Jak Polacy wciąż zakochują się w cudzych mocarstwach - od Rosji Katarzyny po współczesny Kijów

Od stuleci Polacy ulegają tej samej pokusie – wierzą, że obce mocarstwa, od Rosji Katarzyny Wielkiej po współczesny Kijów, będą działać w imię moralnych zobowiązań wobec nas, a nie własnych interesów. Historia tych złudzeń to opowieść o polityce, która niemal zawsze kończy się rozczarowaniem.
Obraz z cesarzem Napoleonem na tronie i urzędnikami z jego czasów
Obraz z cesarzem Napoleonem na tronie i urzędnikami z jego czasów / Marcello Bacciarelli, "Nadanie Konstytucji Księstwu Warszawskiemu przez Napoleona"

Co musisz wiedzieć:

  • Zdaniem autora Polacy mają historyczną skłonność do idealizowania obcych państw i przywódców – od Katarzyny Wielkiej i Napoleona po Anglię, USA czy współczesną Ukrainę.
  • Źródłem tych „zauroczeń” jest emocjonalne, a nie realistyczne podejście do polityki
  • Autor przestrzega przed powtarzaniem tego błędu

 

Nasze fatalne zauroczenia

W lutym 1941 r. jeden z najwybitniejszych polskich filozofów (a przy okazji oficer rezerwy z chlubną kartą frontową) Kazimierz Ajdukiewicz wypowiedział następujące zdanie:

„Anglicy napadną na Sowiety z poczucia honoru, ponieważ mają moralne zobowiązania wobec Polski”.

Zdanie Ajdukiewicza zawierało treść wyjątkowo wręcz kuriozalną. I to równocześnie na kilku poziomach. Bo tylko tak można ocenić opinię, że jakieś państwo, i to w momencie, w którym samo pozostaje w tzw. gardłowej sytuacji (jak Anglia przed wejściem do wojny ZSRR i Ameryki), bez jakichkolwiek zobowiązań prawnych (sojusz między Wielką Brytanią a Rzeczpospolitą dotyczył jedynie Niemiec, co wprawdzie nie było publicznie ogłoszone, ale w 1941 roku było już oczywiste dla każdego śledzącego zachowania Londynu obserwatora) wystąpi zbrojnie powodowane „zobowiązaniami moralnymi”. Ale w tej konkretnej sprawie (polskich granic wschodnich) również i moralnych zobowiązań wobec Polski Wielka Brytania nie miała – zawsze zachowywała się przecież demonstracyjnie wstrzemięźliwie wobec naszej obecności na wschód od linii Curzona. W tej sytuacji fakt, że Kazimierz Ajdukiewicz wyrażał nadzieje na takie zachowanie konkretnie Anglii – czyli państwa, które zrobiło sobie znak rozpoznawczy z prowadzenia polityki opartej jedynie na interesach, jest już tylko wisienką na torcie absurdu.

Ale trudno oskarżać tu Ajdukiewicza. Zwerbalizował on bowiem to, co myślała, czy przynajmniej chciała myśleć, wtedy większość Polaków. Polaków przeżywających wówczas apogeum dziwnej miłości do obcego państwa, traktowanego przez nich – wówczas – nie jako takie, tylko jako skrzyżowanie kochanki z ojcem.
Dodajmy, że tego rodzaju emocja jest raczej obca wszystkim narodom. Wszystkim – oprócz Polaków.

 

Poza granicą histerii

Oprócz Polaków, którzy skłonni są do przekraczającego często granice histerii zakochiwania się zarówno personalnie – w konkretnych cudzych przywódcach politycznych, jak i bardziej abstrakcyjnego – w całych obcych państwach. Cytowany powyżej przykład Ajdukiewicza – to ten drugi rodzaj. Polacy doby II wojny światowej zakochali się najpierw (jeszcze przed jej wybuchem) we Francji (kontynuacja starej miłości) i Anglii. Mówią o tym wszystkie dostępne relacje z epoki. Fakt zawarcia sojuszu z tymi mocarstwami traktowany był powszechnie jako rozstrzygający, ale co ważniejsze – determinujący, że zachowają się one tak, jak my byśmy chcieli. Tylko dlatego, że chcieliśmy tego bardzo.

Po klęsce wrześniowej, a jeszcze bardziej po swoim upadku i kompromitacji wiosną 1940 roku, z listy polskich miłości znikła, by już nigdy na nią nie wrócić, Francja. Anglia pozostała na niej długo, aż do Jałty. Co ciekawe, mimo że Stany Zjednoczone Franklina Delano Roosevelta zachowały się wtedy wobec Polski tak samo, a nawet z punktu widzenia polskich interesów gorzej, pozostały obiektem naszej miłości. Utrzymały ten status w zasadzie do czasów bardzo niedawnych, mimo że kto miał oczy do patrzenia, ten nie mógł nie dostrzec, że nasz kraj traktowany był przez USA zawsze nierównoprawnie, a kiedy dyplomatom amerykańskim się podobało – brutalnie. I dopiero chaotyczne meandry polityki Donalda Trumpa zaczęły to zmieniać.

Tu zaznaczam, że ani nie oponuję tu przeciw sojuszowi polsko-amerykańskiemu, ani nie domagam się spektakularnych buntów przeciw nierównoprawnemu traktowaniu. Zachowywać się trzeba realistycznie. Ale to nie znaczy, żeby być koniecznie ślepym na rzeczywistość i nie dopuszczać jej do własnej świadomości. A to właśnie jest typowe dla Polaków.

 

Bóg i Katarzyna

Zapewne wszyscy spodziewaliby się, że chronologiczny opis takich zachowań zacznę od Napoleona. Ale nie, Bonaparte miał tu godnego poprzednika, czy raczej poprzedniczkę, czyli Katarzynę Wielką.
Ja wiem, że brzmi to zadziwiająco, ale spora część polskiego narodu politycznego drugiej połowy XVIII wieku naprawdę szczerze wierzyła, że Imperatorowa chce dobra Rzeczpospolitej. I że jeśli jej słuchać, a broń Boże nie rozdrażniać, to zapewni Polsce świetlaną przyszłość, a co najmniej – bezproblemowe trwanie. Dytyramby i akty strzeliste, adresowane, indywidualnie bądź zbiorowo, przez wielu Polaków do „Najjaśniejszej Imperatorowej” bynajmniej nie zawsze były motywowane cynicznym podlizywaniem się. Dowodzą tego choćby świadczące o autentycznym szoku reakcje sporej części targowiczan na wiadomość o wyrażeniu przez Petersburg zgody na drugi rozbiór Polski.

„Targowiczanie – objaśniam dla ludzi, którzy historii uczą się na wiecach – nie byli zdrajcami, byli to po prostu ludzie, którzy... wierzyli paktom z Rosją”

– napisał Stanisław Cat-Mackiewicz.

Ksawery Branicki zasłynął hasłem: „Bóg i Katarzyna”. Był targowiczaninem. Ale podobnego kalibru hymny ku czci petersburskiej władczyni wykonywali przedtem bynajmniej nie tylko ludzie zaprzedani Rosji.
Ale to oczywiście nic wobec kultu, którym potem otoczyliśmy Napoleona. Miłość do niego odbiła się na naszym hymnie (co znamienne – to jedyny w skali całej planety przypadek, kiedy w hymnie jakiegoś państwa wymieniony jest w pozytywnym kontekście przywódca innego kraju).

 

Kulty cudzych przywódców

To uczucie Polaków było niesłychanie głębokie i trwało niezwykle długo. Intensywnie aż do pana Ignacego Rzeckiego, mniej intensywnie – znacznie dłużej. Przecież kult Bonapartego uprawiali niektórzy Polacy jeszcze względnie niedawno. Arcykapłanem był Waldemar Łysiak, potrafiący – w drugim dziesięcioleciu XXI wieku! – stawiać tezę, że ulubionym zajęciem znienawidzonego przezeń światowego i polskiego „salonu” pozostaje zwalczanie Cesarza…

Oczywiście – był Bonaparte postacią naprawdę szczególną. Ogniskował potężne emocje nie tylko Polaków, daleko nie tylko ich magnetyzował. I jego interwencja w sprawy naszej części Europy obiektywie dała nam wiele, wydobyła z politycznego nieistnienia, w które wtrącił Polskę III rozbiór. Ale inne narody, nawet widząc wielkość Cesarza, potrafiły zarazem patrzeć na niego politycznie trzeźwo. Iść z nim, kiedy było to w ich interesie, ale zmieniać front, kiedy zmieniała się sytuacja. Tak postępowali wszyscy. Tylko nie Polacy.

 

Anioł pokoju

Napoleon upadł, z Polakami do ostatniej chwili przy boku. Ale nie zostawił próżni w ich sercach. Bo tam błyskawicznie miejsce Cesarza zastąpił Cesarz. Bonapartego – Romanow, czyli Aleksander I.
Miłość do tego cara – to epizod, który Polacy bardzo skutecznie wyparli ze swojej zbiorowej pamięci. A przecież była. Nagminna i przyjmująca formy nieledwie histeryczne. Polacy powszechnie nazywali Aleksandra „aniołem”.

„Połączył z sobą dwa braterskie ludy/ Pod jedno berło Anioła pokoju […] Niech sprzyjaźnione dwa narody kwitną,/ I błogosławią Jego panowanie”

– ten anioł w nie śpiewanych już ani dziś, ani przez opozycjonistów w okresie PRL, ani w II RP zwrotkach stworzonego przez Alojzego Felińskiego hymnu „Boże, coś Polskę”, to właśnie Aleksander.

Znów – podobnie jak w wypadku Napoleona istniały realne przyczyny do postawienia na Aleksandra. Wskrzesił Polskę jako byt państwowy, terytorialnie mały i z ograniczoną wolnością, ale dający jakieś pespektywy na przyszłość. Zgodził się na to, żeby w granicach tego tworu zapanowały swobody – ludzkie i obywatelskie – zdecydowanie większe niż w większości krajów ogarniętej restauracyjną reakcją Europy, nie mówiąc już o samej Rosji. No i obiecał rozszerzenie Królestwa o Kresy Wschodnie, na których respektował dominację żywiołu polskiego.

 

Nadmiar miłości

Tylko że Polacy nie ograniczyli się do docenienia tego, co otrzymali. Zareagowali eksplozją entuzjazmu, miłości do „Cesarza i Króla” oraz gigantycznymi nadziejami na przyszłość. „Cesarz jest tu ubóstwiany” – pisał z Warszawy do Petersburga generał Aleksiej Jermołow (nb. potem zdobywca Czeczenii). Sam Stanisław Staszic wzywał Polaków, aby wobec Aleksandra nie ograniczyli się do akceptacji, tylko rozgorzeli entuzjazmem. Wzywał z ogromnym powodzeniem.

A gdyby nie to, gdyby nie ten entuzjazm i związane z nim nadzieje, które bardzo łagodnie można by określić modnym dziś mianem „przeskalowanych”, może cała nasza historia potoczyłaby się inaczej? Bo powstanie listopadowe, moim zdaniem feralne (zastopowało i odwróciło postępującą do 1830 r. polonizację Kresów, doprowadziło do utraty przez Polaków doświadczenia państwowego i generalnie zepchnęło ich ku tożsamości niemal anarchistycznej), miało kilka przyczyn. Łamanie konstytucji, poniżanie oficerów przez księcia Konstantego, niewypełnienie obietnic przyłączenia do Królestwa dawnych wschodnich województw, wreszcie – romantyczna tendencja do spisków i rewolucji, ogarniająca młode pokolenie w całej Europie, więc też w Polsce – to czynniki dobrze znane.

Nadmiar rozczarowania

Ale można też wymienić – i to nie na ostatnim miejscu – chorobliwe w swoim natężeniu również chorobliwe rozczarowanie, wywołane uprzednimi, chorobliwie nadmiernymi oczekiwaniami. Gdyby nie te oczekiwania, Polacy zapewne w roku 1815 nie poczuliby się aż tak dobrze, jak się poczuli, ale za to w roku 1829 nie poczuliby się aż tak źle, nie odbieraliby swojej sytuacji jako aż tak straszną czarną dziurę. I może zachowaliby się racjonalniej…? Ten schemat ma tendencję do powtarzania się.

 

Od Jerozolimy do Kijowa

O zawiedzionej miłości do aliantów zachodnich pisałem już powyżej. Na tym jednak rejestr polskich „fatalnych zauroczeń” się nie kończy. Można wymienić jeszcze co najmniej dwa.

Oto kilkanaście lat temu spora część Polaków (w tym, co charakterystyczne, polskiej prawicy) zachorowała na marzenie o jakichś specjalnych relacjach, rzekomo mogących połączyć nasz kraj z Izraelem. To złudzenie było efektem, z jednej strony, ukształtowania nadającego wówczas (a w jakiejś mierze do dziś) w naszym kraju ton pokolenia przez okres państwowego radzieckiego antysemityzmu i widocznych w Rosji lat 90. nastrojów antyżydowskich. Tworzyło to grunt dla wytworzenia złudzenia, że rzekomo wróg (Rosja) jest wspólny, co miałoby być podstawą dla tych relacji. Z drugiej strony – naiwnego przekonania, że Żydzi żywią podobny, jak część Polaków, sentyment do czasów wspólnego bytowania obu etnosów w II RP. A z trzeciej – równie naiwnego zafascynowania polskiej prawicy Izraelem, jako państwem „silnego dobra”, tryumfujących pierwiastków tradycyjnej męskości i ideału obrony Ojczyzny, postrzeganych jako rdzeń konserwatyzmu.

Wydarzenia rozgrywające się po 2017 r. (agresywna a kompletnie zaskakująca dla architektów polskiej polityki reakcja i Jerozolimy, i diaspory na nowelizację ustawy o IPN, zaś potem na skierowaną przeciw przestępczej reprywatyzacji ustawę o wygaszeniu roszczeń, w połączeniu z ewidentną polityczną popłatnością grania kartą antypolską w wewnątrzizraelskiej polityce) podcięły te nadzieje. I obecnie nikt już nie ma śmiałości artykułować będącej ich wyrazem koncepcji. Charakterystyczne jednak, że te nadzieje i ta koncepcja kiedyś zaistniały, a ich – spowodowane brakiem zainteresowanego nimi partnera po drugiej stronie fiasko, od początku oczywiste dla wszystkich myślących racjonalnie – zaowocowało wśród Polaków emocjonalnym rozczarowaniem.

 

Stracone złudzenia

Analogicznie, tylko na znacznie większą skalę, było i jest z Ukrainą. Najważniejszy, życiowy polski interes polega oczywiście na utrzymaniu jej autentycznej niezależności od Moskwy, a postrzeganie naszego południowo-wschodniego sąsiada jako czy to antypolskiego, czy to będącego jakimkolwiek zagrożeniem dla naszego kraju jest głęboko absurdalne. Ale zarazem trzeba było nic o Ukrainie nie wiedzieć, by w 2022 czy 2023 roku mieć złudzenia, by eksplodująca wówczas w Polsce miłość do niej, by ówczesne nadzieje na jakieś specjalnie bliskie relacje z Kijowem, ba! – na jakąś formę związku obu państw mogły po drugiej stronie spotkać się z jakąkolwiek wzajemnością. A takie złudzenia były wtedy w Polsce powszechne. Dziś odbijają się rozczarowaniem i wahnięciem w drugą stronę. Wahnięciem – jak zawsze w naszej historii – równie chorobliwym.

***

„Na Boga, żadnych sentymentalnych przymierzy, w których jedyną nagrodą za nasze poświęcenie jest świadomość spełnienia dobrego uczynku!”

– powiedział kanclerz Otto von Bismarck. Napisał też:

„Nie mogę pogodzić osobistych sympatii i antypatii w stosunku do obcych mocarstw z poczuciem obowiązku w sprawach stosunków zagranicznych; w rzeczy samej, pojmuję je jako zalążek nielojalności wobec kraju, któremu służę”.

Dla mnie są to, przyznam, truizmy. Ale Polacy wydają się, niestety, organicznie niezdolni do ich przyjęcia.

[Tytuł, niektóre śródtytuły, lead i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]


 

POLECANE
Ścigany w całej UE Gruzin zatrzymany w Polsce. Obława z udziałem kontrterrorystów pilne
Ścigany w całej UE Gruzin zatrzymany w Polsce. Obława z udziałem kontrterrorystów

Akcja o podwyższonym ryzyku, udział kontrterrorystów i obywatel Gruzji poszukiwany na terenie Unii Europejskiej - to kulisy policyjnych działań przeprowadzonych w Wieluniu. Stołeczni funkcjonariusze zatrzymali czterech cudzoziemców, którzy ukrywali się przed wymiarem sprawiedliwości.

Kilkanaście stopni, a potem zima. Co nas czeka w weekend? Wiadomości
Kilkanaście stopni, a potem zima. Co nas czeka w weekend?

Najpierw odwilż i wiosenne temperatury, a chwilę później nagły powrót zimy. Prognozy IMGW pokazują wyraźnie: ciepły epizod nie potrwa długo, a przed końcem tygodnia czeka nas mocne ochłodzenie i opady śniegu.

Niemiecka rafineria bije na alarm. Sankcje na Rosnieft zagrażają dostawom paliwa pilne
Niemiecka rafineria bije na alarm. Sankcje na Rosnieft zagrażają dostawom paliwa

90 procent paliwa dla Berlina pochodzi z jednego zakładu. Teraz jego kierownictwo ostrzega: amerykańskie sankcje mogą sparaliżować dostawy i uderzyć w cały region.

Wagnerowcy w Bułgarii? Alarm ws. bazy pod Sofią Wiadomości
Wagnerowcy w Bułgarii? Alarm ws. bazy pod Sofią

Uzbrojeni ludzie w rosyjskich mundurach, flaga Federacji Rosyjskiej i silnie strzeżony obiekt w górach nieopodal Sofii. Bułgarskie stowarzyszenie obywatelskie alarmuje: na terytorium państwa NATO może działać baza objętej sankcjami Grupy Wagnera.

Imperium kontratakuje. Nowa afrykańska polityka Trumpa zagraża wpływom Rosji tylko u nas
Imperium kontratakuje. Nowa afrykańska polityka Trumpa zagraża wpływom Rosji

Stany Zjednoczone wracają do gry w Afryce i robią to na twardych zasadach. Administracja Donalda Trumpa stawia na bezpieczeństwo i dostęp do surowców, porzucając dotychczasową politykę wartości. To ruch, który może osłabić rosyjskie wpływy w Sahelu i zmienić układ sił na całym kontynencie.

Miażdżąca krytyka na wysłuchaniu publicznym ws. tzw. ustawy praworządnościowej w Sejmie pilne
Miażdżąca krytyka na wysłuchaniu publicznym ws. tzw. ustawy praworządnościowej w Sejmie

Wtorkowe wysłuchanie publiczne projektu ustawy praworządnościowej pokazało prawdziwe oblicze rządowych eksperymentów z sądownictwem. Zamiast reformy – chaos, zamiast ochrony obywatela – polityczne kalkulacje. Projekt Żurka spotkał się z ostrą krytyką zarówno ze strony ekspertów, jak i środowiska prawniczego.

Dziś setne urodziny Gdyni. IPN otworzył wystawę pt. „Gdynia wczoraj i dziś. Kadry z historii miasta i portu z perspektywy 100-lecia” Wiadomości
Dziś setne urodziny Gdyni. IPN otworzył wystawę pt. „Gdynia wczoraj i dziś. Kadry z historii miasta i portu z perspektywy 100-lecia”

10 lutego 2026 r. w Gdyni otwarto wystawę pt. „Gdynia wczoraj i dziś. Kadry z historii miasta i portu z perspektywy 100-lecia”. W wydarzeniu wziął udział prezes Fundacji Promocji Solidarności Michał Ossowski.

Dziwne zachowanie Czarzastego. Przytulę się do pana... pilne
Dziwne zachowanie Czarzastego. "Przytulę się do pana..."

Zamiast odpowiedzi - spoufalanie i uniki. Gdy dziennikarz TV Republika zapytał Włodzimierza Czarzastego o niewypełnioną ankietę bezpieczeństwa, marszałek Sejmu zareagował w sposób, który wzbudził spore zdziwienie.

Szokujące relacje ks. Olszewskiego. Proces Funduszu Sprawiedliwości pilne
Szokujące relacje ks. Olszewskiego. Proces Funduszu Sprawiedliwości

Po raz pierwszy od początku procesu oskarżeni mogli swobodnie przemówić przed sądem. Podczas trzeciej rozprawy ks. Michał Olszewski opisał, jak był traktowany w trakcie postępowania prowadzonego przez prokuraturę.

Awantura w Sejmie. Żukowska porównała „Burego” do Putina z ostatniej chwili
Awantura w Sejmie. Żukowska porównała „Burego” do Putina

Emocjonalne wystąpienie, ostre oskarżenia i porównanie żołnierza polskiego podziemia niepodległościowego do rosyjskiego dyktatora. Sejmowa debata nad projektem Lewicy zamieniła się w polityczny skandal z Anną Żukowską w roli głównej.

REKLAMA

Jak Polacy wciąż zakochują się w cudzych mocarstwach - od Rosji Katarzyny po współczesny Kijów

Od stuleci Polacy ulegają tej samej pokusie – wierzą, że obce mocarstwa, od Rosji Katarzyny Wielkiej po współczesny Kijów, będą działać w imię moralnych zobowiązań wobec nas, a nie własnych interesów. Historia tych złudzeń to opowieść o polityce, która niemal zawsze kończy się rozczarowaniem.
Obraz z cesarzem Napoleonem na tronie i urzędnikami z jego czasów
Obraz z cesarzem Napoleonem na tronie i urzędnikami z jego czasów / Marcello Bacciarelli, "Nadanie Konstytucji Księstwu Warszawskiemu przez Napoleona"

Co musisz wiedzieć:

  • Zdaniem autora Polacy mają historyczną skłonność do idealizowania obcych państw i przywódców – od Katarzyny Wielkiej i Napoleona po Anglię, USA czy współczesną Ukrainę.
  • Źródłem tych „zauroczeń” jest emocjonalne, a nie realistyczne podejście do polityki
  • Autor przestrzega przed powtarzaniem tego błędu

 

Nasze fatalne zauroczenia

W lutym 1941 r. jeden z najwybitniejszych polskich filozofów (a przy okazji oficer rezerwy z chlubną kartą frontową) Kazimierz Ajdukiewicz wypowiedział następujące zdanie:

„Anglicy napadną na Sowiety z poczucia honoru, ponieważ mają moralne zobowiązania wobec Polski”.

Zdanie Ajdukiewicza zawierało treść wyjątkowo wręcz kuriozalną. I to równocześnie na kilku poziomach. Bo tylko tak można ocenić opinię, że jakieś państwo, i to w momencie, w którym samo pozostaje w tzw. gardłowej sytuacji (jak Anglia przed wejściem do wojny ZSRR i Ameryki), bez jakichkolwiek zobowiązań prawnych (sojusz między Wielką Brytanią a Rzeczpospolitą dotyczył jedynie Niemiec, co wprawdzie nie było publicznie ogłoszone, ale w 1941 roku było już oczywiste dla każdego śledzącego zachowania Londynu obserwatora) wystąpi zbrojnie powodowane „zobowiązaniami moralnymi”. Ale w tej konkretnej sprawie (polskich granic wschodnich) również i moralnych zobowiązań wobec Polski Wielka Brytania nie miała – zawsze zachowywała się przecież demonstracyjnie wstrzemięźliwie wobec naszej obecności na wschód od linii Curzona. W tej sytuacji fakt, że Kazimierz Ajdukiewicz wyrażał nadzieje na takie zachowanie konkretnie Anglii – czyli państwa, które zrobiło sobie znak rozpoznawczy z prowadzenia polityki opartej jedynie na interesach, jest już tylko wisienką na torcie absurdu.

Ale trudno oskarżać tu Ajdukiewicza. Zwerbalizował on bowiem to, co myślała, czy przynajmniej chciała myśleć, wtedy większość Polaków. Polaków przeżywających wówczas apogeum dziwnej miłości do obcego państwa, traktowanego przez nich – wówczas – nie jako takie, tylko jako skrzyżowanie kochanki z ojcem.
Dodajmy, że tego rodzaju emocja jest raczej obca wszystkim narodom. Wszystkim – oprócz Polaków.

 

Poza granicą histerii

Oprócz Polaków, którzy skłonni są do przekraczającego często granice histerii zakochiwania się zarówno personalnie – w konkretnych cudzych przywódcach politycznych, jak i bardziej abstrakcyjnego – w całych obcych państwach. Cytowany powyżej przykład Ajdukiewicza – to ten drugi rodzaj. Polacy doby II wojny światowej zakochali się najpierw (jeszcze przed jej wybuchem) we Francji (kontynuacja starej miłości) i Anglii. Mówią o tym wszystkie dostępne relacje z epoki. Fakt zawarcia sojuszu z tymi mocarstwami traktowany był powszechnie jako rozstrzygający, ale co ważniejsze – determinujący, że zachowają się one tak, jak my byśmy chcieli. Tylko dlatego, że chcieliśmy tego bardzo.

Po klęsce wrześniowej, a jeszcze bardziej po swoim upadku i kompromitacji wiosną 1940 roku, z listy polskich miłości znikła, by już nigdy na nią nie wrócić, Francja. Anglia pozostała na niej długo, aż do Jałty. Co ciekawe, mimo że Stany Zjednoczone Franklina Delano Roosevelta zachowały się wtedy wobec Polski tak samo, a nawet z punktu widzenia polskich interesów gorzej, pozostały obiektem naszej miłości. Utrzymały ten status w zasadzie do czasów bardzo niedawnych, mimo że kto miał oczy do patrzenia, ten nie mógł nie dostrzec, że nasz kraj traktowany był przez USA zawsze nierównoprawnie, a kiedy dyplomatom amerykańskim się podobało – brutalnie. I dopiero chaotyczne meandry polityki Donalda Trumpa zaczęły to zmieniać.

Tu zaznaczam, że ani nie oponuję tu przeciw sojuszowi polsko-amerykańskiemu, ani nie domagam się spektakularnych buntów przeciw nierównoprawnemu traktowaniu. Zachowywać się trzeba realistycznie. Ale to nie znaczy, żeby być koniecznie ślepym na rzeczywistość i nie dopuszczać jej do własnej świadomości. A to właśnie jest typowe dla Polaków.

 

Bóg i Katarzyna

Zapewne wszyscy spodziewaliby się, że chronologiczny opis takich zachowań zacznę od Napoleona. Ale nie, Bonaparte miał tu godnego poprzednika, czy raczej poprzedniczkę, czyli Katarzynę Wielką.
Ja wiem, że brzmi to zadziwiająco, ale spora część polskiego narodu politycznego drugiej połowy XVIII wieku naprawdę szczerze wierzyła, że Imperatorowa chce dobra Rzeczpospolitej. I że jeśli jej słuchać, a broń Boże nie rozdrażniać, to zapewni Polsce świetlaną przyszłość, a co najmniej – bezproblemowe trwanie. Dytyramby i akty strzeliste, adresowane, indywidualnie bądź zbiorowo, przez wielu Polaków do „Najjaśniejszej Imperatorowej” bynajmniej nie zawsze były motywowane cynicznym podlizywaniem się. Dowodzą tego choćby świadczące o autentycznym szoku reakcje sporej części targowiczan na wiadomość o wyrażeniu przez Petersburg zgody na drugi rozbiór Polski.

„Targowiczanie – objaśniam dla ludzi, którzy historii uczą się na wiecach – nie byli zdrajcami, byli to po prostu ludzie, którzy... wierzyli paktom z Rosją”

– napisał Stanisław Cat-Mackiewicz.

Ksawery Branicki zasłynął hasłem: „Bóg i Katarzyna”. Był targowiczaninem. Ale podobnego kalibru hymny ku czci petersburskiej władczyni wykonywali przedtem bynajmniej nie tylko ludzie zaprzedani Rosji.
Ale to oczywiście nic wobec kultu, którym potem otoczyliśmy Napoleona. Miłość do niego odbiła się na naszym hymnie (co znamienne – to jedyny w skali całej planety przypadek, kiedy w hymnie jakiegoś państwa wymieniony jest w pozytywnym kontekście przywódca innego kraju).

 

Kulty cudzych przywódców

To uczucie Polaków było niesłychanie głębokie i trwało niezwykle długo. Intensywnie aż do pana Ignacego Rzeckiego, mniej intensywnie – znacznie dłużej. Przecież kult Bonapartego uprawiali niektórzy Polacy jeszcze względnie niedawno. Arcykapłanem był Waldemar Łysiak, potrafiący – w drugim dziesięcioleciu XXI wieku! – stawiać tezę, że ulubionym zajęciem znienawidzonego przezeń światowego i polskiego „salonu” pozostaje zwalczanie Cesarza…

Oczywiście – był Bonaparte postacią naprawdę szczególną. Ogniskował potężne emocje nie tylko Polaków, daleko nie tylko ich magnetyzował. I jego interwencja w sprawy naszej części Europy obiektywie dała nam wiele, wydobyła z politycznego nieistnienia, w które wtrącił Polskę III rozbiór. Ale inne narody, nawet widząc wielkość Cesarza, potrafiły zarazem patrzeć na niego politycznie trzeźwo. Iść z nim, kiedy było to w ich interesie, ale zmieniać front, kiedy zmieniała się sytuacja. Tak postępowali wszyscy. Tylko nie Polacy.

 

Anioł pokoju

Napoleon upadł, z Polakami do ostatniej chwili przy boku. Ale nie zostawił próżni w ich sercach. Bo tam błyskawicznie miejsce Cesarza zastąpił Cesarz. Bonapartego – Romanow, czyli Aleksander I.
Miłość do tego cara – to epizod, który Polacy bardzo skutecznie wyparli ze swojej zbiorowej pamięci. A przecież była. Nagminna i przyjmująca formy nieledwie histeryczne. Polacy powszechnie nazywali Aleksandra „aniołem”.

„Połączył z sobą dwa braterskie ludy/ Pod jedno berło Anioła pokoju […] Niech sprzyjaźnione dwa narody kwitną,/ I błogosławią Jego panowanie”

– ten anioł w nie śpiewanych już ani dziś, ani przez opozycjonistów w okresie PRL, ani w II RP zwrotkach stworzonego przez Alojzego Felińskiego hymnu „Boże, coś Polskę”, to właśnie Aleksander.

Znów – podobnie jak w wypadku Napoleona istniały realne przyczyny do postawienia na Aleksandra. Wskrzesił Polskę jako byt państwowy, terytorialnie mały i z ograniczoną wolnością, ale dający jakieś pespektywy na przyszłość. Zgodził się na to, żeby w granicach tego tworu zapanowały swobody – ludzkie i obywatelskie – zdecydowanie większe niż w większości krajów ogarniętej restauracyjną reakcją Europy, nie mówiąc już o samej Rosji. No i obiecał rozszerzenie Królestwa o Kresy Wschodnie, na których respektował dominację żywiołu polskiego.

 

Nadmiar miłości

Tylko że Polacy nie ograniczyli się do docenienia tego, co otrzymali. Zareagowali eksplozją entuzjazmu, miłości do „Cesarza i Króla” oraz gigantycznymi nadziejami na przyszłość. „Cesarz jest tu ubóstwiany” – pisał z Warszawy do Petersburga generał Aleksiej Jermołow (nb. potem zdobywca Czeczenii). Sam Stanisław Staszic wzywał Polaków, aby wobec Aleksandra nie ograniczyli się do akceptacji, tylko rozgorzeli entuzjazmem. Wzywał z ogromnym powodzeniem.

A gdyby nie to, gdyby nie ten entuzjazm i związane z nim nadzieje, które bardzo łagodnie można by określić modnym dziś mianem „przeskalowanych”, może cała nasza historia potoczyłaby się inaczej? Bo powstanie listopadowe, moim zdaniem feralne (zastopowało i odwróciło postępującą do 1830 r. polonizację Kresów, doprowadziło do utraty przez Polaków doświadczenia państwowego i generalnie zepchnęło ich ku tożsamości niemal anarchistycznej), miało kilka przyczyn. Łamanie konstytucji, poniżanie oficerów przez księcia Konstantego, niewypełnienie obietnic przyłączenia do Królestwa dawnych wschodnich województw, wreszcie – romantyczna tendencja do spisków i rewolucji, ogarniająca młode pokolenie w całej Europie, więc też w Polsce – to czynniki dobrze znane.

Nadmiar rozczarowania

Ale można też wymienić – i to nie na ostatnim miejscu – chorobliwe w swoim natężeniu również chorobliwe rozczarowanie, wywołane uprzednimi, chorobliwie nadmiernymi oczekiwaniami. Gdyby nie te oczekiwania, Polacy zapewne w roku 1815 nie poczuliby się aż tak dobrze, jak się poczuli, ale za to w roku 1829 nie poczuliby się aż tak źle, nie odbieraliby swojej sytuacji jako aż tak straszną czarną dziurę. I może zachowaliby się racjonalniej…? Ten schemat ma tendencję do powtarzania się.

 

Od Jerozolimy do Kijowa

O zawiedzionej miłości do aliantów zachodnich pisałem już powyżej. Na tym jednak rejestr polskich „fatalnych zauroczeń” się nie kończy. Można wymienić jeszcze co najmniej dwa.

Oto kilkanaście lat temu spora część Polaków (w tym, co charakterystyczne, polskiej prawicy) zachorowała na marzenie o jakichś specjalnych relacjach, rzekomo mogących połączyć nasz kraj z Izraelem. To złudzenie było efektem, z jednej strony, ukształtowania nadającego wówczas (a w jakiejś mierze do dziś) w naszym kraju ton pokolenia przez okres państwowego radzieckiego antysemityzmu i widocznych w Rosji lat 90. nastrojów antyżydowskich. Tworzyło to grunt dla wytworzenia złudzenia, że rzekomo wróg (Rosja) jest wspólny, co miałoby być podstawą dla tych relacji. Z drugiej strony – naiwnego przekonania, że Żydzi żywią podobny, jak część Polaków, sentyment do czasów wspólnego bytowania obu etnosów w II RP. A z trzeciej – równie naiwnego zafascynowania polskiej prawicy Izraelem, jako państwem „silnego dobra”, tryumfujących pierwiastków tradycyjnej męskości i ideału obrony Ojczyzny, postrzeganych jako rdzeń konserwatyzmu.

Wydarzenia rozgrywające się po 2017 r. (agresywna a kompletnie zaskakująca dla architektów polskiej polityki reakcja i Jerozolimy, i diaspory na nowelizację ustawy o IPN, zaś potem na skierowaną przeciw przestępczej reprywatyzacji ustawę o wygaszeniu roszczeń, w połączeniu z ewidentną polityczną popłatnością grania kartą antypolską w wewnątrzizraelskiej polityce) podcięły te nadzieje. I obecnie nikt już nie ma śmiałości artykułować będącej ich wyrazem koncepcji. Charakterystyczne jednak, że te nadzieje i ta koncepcja kiedyś zaistniały, a ich – spowodowane brakiem zainteresowanego nimi partnera po drugiej stronie fiasko, od początku oczywiste dla wszystkich myślących racjonalnie – zaowocowało wśród Polaków emocjonalnym rozczarowaniem.

 

Stracone złudzenia

Analogicznie, tylko na znacznie większą skalę, było i jest z Ukrainą. Najważniejszy, życiowy polski interes polega oczywiście na utrzymaniu jej autentycznej niezależności od Moskwy, a postrzeganie naszego południowo-wschodniego sąsiada jako czy to antypolskiego, czy to będącego jakimkolwiek zagrożeniem dla naszego kraju jest głęboko absurdalne. Ale zarazem trzeba było nic o Ukrainie nie wiedzieć, by w 2022 czy 2023 roku mieć złudzenia, by eksplodująca wówczas w Polsce miłość do niej, by ówczesne nadzieje na jakieś specjalnie bliskie relacje z Kijowem, ba! – na jakąś formę związku obu państw mogły po drugiej stronie spotkać się z jakąkolwiek wzajemnością. A takie złudzenia były wtedy w Polsce powszechne. Dziś odbijają się rozczarowaniem i wahnięciem w drugą stronę. Wahnięciem – jak zawsze w naszej historii – równie chorobliwym.

***

„Na Boga, żadnych sentymentalnych przymierzy, w których jedyną nagrodą za nasze poświęcenie jest świadomość spełnienia dobrego uczynku!”

– powiedział kanclerz Otto von Bismarck. Napisał też:

„Nie mogę pogodzić osobistych sympatii i antypatii w stosunku do obcych mocarstw z poczuciem obowiązku w sprawach stosunków zagranicznych; w rzeczy samej, pojmuję je jako zalążek nielojalności wobec kraju, któremu służę”.

Dla mnie są to, przyznam, truizmy. Ale Polacy wydają się, niestety, organicznie niezdolni do ich przyjęcia.

[Tytuł, niektóre śródtytuły, lead i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]



 

Polecane