Czy kobiety naprawdę zmieniają polską politykę na lepsze?
Co musisz wiedzieć:
- Kobiety nadal są wyraźnie niedoreprezentowane w polskim parlamencie: w 2023 roku zdobyły 29,1% mandatów mimo że stanowią ponad 51% społeczeństwa.
- Według autora oczekiwanie, że większa obecność kobiet w polityce uczyni ją spokojniejszą i mniej konfliktową, nie znajduje jednoznacznego potwierdzenia w praktyce.
Ostatnio najsilniejszy wątek kobiecy naszego życia politycznego to spór między Pauliną Hennig-Kloską a Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz. Pierwsza chciała zostać szefową Polski 2050, ale przegrała z drugą, więc wbrew wcześniejszym zapowiedziom wyprowadziła z partii połowę posłów i założyła nowy klub. Jej rywalka wygrała, nie wiemy jednak, czy nie będzie to zwycięstwo pyrrusowe: liczba posłów wokół Pełczyńskiej-Nałęcz topnieje, więc nie jest pewne, czy utrzyma klub poselski, a jej trudny charakter sprawia, że należy spodziewać się wokół niej kolejnych konfliktów.
Między teorią a praktyką
– Więcej kobiet w polityce to mniej awantur i agresji. Tam, gdzie rządzą kobiety, jest czysto, schludnie, wszystko jest zadbane i dobrze zarządzane. Kobiety powinny mieć większy wpływ na to, co dzieje się w polityce
– mówiła w 20120 roku Bożena Wawrzewska z Kongresu Kobiet. Zauważmy, że ten feministyczny argument ma dość konserwatywne, tradycjonalistyczne podstawy, oparte na stereotypowym wizerunku. Ta argumentacja przewijała się przez lata, choć w miarę radykalizacji środowisk feministycznych przenosiła się raczej do naiwnego i życzeniowego dziennikarstwa. Feministki natomiast upominały się o „silniejszy głos kobiet”, próbując równocześnie im wszystkim przypisać swoje poglądy.
Założenie, że brak wpływu kobiet w polityce utrwala patriarchalne struktury władzy i decyzji publicznych, szybko zweryfikował wzrost poparcia pań dla będących zaprzeczeniem postulatów feministek środowisk obu Konfederacji. Podobnie jest zresztą za granicą. W Wielkiej Brytanii kobiety pełniły urząd premiera jedynie trzykrotnie – za to wszystkie trzy (Margaret Thatcher, Theresa May i Liz Truss) reprezentowały Partię Konserwatywną. To z prawicy wywodziła się Park Geun-hye, pierwsza i jedyna jak dotąd kobieta – prezydent Korei Południowej, tak samo, jak świętująca właśnie swój potężny wyborczy sukces nowa premier Japonii, Sanae Takaichi.
- Manifestacja pod siedzibą PeBeKa i KGHM w Lubinie. Związki zawodowe apelują o udział w demonstracji
- Rheinmetal planuje promować w Polsce niemiecki BWP Lynx w miejsce polskiego sprzętu?
- Pilne doniesienia z granicy. Jest komunikat Straży Graniczne
- Węgry stawiają ultimatum Ukrainie. Orban zapowiada wstrzymanie tranzytu
- Gaz może nie popłynąć do Polski. Nieoficjalne doniesienia
- Kandydat PiS na premiera. Błaszczak zdradził jego wiek
- Ceny paliw mocno w górę. Prezes NBP mówi wprost
- Serwis mObywatel wydał ważny komunikat
…a miało być spokojniej!
To samo założenie prowadziło wcześniej do radykalizacji, a w efekcie słabnięcia kolejnych fal protestów zwolenniczek szerszego dostępu do aborcji, których krzykliwe liderki w rodzaju Marty Lempart raczej odstraszały, niż przyciągały nowe osoby. Środowisko ulicznych aktywistek, dziś tłumnie zasilające rozmaite hojnie dotowane przez władze instytucje, radykalnie rozjeżdża się z wyidealizowaną wizją Bożeny Wawrzewskiej. Marta Lempart, Babcia Kasia, Klementyna Suchanow mogą budzić wiele skojarzeń, ale hasło „mniej awantur i agresji” nie będzie na pewno pierwszym z nich. To właśnie ta grupa wniosła do polskiej polityki zachowania wcześniej obecne co najwyżej w kontekstach subkulturowych. Puentą do tego wątku niech będzie fakt, że pierwszą szefową, a później honorową przewodniczącą marginalnej, lecz mocno lansowanej przez media liberalnej Partii Kobiet, była pisarka Manuela Gretkowska. Ta sama, która niedawno zasłynęła jednym z obrzydliwszych ataków na pierwszą damę, motywowanym uprzedzeniami i nieuzasadnionym poczuciem klasowej i kulturowej wyższości nad Martą Nawrocką i całym jej elektoratem.
Czy partia ta była potrzebna Polkom? Jej największym sukcesem było zdobycie jednego mandatu radnej w wyborach samorządowych w 2010 roku. Trzy lata wcześniej, gdy Partia Kobiet jedyny raz w swej historii samodzielnie walczyła o głosy w wyborach parlamentarnych, uzyskała 0,28% w skali kraju. Bliskiej tej grupie lewicowej działaczce Wandzie Nowickiej kilka razy udało się zdobyć mandat poselski, gdy jednak w 2015 roku ogłosiła swój start w wyborach prezydenckich, nie zdobyła wymaganej liczby 100 tysięcy podpisów.
Przed przełomem
Po odzyskaniu niepodległości Polska natychmiast przyznała kobietom takie same prawa wyborcze, jak mężczyznom, co bynajmniej nie było wówczas powszechne. O ile jednak czynne prawo wyborcze nie napotykało na ograniczenia, gorzej było z prawem biernym. Formalnie nic nie stało na przeszkodzie, by kobiety zasiadały w ławach Sejmu, w praktyce jednak było ich niewiele. W pierwszej kadencji odrodzonego Sejmu RP zasiadło osiem posłanek, które odegrały sporą rolę w kształtowaniu się początków przedwojennej (wóczas – powojennej) polityki. Znajdowały się jednak i po lewej (PPS), i po prawej stronie (endecja) naszej sceny politycznej.
W czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej oficjalna propaganda równouprawnienia przełożyła się na wzrost liczby kobiet w Sejmie (w najlepszych pod tym względem kadencjach do ok. 20%), co oczywiście nie przekładało się na realne prawo głosu. Jeśli jednak skupić się tylko na liczbach, trzeba odnotować, że gdy w Sejmie kontraktowym znalazło się jedynie 13% pań, był to regres, a nie postęp w stosunku do ostatniego Sejmu wybranego w PRL, w 1985 roku. Kobiety były jednak wówczas raczej kwiatkiem do kożucha, tak jak dokooptowana w czasach Jaruzelskiego do KC włókniarka Zofia Grzyb, co ciekawe – równolegle będąca członkinią NSZZ „Solidarność”, mająca razem z Albinem Siwakiem symbolizować współudział we władzy środowisk robotniczych we wczesnych latach 80. Więcej do powiedzenia kilka kobiet miało w aparacie represji i propagandzie.
Z drugiej strony czasy PRL dawały wiele okazji do działania poza i wbrew systemowi, i tu zaangażowanych w działania strajkowe, pomocowe czy po prostu organizacyjne nie brakowało. Dlatego też opozycja ma do dziś swoje żeńskie legendy, z Anną Walentynowicz na czele, trudno ich natomiast szukać po stronie reżimu komunistycznego (poza światem ówczesnych celebrytek, lecz nie polityki), bez sięgania do takich postaci, jak Helena Wolińska czy Julia Brystygierowa.
Dość dyktatury kobiet
W III RP początkowo reprezentacja kobiet w polityce okazała się równie lub bardziej skromna, choć z drugiej strony te, które do wyższych politycznych sfer zdołały się przebić, odgrywały w nich znaczącą rolę. Hanna Suchocka została pierwszą polską premier (po niej funkcję tę pełniły jeszcze Ewa Kopacz i Beata Szydło), mieliśmy marszałek Sejmu Małgorzatę Kidawę-Błońską, a później Elżbietę Witek, a w polityce lokalnej w atmosferze narastającego skandalu dużą rolę odgrywała Hanna Gronkiewicz-Waltz, przez lata pełniąca funkcję prezenta Warszawy, a wcześniej szefowej NBP i lekko karykaturalnej, ultrakatolickiej kandydatki na prezydenta RP. W łódzkim samorządzie od lat okopana jest Hanna Zdanowska, podobnie jak Gronkiewicz-Waltz reprezentująca Platformę.
W polityce parlamentarnej pojawiło się wiele interesujących działaczek, często wykazujących się pracowitością i sporymi kompetencjami, od Pauliny Matysiak do Anny Bryłki. Jednak zbudowanie debaty publicznej wokół politycznego podziału, połączone z naturalną tendencją mediów do pogoni za skandalem lub medialnym (często do końca nieuświadomionym) niepowodzeniem, sprawia, że rejestrujemy dziś raczej obecność w polityce rządowej osób skrajnie niekompetentnych, krzykliwych, emocjonalnych i uprawiających politykę na dość płytkim poziomie.
W ten sposób postaciami z pierwszych stron gazet i czołówek serwisów stały się takie osoby, jak Klaudia Jachira, zaczynająca karierę w polityce od nagrywania wierszyków, litanii i przebieranek skupionych niezmienne na postaci Jarosława Kaczyńskiego, czy wiceminister środowiska Urszula Sara Zielińska, której każde wystąpienie medialne skutkuje cytatami, potrafiącymi jeszcze miesiącami się za nią ciągnąć. Jej zwierzchniczka, przywołana już na początku tekstu Paulina Hennig-Kloska, na gruncie zawodowym ma zresztą zbliżone do niej osiągnięcia i trudno uznać ją za medialny talent.
Lepsza polityka?
Jednak rekord w tej trudnej konkurencji od lat należy do dawnej koleżanki Hennig-Kloski, dziś reprezentującej Lewicę Joanny Scheuring-Wielgus. Polityk, którą zapamiętamy między innymi z oddania psów do schroniska, zasłynęła przed laty skandowaniem na feministycznej demonstracji hasła: „Dość dyktatury kobiet!”, ochoczo zresztą przez uczestników podchwyconego, zanim ktoś zorientował się, do jak fatalnej pomyłki doszło. W ostatnich dniach Scheuring-Wielgus w telewizyjnym studiu powiedziała, że wspaniałym finałem sporu Pałacu Prezydenckiego z marszałkiem Sejmu byłoby objęcie funkcji prezydenta przez Włodzimierza Czarzastego. Jak wiemy, warunkiem koniecznym tego wydarzenia musiałoby być jakieś zdarzenie wykluczające Karola Nawrockiego z życia publicznego.
Czy więc obecność kobiet uczyniła politykę spokojniejszą, lepszą i bardziej empatyczną? Niektórych, jak Beaty Szydło i kilku jej koleżanek z PiS, niezależnych Lidii Staroń czy Pauliny Matysiak, na pewno tak. Kilku innych – na pewno nie. Przy czym tyle samo w tym winy zainteresowanych, co promującego pewne postawy układu medialnego i politycznego.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




