„Tęczowy Trump", "izraelski ogon" i wielobiegunowe bzdury, czyli nowy antyamerykanizm prawicy

Zdawałoby się, że w czasach, gdy Donald Trump zdecydowanymi ruchami odcina kroplówki finansowe aktywistom LGBT, a sojusz Polski z USA staje kością w gardle postępowym eurokratom, proamerykanizm powinien być na prawicy stanowiskiem niemal oczywistym. Tymczasem w partiach i środowiskach określanych (zresztą często na wyrost) mianem „na prawo od PiS” coraz częściej pojawia się nie tylko sceptycyzm wobec Stanów Zjednoczonych, lecz wręcz otwarty antyamerykanizm.
Czasza z flagą USA
Czasza z flagą USA / Pixabay

Co musisz wiedzieć:

  • Autor wskazuje, że antyamerykanizm części polskiej prawicy opiera się na uproszczeniach, zafałszowaniach i propagandowych kliszach, które przypisują USA odpowiedzialność za współczesną rewolucję kulturową.
  • Tymczasem większość krytykowanych ideologii ma europejskie korzenie, a same Stany Zjednoczone są areną wewnętrznego sporu między nurtem rewolucyjnym i konserwatywnym.
  • Teza, że Izrael faktycznie rządzi USA, jest odświeżoną wersją dawnych teorii spiskowych i nie wytrzymuje konfrontacji z faktami historycznymi.
  • Oskarżenia o „wasalizm” wobec USA ignorują realia geopolityczne: alternatywą dla zachodniego sojuszu nie jest pełna suwerenność, lecz ryzyko uzależnienia od Rosja.

 

Gdy przyjrzeć się argumentom, które mają uzasadniać tę niechęć, łatwo zauważyć, że nie tworzą one spójnej diagnozy, lecz raczej zbiór uproszczeń, propagandowych klisz i prymitywnych zafałszowań. Nie przeszkadza im to jednak szerzyć się coraz dalej: są nośne, odwołują się do poczucia dumy narodowej, a aby je rozplątać, potrzeba czasu, o który trudno w warunkach szybkiej wymiany opinii. Pochylmy się zatem spokojnie nad najważniejszymi z nich.

 

„To przyszło z USA”

Hasło, że cała ta degrengolada, moralna zgnilizna i rozkład obyczajów „płyną z Ameryki”, ma w Polsce długą historię, sięgającą co najmniej czasów stalinowskich. Wówczas Związek Radziecki z równą pasją piętnował „zgniły Zachód”, czyniąc z USA symbol dekadencji i duchowego upadku. Dziś, w niektórych „prawackich” niszach, ta narracja powraca w niemal niezmienionej formie, tyle że w nowej, rzekomo antysystemowej oprawie. I nie jest to wcale margines.

Amerykańska hegemonia bywa tam obwiniana za rozpanoszenie się homopolityki, globalizmu, ekologizmu, feminizmu, neomarksizmu, wokeizmu i całego katalogu „izmów”, które trawią USA, by następnie za pośrednictwem popkultury, mediów i modnych prądów intelektualnych „walcować umysły” kolejnych pokoleń Polaków. Lekarstwem na tę zarazę ma być rzecz jasna osłabienie wpływów Stanów Zjednoczonych poprzez wzmocnienie roli Chin i Rosji. Aby jednak nie brzmiało to zbyt groźnie, całość opakowuje się w neutralnie brzmiące pojęcie „świata wielobiegunowego”. Wielu prawicowców uznających zachowanie chrześcijańskiej i narodowej kultury za swój ideowy priorytet, łatwo staje się podatnymi na taki przekaz i zaczyna widzieć ratunek w poskromieniu „Wielkiego Szatana” zza oceanu.

 

Rytmy kultury

Zadziwia jednak łatwość, z jaką ta stygmatyzacja USA zapuszcza korzenie, zwłaszcza w środowiskach, które zwykle szczycą się dobrą znajomością historii idei i źródeł rewolucji. Bo gdy tylko przejdziemy do konkretów, szybko okaże się, że żaden z nielubianych przez konserwatystów prądów nie narodził się w Ameryce. Na pierwszy rzut oka można by jeszcze próbować obarczyć USA odpowiedzialnością za ruch emancypacji mniejszości seksualnych. Jednak nawet tutaj faktografia burzy ten schemat. Pierwsza nowoczesna organizacja, będąca pierwocinami dzisiejszego ruchu LGBT, powstała w 1946 roku… w Holandii (COC Nederland). W latach pięćdziesiątych łagodniejsze organizacje tzw. homofilijne działały równolegle nie tylko w Stanach Zjednoczonych, lecz także w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Francji. Owszem, amerykański Gay Liberation Front nadał sprawie impuls po wydarzeniach w Stonewall, lecz ów rewolucyjny zryw okazał się krótkotrwały. Radykalny język i konfrontacyjna strategia nie zdobyły szerokiej akceptacji społecznej. Realne zmiany prawne i kulturowe przyniosły dopiero późniejsze, znacznie bardziej liberalne i instytucjonalne formy homopolityki rozwijane równolegle po obu stronach Atlantyku.

Jeśli zaś chodzi o pozostałe wywrotowe ideologie (anarchizm, feminizm etc.) ich genealogia sięga wprost do Europy: do rewolucji francuskiej, sekt protestanckich czy niemieckiego idealizmu. Ameryka nie była ich kolebką, lecz co najwyżej jednym z kanałów późniejszej ekspansji. Nie w Ameryce zatem narodziły się „bakcyle” wywołujące wojny kulturowe w Polsce.   Faktem jest, że wiele z tych nurtów w Stanach Zjednoczonych rozwinęło się wyjątkowo dynamicznie i stamtąd bywa transmitowanych do Europy. Jednak także tutaj razi jednostronność tego spojrzenia. Bo tak jak z USA płyną treści kulturowo rewolucyjne, tak samo krążą treści wyraźnie „reakcyjne”. Amerykańska kultura od dekad funkcjonuje w rytmie tzw. backlashu, czyli kulturowego „odbicia”. Kolejne fale ideologiczne nie znoszą się wzajemnie, lecz następują po sobie: dekady „rewolucyjne” przeplatają się z „konserwatywnymi”. W jednych to rewolucja staje się mainstreamem, a reakcja schodzi do podziemia; w kolejnych proporcje się odwracają. Podobny mechanizm widać w polityce, gdzie władza regularnie przechodzi z rąk republikanów do demokratów i z powrotem.

 

"Tęczowy Trump" czyli wielobiegunowe bzdury

„Wielobiegunowcy” chętnie jednak twierdzą, że różnica między tymi cyklami jest pozorna i że w gruncie rzeczy „wszyscy są tacy sami”, co uzewnętrzniają w haśle (trzeba przyznać, że dowcipnym):

„Nie ma atlantyzmu bez homoseksualizmu”.

Na poparcie tej tezy często przywołują słynne zdjęcie, na którym Donald Trump trzyma tęczową flagę. Obrazek ten urósł do rangi symbolu, choć w rzeczywistości miał charakter czysto anegdotyczny: pod koniec kampanii na Florydzie Trump zauważył na wiecu osobę z transparentem „LGBT for Trump”, przywołał ją z tłumu, wziął do ręki wspomniany rekwizyt i kilka razy nim pomachał. Nie wypowiedział przy tym ani jednego zdania na temat postulatów środowisk LGBT. Gdy jednak został prezydentem, wprowadzał m.in. zakaz służby w wojsku dla osób transpłciowych oraz wycofywał część federalnych gwarancji dla tzw. osób LGBT. Podobnie instrumentalnie przywołuje się jego słowa o „ochronie obywateli LGBT”, przemilczając kontekst. Chodziło bowiem o ochronę przed zamachami islamskich ekstremistów po masakrze w klubie gejowskim w Orlando, gdzie zginęło 49 osób. Nie była to deklaracja poparcia dla ideologii, lecz element narracji o bezpieczeństwie obywateli. Taki to był ten „tęczowy Trump”.

Gdyby więc odfiltrować tego rodzaju „michałki”, trzeba uczciwie przyznać, że zmienność amerykańskiej polityki kulturowej jest faktem. Wystarczy wspomnieć fenomenalny rozwój ruchu pro-life, który również znajduje odbiorców poza granicami Stanów Zjednoczonych. Dopiero dzięki selektywnym przemilczeniom i przeinaczeniom można wytworzyć wrażenie, jakoby istotą Ameryki była wyłącznie rewolucja. W rzeczywistości jest ona raczej polem nieustannego starcia sprzecznych wizji świata, co w sposób widoczny jest udziałem całego Zachodu.

 

Izrael jako „ogon machający psem”

Prawicowe środowiska, uwrażliwione (a nierzadko wręcz przewrażliwione) na niechętną Polsce izraelską politykę historyczną oraz wypatrujące prób wyłudzeń ze strony organizacji żydowskich, szczególnie chętnie sięgają po narrację, według której to wpływowe lobby żydowskie faktycznie rządzi Stanami Zjednoczonymi i wykorzystuje administrację w Waszyngtonie do realizacji własnych interesów. Jest to w gruncie rzeczy sprytna mutacja starej teorii o „Żydach rządzących światem”. Wystarczy bowiem twierdzić, że sterują oni rządem USA, a w realiach globalnej hegemonii Waszyngtonu oznaczałoby to de facto kontrolę nad światem. Jako „dowód” przywołuje się nadreprezentację osób pochodzenia żydowskiego wśród tzw. neokonów (neokonserwatystów), skłonnych do wspierania Izraela, oraz obecność wpływowych intelektualistów i kapitalistów żydowskich w kręgach progresywnych.

Tyle że aby ta teza była prawdziwa, należałoby wykluczyć istnienie sytuacji odwrotnych. Tymczasem historia relacji amerykańsko-izraelskich dostarcza wielu przykładów, w których to USA realizowały własne interesy kosztem interesów Izraela, co byłoby nie do pomyślenia, gdyby rzeczywiście to „ogon machał psem”. Stany Zjednoczone wielokrotnie sprzedawały broń państwom pozostającym w konflikcie z Izraelem: Arabii Saudyjskiej, Egiptowi, Irakowi, Jordanii czy Libanowi. Równocześnie nakładały ograniczenia na eksport izraelskich technologii wojskowych do Indii i Chin. Waszyngton sprzeciwiał się także izraelskiemu osadnictwu na Zachodnim Brzegu, uznając je za sprzeczne z prawem międzynarodowym, a w niektórych okresach wstrzymywał z tego powodu nawet wsparcie finansowe.

Nie było też taryfy ulgowej dla izraelskich szpiegów przyłapanych na próbach kradzieży amerykańskich technologii. Najgłośniejszy przypadek to Jonathan Pollard, który spędził w więzieniu dekady, mimo nacisków i apeli ze strony Izraela. Podobnie w sferze dyplomatycznej: USA wielokrotnie potępiały izraelskie operacje zbrojne w Libanie czy w Strefie Gazy, stawiając wyżej własny wizerunek państwa „humanitarnego” niż interes sojusznika.

 

447 jako miara krytycyzmu

Problem w tym, że na kontrprzykłady, które w normalnych warunkach powinny dyskredytować tezę o władzy Izraela nad Ameryką, wielu wyznawców tych teorii jest immunizowanych, i to w sposób trwały. Doskonale pokazała to histeria wokół tzw. ustawy 447. W narracji środowisk antysystemowych miała ona doprowadzić do masowego przejmowania polskiego majątku przez Żydów, a w skrajnych wersjach wręcz do „żydowskiej okupacji” Polski. Na bazie luźnego łączenia kilku nierozsądnych wypowiedzi sprzed lat i samego faktu monitorowania restytucji mienia przez administrację amerykańską nastraszono (zwłaszcza młodych ludzi) katastroficzną wizją, jakoby USA miały „oddać Polskę Żydom”.

Minęło już wiele lat i ta kasandryczna wizja się nie spełniła. Jedynymi realnymi beneficjentami ustawy stali się zaś publicyści sprzedający antyżydowską „bibułę” i zbierający datki na dalsze podsycanie lęków. A jednak do dziś w tych kręgach powtarza się te same tezy, uparcie doszukując się „potwierdzeń”, że były słuszne. To klasyczny przykład mechanizmu, w którym jeśli rzeczywistość nie zgadza się z tezą, tym gorzej dla rzeczywistości.

 

Wasalizm

Ostatni zarzut podnoszony przez „jankesofobów” dotyczy rzekomego traktowania Polski przez Stany Zjednoczone jak kolonii. Na potwierdzenie tej tezy przywołuje się kolejne nominacje ambasadorskie, mentorski ton wypowiedzi niektórych dyplomatów czy wrażenie, że Waszyngton „mebluje” nam politykę. I nie ma sensu bronić ani nieostrożnych słów dawnych ambasadorów, ani postaw ostentacyjnej uniżoności części polskich polityków liczących na profity lub protekcję. Przesada (często wręcz karykaturalna) rzeczywiście się zdarza i może razić.

Rdzeniem problemu nie są jednak pojedyncze gesty, lecz wizja roztaczana przez „skrajniaków”: jakoby każda orientacja na jakiekolwiek mocarstwo była z definicji sprzeczna z polską niepodległością. To hasło brzmi efektownie, zwłaszcza wtedy, gdy wypowiada się je z pozycji opozycyjnego moralisty, a nie z odpowiedzialnością za realne bezpieczeństwo państwa. Fałsz polega na tym, że nie stoimy przed wyborem między sojuszem z USA czy Unią Europejską a pełną suwerennością, lecz między zakorzenieniem w świecie zachodnim a stopniowym zwijaniem parasola ochronnego, które w perspektywie kilku–kilkunastu lat oznaczałoby uzależnienie od Rosji, najpewniej drogą militarną. Innymi słowy: odrzucenie zależności od wszystkich „stolic” nie oznacza dumnej niepodległości; oznacza wejście pod moskiewski but, bo zwyczajnie nie zdążymy wytworzyć potęgi, która mogłaby się mu przeciwstawić bez jakiejkolwiek formy protekcji.

Silne państwo, zdolne samodzielnie zagwarantować sobie bezpieczeństwo i oprzeć się wschodniemu imperializmowi, możemy dopiero zbudować. A do tego czasu, czy nam się to podoba, czy nie, musimy wybrać najmniej uciążliwy parasol. Nie jest to myślenie „niewolnika”, lecz elementarna diagnoza geopolitycznej rzeczywistości. Orientacja na USA zamiast na eurokratyczną nadbudowę Brukseli ma przynajmniej tę przewagę, że Waszyngton nie dąży do odebrania Polsce suwerenności, co (zwłaszcza dla prawicowca) powinno być argumentem rozstrzygającym.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]


 

POLECANE
Komunikat dla mieszkańców woj. wielkopolskiego z ostatniej chwili
Komunikat dla mieszkańców woj. wielkopolskiego

Mieszkańcy 21 miejscowości w powiecie ostrowskim są pozbawieni wody zdatnej do picia do odwołania. Powodem jest skażenie studni w gminie Raszków różnymi bakteriami.

Karambol na S3. Wielu rannych z ostatniej chwili
Karambol na S3. Wielu rannych

Pięć osób zostało poszkodowanych w zderzeniu pięciu aut osobowych i dwóch ciężarówek na trasie ekspresowej S3 na węźle Głogów Południe. Trasa w miejscu wypadku jest nieprzejezdna.

Awaria sieci ciepłowniczej w Krakowie. Poważne utrudnienia z ostatniej chwili
Awaria sieci ciepłowniczej w Krakowie. Poważne utrudnienia

W sobotę w Krakowie przy ul. Opolskiej doszło do poważnej awarii sieci ciepłowniczej. Kierowcy muszą liczyć się z utrudnieniami – informuje RMF FM.

Doradca prezydenta: Pożyczka SAFE będzie narażona na dwa rodzaje ryzyk z ostatniej chwili
Doradca prezydenta: Pożyczka SAFE będzie narażona na dwa rodzaje ryzyk

„Pożyczka SAFE będzie narażona na dwa rodzaje ryzyk” - alarmuje dr Jacek Saryusz-Wolski, doradca prezydenta ds. europejskich na platformie X.

Pogrzeb Bożeny Dykiel. Rodzina wystosowała specjalną prośbę z ostatniej chwili
Pogrzeb Bożeny Dykiel. Rodzina wystosowała specjalną prośbę

Podano datę i miejsce pogrzebu Bożeny Dykiel. Rodzina aktorki wystosowała do żałobników ważną prośbę.

Rozłam w Polsce 2050. Odchodzi kilkadziesiąt osób z ostatniej chwili
Rozłam w Polsce 2050. Odchodzi kilkadziesiąt osób

Działacze Polski 2050 w województwie świętokrzyskim składają rezygnację z członkostwa w partii i deklarują chęć przystąpienia do nowej formacji.

Trump wprowadził globalne cło. To dla mnie wielki zaszczyt z ostatniej chwili
Trump wprowadził globalne cło. "To dla mnie wielki zaszczyt"

Prezydent USA Donald Trump poinformował w piątek, że nałożył 10-proc. globalne cło. Dodał, że taryfy wejdą w życie "niemal natychmiast". Decyzja Trumpa to reakcja na werdykt Sądu Najwyższego USA, który wcześniej w piątek unieważnił większość taryf nałożonych przez prezydenta USA w 2025 r.

IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach z ostatniej chwili
IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach

IMGW ostrzega przed śniegiem, deszczem marznącym i gołoledzią. W weekend przez Polskę przejdzie front, a arktyczne powietrze zacznie ustępować cieplejszej masie.

Z czego wynika ta nienawiść do Polski? tylko u nas
Z czego wynika ta nienawiść do Polski?

21 lutego 1969 r., oskarżonego o udział w protestach marca 1968 r. Antoniego Zambrowskiego, komuniści skazali na dwa lata więzienia. Ten działacz opozycji w PRL i dziennikarz zmarł w 2019 r. Przed laty opowiedział mi o związku swojego aresztowania z zatrzymaniem Jana Tomasza Grossa.

Tȟašúŋke Witkó: Tępe nożyce niemiecko–rosyjskie tylko u nas
Tȟašúŋke Witkó: Tępe nożyce niemiecko–rosyjskie

W tych trudny, pełnych zawirowań czasach mam dla Państwa dwie wspaniałe wiadomości. Otóż, pierwsza jest taka, że Niemcy nie są w stanie skompletować oddziału złożonego z, raptem, 5 tys. gemajnów, aby wysłać na Litwę obiecaną brygadę pancerną, mającą bronić sojuszników przed rosyjską agresją, gdyż nikt z Teutonów nie garnie się do służby poza granicami państwa. Druga – jeszcze lepsza – głosi, że pogrobowcy Kraju Rad w ostatnim czasie stracili na froncie ukraińskim więcej sołdatów, niż byli w stanie wcielić

REKLAMA

„Tęczowy Trump", "izraelski ogon" i wielobiegunowe bzdury, czyli nowy antyamerykanizm prawicy

Zdawałoby się, że w czasach, gdy Donald Trump zdecydowanymi ruchami odcina kroplówki finansowe aktywistom LGBT, a sojusz Polski z USA staje kością w gardle postępowym eurokratom, proamerykanizm powinien być na prawicy stanowiskiem niemal oczywistym. Tymczasem w partiach i środowiskach określanych (zresztą często na wyrost) mianem „na prawo od PiS” coraz częściej pojawia się nie tylko sceptycyzm wobec Stanów Zjednoczonych, lecz wręcz otwarty antyamerykanizm.
Czasza z flagą USA
Czasza z flagą USA / Pixabay

Co musisz wiedzieć:

  • Autor wskazuje, że antyamerykanizm części polskiej prawicy opiera się na uproszczeniach, zafałszowaniach i propagandowych kliszach, które przypisują USA odpowiedzialność za współczesną rewolucję kulturową.
  • Tymczasem większość krytykowanych ideologii ma europejskie korzenie, a same Stany Zjednoczone są areną wewnętrznego sporu między nurtem rewolucyjnym i konserwatywnym.
  • Teza, że Izrael faktycznie rządzi USA, jest odświeżoną wersją dawnych teorii spiskowych i nie wytrzymuje konfrontacji z faktami historycznymi.
  • Oskarżenia o „wasalizm” wobec USA ignorują realia geopolityczne: alternatywą dla zachodniego sojuszu nie jest pełna suwerenność, lecz ryzyko uzależnienia od Rosja.

 

Gdy przyjrzeć się argumentom, które mają uzasadniać tę niechęć, łatwo zauważyć, że nie tworzą one spójnej diagnozy, lecz raczej zbiór uproszczeń, propagandowych klisz i prymitywnych zafałszowań. Nie przeszkadza im to jednak szerzyć się coraz dalej: są nośne, odwołują się do poczucia dumy narodowej, a aby je rozplątać, potrzeba czasu, o który trudno w warunkach szybkiej wymiany opinii. Pochylmy się zatem spokojnie nad najważniejszymi z nich.

 

„To przyszło z USA”

Hasło, że cała ta degrengolada, moralna zgnilizna i rozkład obyczajów „płyną z Ameryki”, ma w Polsce długą historię, sięgającą co najmniej czasów stalinowskich. Wówczas Związek Radziecki z równą pasją piętnował „zgniły Zachód”, czyniąc z USA symbol dekadencji i duchowego upadku. Dziś, w niektórych „prawackich” niszach, ta narracja powraca w niemal niezmienionej formie, tyle że w nowej, rzekomo antysystemowej oprawie. I nie jest to wcale margines.

Amerykańska hegemonia bywa tam obwiniana za rozpanoszenie się homopolityki, globalizmu, ekologizmu, feminizmu, neomarksizmu, wokeizmu i całego katalogu „izmów”, które trawią USA, by następnie za pośrednictwem popkultury, mediów i modnych prądów intelektualnych „walcować umysły” kolejnych pokoleń Polaków. Lekarstwem na tę zarazę ma być rzecz jasna osłabienie wpływów Stanów Zjednoczonych poprzez wzmocnienie roli Chin i Rosji. Aby jednak nie brzmiało to zbyt groźnie, całość opakowuje się w neutralnie brzmiące pojęcie „świata wielobiegunowego”. Wielu prawicowców uznających zachowanie chrześcijańskiej i narodowej kultury za swój ideowy priorytet, łatwo staje się podatnymi na taki przekaz i zaczyna widzieć ratunek w poskromieniu „Wielkiego Szatana” zza oceanu.

 

Rytmy kultury

Zadziwia jednak łatwość, z jaką ta stygmatyzacja USA zapuszcza korzenie, zwłaszcza w środowiskach, które zwykle szczycą się dobrą znajomością historii idei i źródeł rewolucji. Bo gdy tylko przejdziemy do konkretów, szybko okaże się, że żaden z nielubianych przez konserwatystów prądów nie narodził się w Ameryce. Na pierwszy rzut oka można by jeszcze próbować obarczyć USA odpowiedzialnością za ruch emancypacji mniejszości seksualnych. Jednak nawet tutaj faktografia burzy ten schemat. Pierwsza nowoczesna organizacja, będąca pierwocinami dzisiejszego ruchu LGBT, powstała w 1946 roku… w Holandii (COC Nederland). W latach pięćdziesiątych łagodniejsze organizacje tzw. homofilijne działały równolegle nie tylko w Stanach Zjednoczonych, lecz także w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Francji. Owszem, amerykański Gay Liberation Front nadał sprawie impuls po wydarzeniach w Stonewall, lecz ów rewolucyjny zryw okazał się krótkotrwały. Radykalny język i konfrontacyjna strategia nie zdobyły szerokiej akceptacji społecznej. Realne zmiany prawne i kulturowe przyniosły dopiero późniejsze, znacznie bardziej liberalne i instytucjonalne formy homopolityki rozwijane równolegle po obu stronach Atlantyku.

Jeśli zaś chodzi o pozostałe wywrotowe ideologie (anarchizm, feminizm etc.) ich genealogia sięga wprost do Europy: do rewolucji francuskiej, sekt protestanckich czy niemieckiego idealizmu. Ameryka nie była ich kolebką, lecz co najwyżej jednym z kanałów późniejszej ekspansji. Nie w Ameryce zatem narodziły się „bakcyle” wywołujące wojny kulturowe w Polsce.   Faktem jest, że wiele z tych nurtów w Stanach Zjednoczonych rozwinęło się wyjątkowo dynamicznie i stamtąd bywa transmitowanych do Europy. Jednak także tutaj razi jednostronność tego spojrzenia. Bo tak jak z USA płyną treści kulturowo rewolucyjne, tak samo krążą treści wyraźnie „reakcyjne”. Amerykańska kultura od dekad funkcjonuje w rytmie tzw. backlashu, czyli kulturowego „odbicia”. Kolejne fale ideologiczne nie znoszą się wzajemnie, lecz następują po sobie: dekady „rewolucyjne” przeplatają się z „konserwatywnymi”. W jednych to rewolucja staje się mainstreamem, a reakcja schodzi do podziemia; w kolejnych proporcje się odwracają. Podobny mechanizm widać w polityce, gdzie władza regularnie przechodzi z rąk republikanów do demokratów i z powrotem.

 

"Tęczowy Trump" czyli wielobiegunowe bzdury

„Wielobiegunowcy” chętnie jednak twierdzą, że różnica między tymi cyklami jest pozorna i że w gruncie rzeczy „wszyscy są tacy sami”, co uzewnętrzniają w haśle (trzeba przyznać, że dowcipnym):

„Nie ma atlantyzmu bez homoseksualizmu”.

Na poparcie tej tezy często przywołują słynne zdjęcie, na którym Donald Trump trzyma tęczową flagę. Obrazek ten urósł do rangi symbolu, choć w rzeczywistości miał charakter czysto anegdotyczny: pod koniec kampanii na Florydzie Trump zauważył na wiecu osobę z transparentem „LGBT for Trump”, przywołał ją z tłumu, wziął do ręki wspomniany rekwizyt i kilka razy nim pomachał. Nie wypowiedział przy tym ani jednego zdania na temat postulatów środowisk LGBT. Gdy jednak został prezydentem, wprowadzał m.in. zakaz służby w wojsku dla osób transpłciowych oraz wycofywał część federalnych gwarancji dla tzw. osób LGBT. Podobnie instrumentalnie przywołuje się jego słowa o „ochronie obywateli LGBT”, przemilczając kontekst. Chodziło bowiem o ochronę przed zamachami islamskich ekstremistów po masakrze w klubie gejowskim w Orlando, gdzie zginęło 49 osób. Nie była to deklaracja poparcia dla ideologii, lecz element narracji o bezpieczeństwie obywateli. Taki to był ten „tęczowy Trump”.

Gdyby więc odfiltrować tego rodzaju „michałki”, trzeba uczciwie przyznać, że zmienność amerykańskiej polityki kulturowej jest faktem. Wystarczy wspomnieć fenomenalny rozwój ruchu pro-life, który również znajduje odbiorców poza granicami Stanów Zjednoczonych. Dopiero dzięki selektywnym przemilczeniom i przeinaczeniom można wytworzyć wrażenie, jakoby istotą Ameryki była wyłącznie rewolucja. W rzeczywistości jest ona raczej polem nieustannego starcia sprzecznych wizji świata, co w sposób widoczny jest udziałem całego Zachodu.

 

Izrael jako „ogon machający psem”

Prawicowe środowiska, uwrażliwione (a nierzadko wręcz przewrażliwione) na niechętną Polsce izraelską politykę historyczną oraz wypatrujące prób wyłudzeń ze strony organizacji żydowskich, szczególnie chętnie sięgają po narrację, według której to wpływowe lobby żydowskie faktycznie rządzi Stanami Zjednoczonymi i wykorzystuje administrację w Waszyngtonie do realizacji własnych interesów. Jest to w gruncie rzeczy sprytna mutacja starej teorii o „Żydach rządzących światem”. Wystarczy bowiem twierdzić, że sterują oni rządem USA, a w realiach globalnej hegemonii Waszyngtonu oznaczałoby to de facto kontrolę nad światem. Jako „dowód” przywołuje się nadreprezentację osób pochodzenia żydowskiego wśród tzw. neokonów (neokonserwatystów), skłonnych do wspierania Izraela, oraz obecność wpływowych intelektualistów i kapitalistów żydowskich w kręgach progresywnych.

Tyle że aby ta teza była prawdziwa, należałoby wykluczyć istnienie sytuacji odwrotnych. Tymczasem historia relacji amerykańsko-izraelskich dostarcza wielu przykładów, w których to USA realizowały własne interesy kosztem interesów Izraela, co byłoby nie do pomyślenia, gdyby rzeczywiście to „ogon machał psem”. Stany Zjednoczone wielokrotnie sprzedawały broń państwom pozostającym w konflikcie z Izraelem: Arabii Saudyjskiej, Egiptowi, Irakowi, Jordanii czy Libanowi. Równocześnie nakładały ograniczenia na eksport izraelskich technologii wojskowych do Indii i Chin. Waszyngton sprzeciwiał się także izraelskiemu osadnictwu na Zachodnim Brzegu, uznając je za sprzeczne z prawem międzynarodowym, a w niektórych okresach wstrzymywał z tego powodu nawet wsparcie finansowe.

Nie było też taryfy ulgowej dla izraelskich szpiegów przyłapanych na próbach kradzieży amerykańskich technologii. Najgłośniejszy przypadek to Jonathan Pollard, który spędził w więzieniu dekady, mimo nacisków i apeli ze strony Izraela. Podobnie w sferze dyplomatycznej: USA wielokrotnie potępiały izraelskie operacje zbrojne w Libanie czy w Strefie Gazy, stawiając wyżej własny wizerunek państwa „humanitarnego” niż interes sojusznika.

 

447 jako miara krytycyzmu

Problem w tym, że na kontrprzykłady, które w normalnych warunkach powinny dyskredytować tezę o władzy Izraela nad Ameryką, wielu wyznawców tych teorii jest immunizowanych, i to w sposób trwały. Doskonale pokazała to histeria wokół tzw. ustawy 447. W narracji środowisk antysystemowych miała ona doprowadzić do masowego przejmowania polskiego majątku przez Żydów, a w skrajnych wersjach wręcz do „żydowskiej okupacji” Polski. Na bazie luźnego łączenia kilku nierozsądnych wypowiedzi sprzed lat i samego faktu monitorowania restytucji mienia przez administrację amerykańską nastraszono (zwłaszcza młodych ludzi) katastroficzną wizją, jakoby USA miały „oddać Polskę Żydom”.

Minęło już wiele lat i ta kasandryczna wizja się nie spełniła. Jedynymi realnymi beneficjentami ustawy stali się zaś publicyści sprzedający antyżydowską „bibułę” i zbierający datki na dalsze podsycanie lęków. A jednak do dziś w tych kręgach powtarza się te same tezy, uparcie doszukując się „potwierdzeń”, że były słuszne. To klasyczny przykład mechanizmu, w którym jeśli rzeczywistość nie zgadza się z tezą, tym gorzej dla rzeczywistości.

 

Wasalizm

Ostatni zarzut podnoszony przez „jankesofobów” dotyczy rzekomego traktowania Polski przez Stany Zjednoczone jak kolonii. Na potwierdzenie tej tezy przywołuje się kolejne nominacje ambasadorskie, mentorski ton wypowiedzi niektórych dyplomatów czy wrażenie, że Waszyngton „mebluje” nam politykę. I nie ma sensu bronić ani nieostrożnych słów dawnych ambasadorów, ani postaw ostentacyjnej uniżoności części polskich polityków liczących na profity lub protekcję. Przesada (często wręcz karykaturalna) rzeczywiście się zdarza i może razić.

Rdzeniem problemu nie są jednak pojedyncze gesty, lecz wizja roztaczana przez „skrajniaków”: jakoby każda orientacja na jakiekolwiek mocarstwo była z definicji sprzeczna z polską niepodległością. To hasło brzmi efektownie, zwłaszcza wtedy, gdy wypowiada się je z pozycji opozycyjnego moralisty, a nie z odpowiedzialnością za realne bezpieczeństwo państwa. Fałsz polega na tym, że nie stoimy przed wyborem między sojuszem z USA czy Unią Europejską a pełną suwerennością, lecz między zakorzenieniem w świecie zachodnim a stopniowym zwijaniem parasola ochronnego, które w perspektywie kilku–kilkunastu lat oznaczałoby uzależnienie od Rosji, najpewniej drogą militarną. Innymi słowy: odrzucenie zależności od wszystkich „stolic” nie oznacza dumnej niepodległości; oznacza wejście pod moskiewski but, bo zwyczajnie nie zdążymy wytworzyć potęgi, która mogłaby się mu przeciwstawić bez jakiejkolwiek formy protekcji.

Silne państwo, zdolne samodzielnie zagwarantować sobie bezpieczeństwo i oprzeć się wschodniemu imperializmowi, możemy dopiero zbudować. A do tego czasu, czy nam się to podoba, czy nie, musimy wybrać najmniej uciążliwy parasol. Nie jest to myślenie „niewolnika”, lecz elementarna diagnoza geopolitycznej rzeczywistości. Orientacja na USA zamiast na eurokratyczną nadbudowę Brukseli ma przynajmniej tę przewagę, że Waszyngton nie dąży do odebrania Polsce suwerenności, co (zwłaszcza dla prawicowca) powinno być argumentem rozstrzygającym.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]



 

Polecane