Ludolf von Alvensleben. „Polakożerca” do końca

– RFN nie przyjęła zasad norymberskich, które pozwalały oskarżać zbrodniarzy z lat II wojny światowej o zbrodnie przeciwko ludzkości. Argumentując m.in., że prawo nie działa wstecz, sądzono tych ludzi według niemieckiego Kodeksu karnego z 1871 roku. Kodeks ten nie był dostosowany do ścigania zbrodniarzy działających na masową skalę – mówi dr Filip Gańczak z IPN w rozmowie z Jakubem Pacanem.
Ludolf von Alvensleben w środku
Ludolf von Alvensleben w środku / fot. Wikimedia Commons

Co musisz wiedzieć:

  • Ludolf von Alvensleben, nazistowski zbrodniarz mordujący Polaków na Pomorzu doczekał spokojnej starości w Argentynie
  • Dr Filip Gańczak napisał książkę o  Alvenslebenie prowadząc dziennikarskie śledztwo
  • Ludolf von Alvensleben w liście do krewnych pisanym już u schyłku życia zawarł znamienne zdanie: „Niczego nie żałuję!”.

 

– Dlaczego zająłeś się postacią Ludolfa „Bubiego” von Alvenslebena?
– To się wiąże z jednej strony z moimi zainteresowaniami naukowymi, z drugiej – z moją historią rodzinną. W ostatnim rozdziale książki opisuję historię brata mojej prababci, wujka mojej babci ks. Antoniego Kozłowskiego, który był jedną z ofiar tego, co historycy nazywają dzisiaj zbrodnią pomorską 1939. Ksiądz Kozłowski jesienią 1939 roku został uwięziony w obozie w Karolewie i wkrótce zamordowany. Ta historia przez długi czas pojawiała się na marginesie opowiadań mojej babci, która wśród rodzinnych zdjęć miała też fotografię ks. Kozłowskiego w otoczeniu ministrantów. Później zacząłem coraz bardziej interesować się losem naszego krewnego i historią zbrodni niemieckich na Pomorzu. W pewnym momencie stało się dla mnie jasne, że jednym z tych nazwisk, od których nie można uciec, jest właśnie Ludolf von Alvensleben, który w tym czasie, gdy brat prababci został zamordowany, szefował Selbstschutzowi na Pomorzu czy – jak mówiono po stronie niemieckiej – w Prusach Zachodnich. Uważany jest za jednego z głównych katów Pomorza i Kujaw z jesieni 1939 roku.

 

Niemieckie zbrodnie na Pomorzu

– Swoją książkę zadedykowałeś Bydgoszczy.
– Tak, uważam, że zasługuje ona na taki hołd. Z Bydgoszczą mam związki rodzinne. Ponadto mieszkańcy tego miasta ponieśli w czasie II wojny światowej ogromną ofiarę, której symbolem stała się choćby fordońska „Dolina Śmierci”.

– To książka o tyle ważna, że pokazuje martyrologię Pomorza, ludności polskiej tam mieszkającej. W odbiorze masowym okrucieństwo okupacji niemieckiej na Pomorzu nie jest tak dobrze znane.
– Historia ziem włączonych do Rzeszy jeszcze jesienią 1939 roku rzeczywiście do dzisiaj istnieje w świadomości społecznej słabiej niż dzieje Generalnego Gubernatorstwa. Powoli się to zmienia, także za sprawą prac historyków Delegatury IPN w Bydgoszczy, takich jak dr hab. Tomasza Ceran, autor monografii „Zbrodnia pomorska 1939. Początek ludobójstwa niemieckiego w okupowanej Polsce”. Wyszedł też tom dokumentów na temat zbrodni pomorskiej. Również historycy z Oddziału IPN w Gdańsku, jak choćby dr Mateusz Kubicki, zajmują się tym tematem. Moim zdaniem w świadomości mieszkańców Krakowa, Warszawy czy nawet Poznania zbrodnie niemieckie na Pomorzu wciąż jeszcze są zbyt słabo obecne.

– W książce przytaczasz wypowiedzi Alvenslebena, który mówi, że chce zabić jak najwięcej Polaków, by Prusy Zachodnie były czyste narodowościowo. Stąd może martyrologia mieszkańców Pomorza była tak duża?
– Tomasz Ceran dowodzi, że to, co działo się na Pomorzu i Kujawach na początku wojny, przewyższa skalą zbrodnie niemieckie popełniane w tym czasie na innych ziemiach polskich. Dość powszechnie znane są choćby masowe egzekucje w podwarszawskich Palmirach, trwające od grudnia 1939 roku. Zdecydowanie słabiej kojarzone są miejsca kaźni na terenie przedwojennego województwa pomorskiego: Paterek, las szpęgawski, wspomniane Karolewo i wiele innych. A przecież w ramach zbrodni pomorskiej masowo ginęli przedstawiciele polskiej inteligencji, duchowieństwa, pacjenci szpitali psychiatrycznych, miejscowi Żydzi. Rola Ludolfa von Alvenslebena w tej machinie terroru była znacząca.

– Gdy czytałem tę książkę, to próbowałem wniknąć w psychikę tego człowieka, dociec, jak mu się żyło z faktem, że jest zbrodniarzem, i to przeciw ludzkości.
– Starałem się pokazać jego kształtowanie się od najmłodszych lat. Ten człowiek przed 1939 rokiem nie miał bezpośrednich związków z Polską. Urodził się w Halle nad Soławą, na ziemiach wówczas uważanych za środkowe Niemcy. Dzisiaj jest to land Saksonia-Anhalt, a więc tereny byłej NRD. W przypadku Alvenslebena duże znaczenie miało na pewno jego wojskowe pruskie wychowanie. Dość wcześnie stracił ojca, który był generałem. Ludolf junior był za młody, by wziąć udział w I wojnie światowej (skończyła się, gdy miał 17 lat), jednak wielokrotnie później wspominał klęskę Niemiec jako efekt rzekomego ciosu w plecy zadanego armii przez komunistów i socjaldemokratów. Tak jak Adolf Hitler odrzucał postanowienia pokoju wersalskiego oznaczającego dla Niemiec m.in. utratę Pomorza Gdańskiego i licznych innych ziem. W Ostromecku pod Bydgoszczą Ludolf von Alvensleben miał krewnych, którzy po I wojnie światowej stali się obywatelami polskimi. Tamtejszy ordynat, Joachim von Alvensleben, miał opinię lojalnego obywatela II RP, ale już jego syn Albrecht włączył się w 1939 roku w niemieckie zbrodnie na Polakach. Nie on jeden z rodziny.

 

Alvensleben przed 1939 rokiem nie miał bezpośrednich związków z Polską. Urodził się w Halle nad Soławą, na ziemiach wówczas uważanych za środkowe Niemcy. Dzisiaj jest to land Saksonia-Anhalt

 

– Kiedy Ludolf von Alvensleben umierał, rodzina wspominała, że był kochającym dziadkiem, teściem, ojcem. On sam nigdy nie wyraził skruchy za swoje zbrodnie. Jak to połączyć? Przecież rodzina wiedziała.
– To akurat częsty scenariusz wśród niemieckich zbrodniarzy, że przez dzieci i dalszą rodzinę są wspominani jako dobrzy, troskliwi ojcowie. Także Busso von Alvensleben, młodszy syn Ludolfa, kiedy skontaktowałem się z nim telefonicznie, bronił swojego ojca, wspominał o trudnych czasach, których ja rzekomo nie jestem w stanie zrozumieć. Sam Ludolf w liście do krewnych pisanym już u schyłku życia zawarł znamienne zdanie: „Niczego nie żałuję!”.

 

Dzieci go broniły

– Jak niemiecka arystokracja rozliczyła się z tym okresem? Alvensleben nie był jedynym von-em, który tak głęboko wszedł w nazistowską machinę zbrodni.
– Przez długi czas rozliczenia były bardzo powierzchowne. Na przykładzie Alvenslebenów dobrze pokazał to film „Mit Bubi heim ins Reich” zrealizowany ćwierć wieku temu przez Stanisława Muchę w języku niemieckim. To dokument poświęcony Ludolfowi von Alvenslebenowi, ale w równym stopniu pokazujący jego krewnych na przełomie XX i XXI wieku. Jeden z nich, Hubertus von Alvensleben, był gotowy do otwartej rozmowy i bardzo pomógł ekipie filmowej. Ale wielu ludzi, z którymi reżyser nawiązał kontakt, albo nie chciało stanąć przed kamerą, albo wręcz broniło człowieka, którego zbrodnie były już wówczas całkiem nieźle opisane także w naukowej literaturze niemieckiej.

– Ważnym obszarem Twojego dziennikarskiego śledztwa jest ukazanie, jak w często trudny do wyjaśnienia sposób zbrodniarze tacy jak „Bubi” unikali sprawiedliwości. Sądy działały, jego osoba była znana prokuratorom, a mimo to on i jemu podobni dożywali spokojnej starości w Niemczech lub Ameryce Południowej.
– Ludolf von Alvensleben został zatrzymany przez Brytyjczyków już w sierpniu 1946 roku i umieszczony w Neuengamme – dawnym niemieckim obozie koncentracyjnym zamienionym w obóz internowania. Zdołał zbiec, następnie ukrywał się na terenie okupowanych Niemiec. Później przez Włochy zdołał w 1949 roku wyemigrować do Argentyny. Tam już po trzech latach otrzymał obywatelstwo i wszelkie próby doprowadzenia go na ławę oskarżonych kończyły się niepowodzeniem, mimo że zachodnioniemieccy prokuratorzy w latach 60. XX w. prowadzili liczne dochodzenia, których przedmiotem były zbrodnie popełnione przez Alvenslebena. Niemieckie sądy wydały nawet nakaz jego aresztowania, jednak do ekstradycji nigdy nie doszło.

– Dlaczego?
– Z dokumentów wynika, że Republika Federalna Niemiec nawet formalnie nie wystąpiła do Argentyny o ekstradycję. Złożyło się na to kilka czynników. Nie bez znaczenia była ciągłość personalna w RFN względem Rzeszy Niemieckiej. W prokuraturze, sądach, polityce, urzędach nadal pracowało w latach 60. wielu byłych członków NSDAP lub wręcz SS. Ludzie ci nie byli szczególnie zainteresowani ściganiem zbrodniarzy niemieckich. Nie pomagało też to, że Niemcy Zachodnie nie przyjęły zasad norymberskich, które pozwalały oskarżać zbrodniarzy z lat II wojny światowej o zbrodnie przeciwko ludzkości. Argumentując m.in., że prawo nie działa wstecz, sądzono tych ludzi według niemieckiego Kodeksu karnego z 1871 roku. Kodeks ten nie był dostosowany do ścigania zbrodniarzy działających na tak masową skalę, lecz raczej ukierunkowany na klasycznych sprawców morderstw. Osoby takie jak Ludolf von Alvensleben albo członkowie załóg obozów koncentracyjnych trzeba było ścigać właśnie na podstawie paragrafu o morderstwie, ponieważ wiele innych czynów, za które można by ich sądzić, w RFN już w latach 60. było przedawnionych. W praktyce sądów zachodnioniemieckich trzeba było udowodnić, że ktoś dopuścił się morderstwa, a więc nie tylko zabijał, ale jeszcze robił to np. z niskich pobudek. To uniemożliwiało ściganie wielu sprawców działających zza biurka. Paradoksalnie łatwiej było skazać tego, kto pociągał za spust i zabił jednego konkretnego człowieka, niż kogoś, kto urzędowo decydował o życiu i śmierci tysięcy ludzi.

 

Osoby takie jak Ludolf von Alvensleben albo członkowie załóg obozów koncentracyjnych trzeba było ścigać właśnie na podstawie paragrafu o morderstwie, ponieważ wiele innych czynów, za które można by ich sądzić, w RFN już w latach 60. było przedawnionych. W praktyce sądów zachodnioniemieckich trzeba było udowodnić, że ktoś dopuścił się morderstwa, a więc nie tylko zabijał, ale jeszcze robił to np. z niskich pobudek.

 

 

Naziści w Argentynie

– Amerykanie nie mogli wpłynąć na zmianę niemieckiego prawa? Przecież Niemcy były okupowane. Może tutaj wchodził w grę czynnik polityczny? Trwała zimna wojna.
– O ile w pierwszych latach po II wojnie światowej Brytyjczycy i Amerykanie byli autentycznie zainteresowani ściganiem zbrodniarzy niemieckich, o tyle w miarę jak zaostrzała się zimna wojna, zaczęli traktować RFN jako sojusznika w konflikcie ze Związkiem Sowieckim. Rola RFN jako państwa ówczesnej wschodniej flanki NATO, graniczącego z Układem Warszawskim, była niebagatelna.

– W książce przytaczasz obrazy z Argentyny, gdzie są miejsca przypominające alpejskie wioski. Dlaczego kraje Ameryki Południowej zdecydowały się na przyjmowanie tych zbrodniarzy?
– Niemieccy zbrodniarze mogli liczyć na wsparcie jeszcze w Europie, i to z różnej strony. Ludolf von Alvensleben opuścił Włochy dzięki dokumentowi Czerwonego Krzyża wystawionemu z poręczenia katolickiego księdza. Wcześniej – tak samo jak Josef Mengele i Adolf Eichmann – otrzymał dowód tożsamości wystawiony w Tyrolu Południowym, a więc na terenach wchodzących już wówczas w skład państwa włoskiego, ale z dużą społecznością niemieckojęzyczną. Po stronie argentyńskiej wymieniani są ludzie z otoczenia prezydenta Juana Peróna, którzy też mieli wspierać ten proceder.

 

Alvensleben podawał się za ewangelika, innym razem za katolika, a nawet za Polaka, co jest szczególnie cyniczne wobec tego, co robił – i nikt nie wgłębiał się w te nieścisłości. Kiedy starał się o obywatelstwo argentyńskie, podał swoje prawdziwe nazwisko.

 

– Czy w PRL ktokolwiek w ogóle pomyślał, by stworzyć grupę zajmującą się tropieniem niemieckich zbrodniarzy? Izraelczycy zdołali porwać Adolfa Eichmanna w Buenos Aires, przewieźć go do Jerozolimy i tam osądzić.
– Nic nie wskazuje, by w Warszawie podjęto podobne wysiłki. Wydaje się, że dla krajów takich jak PRL, ale też NRD obecność na wolności ludzi pokroju Alvenslebena paradoksalnie była wygodna jako ilustracja tezy, że dawni zbrodniarze nazistowscy mają się dobrze, a władze w Bonn nie robią nic, by ich złapać i osądzić.

 

BIO:
Filip Gańczak
– dziennikarz, dr nauk politycznych, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej. Laureat Międzynarodowej Nagrody im. Witolda Pileckiego. Autor książek: „Filmowcy w matni bezpieki” (2011); „Jan Sehn. Tropiciel nazistów” (2020), „Polakożerca” (2026) i in.


 

POLECANE
Wipler ostro o KSeF: To Polski Ład Donalda Tuska i system masowej inwigilacji z ostatniej chwili
Wipler ostro o KSeF: To Polski Ład Donalda Tuska i system masowej inwigilacji

Obowiązkowy Krajowy System e-Faktur już działa, a krytyka narasta. Poseł Konfederacji Przemysław Wipler ostrzega, że nowe rozwiązanie wywoła gniew przedsiębiorców, uderzy w małe firmy i stanie się narzędziem masowej inwigilacji podatników.

Media: Akcja SKW w MON. Pracownik podejrzany o szpiegostwo z ostatniej chwili
Media: Akcja SKW w MON. Pracownik podejrzany o szpiegostwo

We wtorek po godz. 8 Służba Kontrwywiadu Wojskowego zatrzymała wieloletniego pracownika Ministerstwa Obrony Narodowej – ustalił nieoficjalnie serwis Onet. Mężczyzna ma być podejrzewany o szpiegostwo na rzecz Rosji.

Awaria w centrum Warszawy. Paraliż i ogromne korki pilne
Awaria w centrum Warszawy. Paraliż i ogromne korki

Poranny szczyt w Warszawie został sparaliżowany przez poważną awarię infrastruktury. Na Wisłostradzie zapadła się jezdnia, jeden z pasów został zamknięty, a kierowcy utknęli w długich korkach. Sytuację dodatkowo pogarsza silny mróz.

Znany dziennikarz odchodzi z TVN z ostatniej chwili
Znany dziennikarz odchodzi z TVN

Reporter programu "Uwaga!" TVN Marcin Jakóbczyk odchodzi. Był związany ze stacją przez 10 lat.

IMGW ostrzega. Oto co nas czeka w najbliższych dniach z ostatniej chwili
IMGW ostrzega. Oto co nas czeka w najbliższych dniach

IMGW utrzymuje ostrzeżenia przed silnym mrozem w wielu regionach.

Polski sport w żałobie. Nie żyje Marian Kasprzyk z ostatniej chwili
Polski sport w żałobie. Nie żyje Marian Kasprzyk

Smutne informacje z Bielska-Białej. W wieku 86 lat zmarł Marian Kasprzyk, jeden z najwybitniejszych polskich pięściarzy, dwukrotny medalista olimpijski.

Wielka awaria w Trójmieście. Jest nowy komunikat z ostatniej chwili
Wielka awaria w Trójmieście. Jest nowy komunikat

– Sytuacja po awarii w elektrociepłowni jest obecnie stabilna – przekazała we wtorek rzeczniczka prasowa Gdańskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej (GPEC) Jadwiga Grabowska. Podkreśliła, że spółka dokłada wszelkich starań, aby temperatura w mieszkaniach nie spadła poniżej 15 stopni Celsjusza.

Kaczyński w szpitalu. Nowe informacje o stanie zdrowia z ostatniej chwili
Kaczyński w szpitalu. Nowe informacje o stanie zdrowia

Stan zdrowia Jarosława Kaczyńskiego ma się wyraźnie poprawiać. Według relacji jednego z polityków PiS jest lepiej niż jeszcze kilka dni temu – informuje we wtorek "Super Express".

Wykoleił się pociąg towarowy pod Warszawą. Trwa akcja służb z ostatniej chwili
Wykoleił się pociąg towarowy pod Warszawą. Trwa akcja służb

"Dzisiejszej nocy doszło do wykolejenia się pociągu towarowego relacji Szczecin – Chełm przewożącego olej napędowy" – poinformowała we wtorek rano na platformie X Komenda Stołeczna Policji.

Draghi wezwał do utworzenia Stanów Zjednoczonych Europy z ostatniej chwili
Draghi wezwał do utworzenia Stanów Zjednoczonych Europy

Jak informuje włoski portal Eunews, autor raportu o konkurencyjności Mario Draghi wezwał do utworzenia Stanów Zjednoczonych Europy.

REKLAMA

Ludolf von Alvensleben. „Polakożerca” do końca

– RFN nie przyjęła zasad norymberskich, które pozwalały oskarżać zbrodniarzy z lat II wojny światowej o zbrodnie przeciwko ludzkości. Argumentując m.in., że prawo nie działa wstecz, sądzono tych ludzi według niemieckiego Kodeksu karnego z 1871 roku. Kodeks ten nie był dostosowany do ścigania zbrodniarzy działających na masową skalę – mówi dr Filip Gańczak z IPN w rozmowie z Jakubem Pacanem.
Ludolf von Alvensleben w środku
Ludolf von Alvensleben w środku / fot. Wikimedia Commons

Co musisz wiedzieć:

  • Ludolf von Alvensleben, nazistowski zbrodniarz mordujący Polaków na Pomorzu doczekał spokojnej starości w Argentynie
  • Dr Filip Gańczak napisał książkę o  Alvenslebenie prowadząc dziennikarskie śledztwo
  • Ludolf von Alvensleben w liście do krewnych pisanym już u schyłku życia zawarł znamienne zdanie: „Niczego nie żałuję!”.

 

– Dlaczego zająłeś się postacią Ludolfa „Bubiego” von Alvenslebena?
– To się wiąże z jednej strony z moimi zainteresowaniami naukowymi, z drugiej – z moją historią rodzinną. W ostatnim rozdziale książki opisuję historię brata mojej prababci, wujka mojej babci ks. Antoniego Kozłowskiego, który był jedną z ofiar tego, co historycy nazywają dzisiaj zbrodnią pomorską 1939. Ksiądz Kozłowski jesienią 1939 roku został uwięziony w obozie w Karolewie i wkrótce zamordowany. Ta historia przez długi czas pojawiała się na marginesie opowiadań mojej babci, która wśród rodzinnych zdjęć miała też fotografię ks. Kozłowskiego w otoczeniu ministrantów. Później zacząłem coraz bardziej interesować się losem naszego krewnego i historią zbrodni niemieckich na Pomorzu. W pewnym momencie stało się dla mnie jasne, że jednym z tych nazwisk, od których nie można uciec, jest właśnie Ludolf von Alvensleben, który w tym czasie, gdy brat prababci został zamordowany, szefował Selbstschutzowi na Pomorzu czy – jak mówiono po stronie niemieckiej – w Prusach Zachodnich. Uważany jest za jednego z głównych katów Pomorza i Kujaw z jesieni 1939 roku.

 

Niemieckie zbrodnie na Pomorzu

– Swoją książkę zadedykowałeś Bydgoszczy.
– Tak, uważam, że zasługuje ona na taki hołd. Z Bydgoszczą mam związki rodzinne. Ponadto mieszkańcy tego miasta ponieśli w czasie II wojny światowej ogromną ofiarę, której symbolem stała się choćby fordońska „Dolina Śmierci”.

– To książka o tyle ważna, że pokazuje martyrologię Pomorza, ludności polskiej tam mieszkającej. W odbiorze masowym okrucieństwo okupacji niemieckiej na Pomorzu nie jest tak dobrze znane.
– Historia ziem włączonych do Rzeszy jeszcze jesienią 1939 roku rzeczywiście do dzisiaj istnieje w świadomości społecznej słabiej niż dzieje Generalnego Gubernatorstwa. Powoli się to zmienia, także za sprawą prac historyków Delegatury IPN w Bydgoszczy, takich jak dr hab. Tomasza Ceran, autor monografii „Zbrodnia pomorska 1939. Początek ludobójstwa niemieckiego w okupowanej Polsce”. Wyszedł też tom dokumentów na temat zbrodni pomorskiej. Również historycy z Oddziału IPN w Gdańsku, jak choćby dr Mateusz Kubicki, zajmują się tym tematem. Moim zdaniem w świadomości mieszkańców Krakowa, Warszawy czy nawet Poznania zbrodnie niemieckie na Pomorzu wciąż jeszcze są zbyt słabo obecne.

– W książce przytaczasz wypowiedzi Alvenslebena, który mówi, że chce zabić jak najwięcej Polaków, by Prusy Zachodnie były czyste narodowościowo. Stąd może martyrologia mieszkańców Pomorza była tak duża?
– Tomasz Ceran dowodzi, że to, co działo się na Pomorzu i Kujawach na początku wojny, przewyższa skalą zbrodnie niemieckie popełniane w tym czasie na innych ziemiach polskich. Dość powszechnie znane są choćby masowe egzekucje w podwarszawskich Palmirach, trwające od grudnia 1939 roku. Zdecydowanie słabiej kojarzone są miejsca kaźni na terenie przedwojennego województwa pomorskiego: Paterek, las szpęgawski, wspomniane Karolewo i wiele innych. A przecież w ramach zbrodni pomorskiej masowo ginęli przedstawiciele polskiej inteligencji, duchowieństwa, pacjenci szpitali psychiatrycznych, miejscowi Żydzi. Rola Ludolfa von Alvenslebena w tej machinie terroru była znacząca.

– Gdy czytałem tę książkę, to próbowałem wniknąć w psychikę tego człowieka, dociec, jak mu się żyło z faktem, że jest zbrodniarzem, i to przeciw ludzkości.
– Starałem się pokazać jego kształtowanie się od najmłodszych lat. Ten człowiek przed 1939 rokiem nie miał bezpośrednich związków z Polską. Urodził się w Halle nad Soławą, na ziemiach wówczas uważanych za środkowe Niemcy. Dzisiaj jest to land Saksonia-Anhalt, a więc tereny byłej NRD. W przypadku Alvenslebena duże znaczenie miało na pewno jego wojskowe pruskie wychowanie. Dość wcześnie stracił ojca, który był generałem. Ludolf junior był za młody, by wziąć udział w I wojnie światowej (skończyła się, gdy miał 17 lat), jednak wielokrotnie później wspominał klęskę Niemiec jako efekt rzekomego ciosu w plecy zadanego armii przez komunistów i socjaldemokratów. Tak jak Adolf Hitler odrzucał postanowienia pokoju wersalskiego oznaczającego dla Niemiec m.in. utratę Pomorza Gdańskiego i licznych innych ziem. W Ostromecku pod Bydgoszczą Ludolf von Alvensleben miał krewnych, którzy po I wojnie światowej stali się obywatelami polskimi. Tamtejszy ordynat, Joachim von Alvensleben, miał opinię lojalnego obywatela II RP, ale już jego syn Albrecht włączył się w 1939 roku w niemieckie zbrodnie na Polakach. Nie on jeden z rodziny.

 

Alvensleben przed 1939 rokiem nie miał bezpośrednich związków z Polską. Urodził się w Halle nad Soławą, na ziemiach wówczas uważanych za środkowe Niemcy. Dzisiaj jest to land Saksonia-Anhalt

 

– Kiedy Ludolf von Alvensleben umierał, rodzina wspominała, że był kochającym dziadkiem, teściem, ojcem. On sam nigdy nie wyraził skruchy za swoje zbrodnie. Jak to połączyć? Przecież rodzina wiedziała.
– To akurat częsty scenariusz wśród niemieckich zbrodniarzy, że przez dzieci i dalszą rodzinę są wspominani jako dobrzy, troskliwi ojcowie. Także Busso von Alvensleben, młodszy syn Ludolfa, kiedy skontaktowałem się z nim telefonicznie, bronił swojego ojca, wspominał o trudnych czasach, których ja rzekomo nie jestem w stanie zrozumieć. Sam Ludolf w liście do krewnych pisanym już u schyłku życia zawarł znamienne zdanie: „Niczego nie żałuję!”.

 

Dzieci go broniły

– Jak niemiecka arystokracja rozliczyła się z tym okresem? Alvensleben nie był jedynym von-em, który tak głęboko wszedł w nazistowską machinę zbrodni.
– Przez długi czas rozliczenia były bardzo powierzchowne. Na przykładzie Alvenslebenów dobrze pokazał to film „Mit Bubi heim ins Reich” zrealizowany ćwierć wieku temu przez Stanisława Muchę w języku niemieckim. To dokument poświęcony Ludolfowi von Alvenslebenowi, ale w równym stopniu pokazujący jego krewnych na przełomie XX i XXI wieku. Jeden z nich, Hubertus von Alvensleben, był gotowy do otwartej rozmowy i bardzo pomógł ekipie filmowej. Ale wielu ludzi, z którymi reżyser nawiązał kontakt, albo nie chciało stanąć przed kamerą, albo wręcz broniło człowieka, którego zbrodnie były już wówczas całkiem nieźle opisane także w naukowej literaturze niemieckiej.

– Ważnym obszarem Twojego dziennikarskiego śledztwa jest ukazanie, jak w często trudny do wyjaśnienia sposób zbrodniarze tacy jak „Bubi” unikali sprawiedliwości. Sądy działały, jego osoba była znana prokuratorom, a mimo to on i jemu podobni dożywali spokojnej starości w Niemczech lub Ameryce Południowej.
– Ludolf von Alvensleben został zatrzymany przez Brytyjczyków już w sierpniu 1946 roku i umieszczony w Neuengamme – dawnym niemieckim obozie koncentracyjnym zamienionym w obóz internowania. Zdołał zbiec, następnie ukrywał się na terenie okupowanych Niemiec. Później przez Włochy zdołał w 1949 roku wyemigrować do Argentyny. Tam już po trzech latach otrzymał obywatelstwo i wszelkie próby doprowadzenia go na ławę oskarżonych kończyły się niepowodzeniem, mimo że zachodnioniemieccy prokuratorzy w latach 60. XX w. prowadzili liczne dochodzenia, których przedmiotem były zbrodnie popełnione przez Alvenslebena. Niemieckie sądy wydały nawet nakaz jego aresztowania, jednak do ekstradycji nigdy nie doszło.

– Dlaczego?
– Z dokumentów wynika, że Republika Federalna Niemiec nawet formalnie nie wystąpiła do Argentyny o ekstradycję. Złożyło się na to kilka czynników. Nie bez znaczenia była ciągłość personalna w RFN względem Rzeszy Niemieckiej. W prokuraturze, sądach, polityce, urzędach nadal pracowało w latach 60. wielu byłych członków NSDAP lub wręcz SS. Ludzie ci nie byli szczególnie zainteresowani ściganiem zbrodniarzy niemieckich. Nie pomagało też to, że Niemcy Zachodnie nie przyjęły zasad norymberskich, które pozwalały oskarżać zbrodniarzy z lat II wojny światowej o zbrodnie przeciwko ludzkości. Argumentując m.in., że prawo nie działa wstecz, sądzono tych ludzi według niemieckiego Kodeksu karnego z 1871 roku. Kodeks ten nie był dostosowany do ścigania zbrodniarzy działających na tak masową skalę, lecz raczej ukierunkowany na klasycznych sprawców morderstw. Osoby takie jak Ludolf von Alvensleben albo członkowie załóg obozów koncentracyjnych trzeba było ścigać właśnie na podstawie paragrafu o morderstwie, ponieważ wiele innych czynów, za które można by ich sądzić, w RFN już w latach 60. było przedawnionych. W praktyce sądów zachodnioniemieckich trzeba było udowodnić, że ktoś dopuścił się morderstwa, a więc nie tylko zabijał, ale jeszcze robił to np. z niskich pobudek. To uniemożliwiało ściganie wielu sprawców działających zza biurka. Paradoksalnie łatwiej było skazać tego, kto pociągał za spust i zabił jednego konkretnego człowieka, niż kogoś, kto urzędowo decydował o życiu i śmierci tysięcy ludzi.

 

Osoby takie jak Ludolf von Alvensleben albo członkowie załóg obozów koncentracyjnych trzeba było ścigać właśnie na podstawie paragrafu o morderstwie, ponieważ wiele innych czynów, za które można by ich sądzić, w RFN już w latach 60. było przedawnionych. W praktyce sądów zachodnioniemieckich trzeba było udowodnić, że ktoś dopuścił się morderstwa, a więc nie tylko zabijał, ale jeszcze robił to np. z niskich pobudek.

 

 

Naziści w Argentynie

– Amerykanie nie mogli wpłynąć na zmianę niemieckiego prawa? Przecież Niemcy były okupowane. Może tutaj wchodził w grę czynnik polityczny? Trwała zimna wojna.
– O ile w pierwszych latach po II wojnie światowej Brytyjczycy i Amerykanie byli autentycznie zainteresowani ściganiem zbrodniarzy niemieckich, o tyle w miarę jak zaostrzała się zimna wojna, zaczęli traktować RFN jako sojusznika w konflikcie ze Związkiem Sowieckim. Rola RFN jako państwa ówczesnej wschodniej flanki NATO, graniczącego z Układem Warszawskim, była niebagatelna.

– W książce przytaczasz obrazy z Argentyny, gdzie są miejsca przypominające alpejskie wioski. Dlaczego kraje Ameryki Południowej zdecydowały się na przyjmowanie tych zbrodniarzy?
– Niemieccy zbrodniarze mogli liczyć na wsparcie jeszcze w Europie, i to z różnej strony. Ludolf von Alvensleben opuścił Włochy dzięki dokumentowi Czerwonego Krzyża wystawionemu z poręczenia katolickiego księdza. Wcześniej – tak samo jak Josef Mengele i Adolf Eichmann – otrzymał dowód tożsamości wystawiony w Tyrolu Południowym, a więc na terenach wchodzących już wówczas w skład państwa włoskiego, ale z dużą społecznością niemieckojęzyczną. Po stronie argentyńskiej wymieniani są ludzie z otoczenia prezydenta Juana Peróna, którzy też mieli wspierać ten proceder.

 

Alvensleben podawał się za ewangelika, innym razem za katolika, a nawet za Polaka, co jest szczególnie cyniczne wobec tego, co robił – i nikt nie wgłębiał się w te nieścisłości. Kiedy starał się o obywatelstwo argentyńskie, podał swoje prawdziwe nazwisko.

 

– Czy w PRL ktokolwiek w ogóle pomyślał, by stworzyć grupę zajmującą się tropieniem niemieckich zbrodniarzy? Izraelczycy zdołali porwać Adolfa Eichmanna w Buenos Aires, przewieźć go do Jerozolimy i tam osądzić.
– Nic nie wskazuje, by w Warszawie podjęto podobne wysiłki. Wydaje się, że dla krajów takich jak PRL, ale też NRD obecność na wolności ludzi pokroju Alvenslebena paradoksalnie była wygodna jako ilustracja tezy, że dawni zbrodniarze nazistowscy mają się dobrze, a władze w Bonn nie robią nic, by ich złapać i osądzić.

 

BIO:
Filip Gańczak
– dziennikarz, dr nauk politycznych, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej. Laureat Międzynarodowej Nagrody im. Witolda Pileckiego. Autor książek: „Filmowcy w matni bezpieki” (2011); „Jan Sehn. Tropiciel nazistów” (2020), „Polakożerca” (2026) i in.



 

Polecane