilnej, czy rzeczowy optymizm, żeby news przestał być dramatem, a stał się informacją i zaskakiwał pozytywnością kliku np. „Szczerość górali” czy „Na Podhalu już wiedzą co to overtourism” albo „W Zakopanem bez korków”. Branża turystyczna mogłaby wreszcie przejąć stery narracji i zamiast gasić pożary wywołane zdjęciem paragonu, podrzucać uczciwie dane jak lekkie, konkretne i wzmacniające odporność lunch pakiety w góry - slowlife’owo budując zaufanie Gości a nie fast food’owo karmić niestrawnym karmelem. Edukacja mogłaby przestać udawać, że higiena informacyjna to temat „na koniec lekcji, jak wystarczy czasu”, i zacząć trenować w ludziach tą najważniejszą aktualnie umiejętność - sekundę pauzy przed kliknięciem „udostępnij”. A regulatorzy, platformy i firmy od AI mogliby uprzejmie oznaczać, co jest prawdziwe, co wygenerowane, za co biorą odpowiedzialność a co jest spoza ich jurysdykcji, zanim kolejny konsument treści potraktuje deepfake jak objawienie z nieba, nastolatek, że trądzik usuwa się płynem do spryskiwaczy a turysta, że góral tylko czyha na jego ciężko zrobione pieniądze. Każdy na swoim odcinku mógłby po prostu zmniejszyć ilość dopaminowych kłamcukierków w obiegu, żebyśmy jako społeczeństwo w końcu przeszli z zabombonów na prawdziwe bombony, czyli te słodkie chwile życia tak nam wszystkim należne.
Szukajmy cukierków w życiu, nie w dezinformacji
W oparciu o narrację międzypokoleniową, bynajmniej nie wskazując winnych - bo ich przecież nie ma - warto zjednoczyć się przeciw mechanizmowi, w którym człowiek zamiast żyć beztrosko, zaczyna żuć cukierki zrobione z lęku i cudzych clickbaitów. Bo prawdziwe bombony są gdzie indziej, w rozmowie, w doświadczeniu, w podróży bez dramatu, w spacerze, w realnych relacjach i finalnie w jakości żywych doświadczeń, a nie w nadmuchanej sensacji.
I może warto, zamiast polewać gorzką polewką tych, którzy potrafią ignorować internetowe kocopoły, po prostu przestać karmić zabombony. Nie dlatego, że „tak wypada”. Tylko dlatego, że szkoda nam życia na słodycze, które po chwili zostawiają tylko puste kalorie. W końcu turystyka ma być słodka, a nie tylko lukrowana i to cudzymi „tragediami”.




