Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: Narodowy socjalizm nie był wypadkiem przy pracy

- W tym samym sensie trafne i nokautujące jest zdanie, które padło na Westerplatte z ust prezydenta Nawrockiego: „Hitler był tworem systemu; gdyby nie on, znalazłby się ktoś inny”. To zdanie jest kluczem do zrozumienia niemieckiego XX wieku - mówi w rozmowie z Cezarym Krysztopą świetnie wykształcony i biegły z zakresie zbiorowej psychologii własnego narodu, jednak proszący o zachowanie anonimowości z obawy o swoją sytuację w Niemczech, Niemiec. Ciąg dalszy nastąpi.
Anonimowy Niemiec. Ilustracja poglądowa
Anonimowy Niemiec. Ilustracja poglądowa / pixabay.com

Co musisz wiedzieć:

  • To rozmowa z anonimowym niemieckim intelektualistą, który z perspektywy wewnętrznej analizuje mechanizmy niemieckiej tożsamości politycznej i kulturowej po 1945 roku.
  • Tekst pokazuje, że różnice pomiędzy Niemcami, a polską nie mają charakteru incydentalnego, a strukturalny
  • W poprzedniej części rozmowy Anonimowy Niemiec przyznał, że kilka miesięcy temu odebrał polskie obywatelstwo.

 

Mówi Pan, że "dalsza rozmowa pomiędzy Polską a Niemcami nie powinna dotyczyć „porozumienia” w sensie emocjonalnym, lecz zarządzania trwałą różnicą interesów". Co to oznacza?

Im dłużej patrzę na relacje polsko-niemieckie w długim trwaniu, tym wyraźniej widać, że brak zbieżności interesów nie jest anomalią, lecz normą strukturalną.

 

Po pierwsze, interes geopolityczny

Niemcy są państwem rdzenia kontynentalnego, które historycznie dąży do stabilizacji poprzez dominację normatywną i gospodarczą przestrzeni środkowoeuropejskiej. Polska jest państwem granicznym, buforowym, dla którego kluczowa jest suwerenność decyzji i możliwość manewru między centrami siły. To są dwa różne wektory. Niemcy chcą przewidywalności i kontroli przestrzeni. Polska potrzebuje nieprzewidywalności jako narzędzia przetrwania. Tego nie da się pogodzić na poziomie strategicznym.

 

Po drugie, interes kulturowy i cywilizacyjny

Niemiecka kultura polityczna opiera się na prymacie procedury nad sumieniem, systemu nad osobą, prawa nad odpowiedzialnością jednostkową. Polska tradycja, niezależnie od tego, jak bardzo bywa dziś osłabiona, wyrasta z innej hierarchii: sens poprzedza prawo, a sumienie ogranicza władzę. Dla Niemiec porządek jest wartością samą w sobie. Dla Polski porządek ma sens tylko wtedy, gdy jest zakorzeniony w czymś wcześniejszym. To powoduje nieustanne tarcie, nawet wtedy, gdy język dyplomacji brzmi uprzejmie.

 

Po trzecie, interes historyczny

Dla Niemiec historia jest problemem do zarządzania i domykania. Dla Polski historia jest źródłem tożsamości i ostrzeżeniem. Niemcy dążą do jej neutralizacji poprzez prawo, instytucje i narrację europejską. Polska, nawet jeśli często nieudolnie, próbuje ją zachować jako punkt odniesienia. To powoduje, że każda próba „wspólnej narracji” kończy się asymetrią. Jedna strona chce zamknąć, druga nie może sobie na to pozwolić.

 

Po czwarte, interes systemowy Unii Europejskiej

Niemcy są beneficjentem centralizacji, bo to ich model administracyjny, prawny i gospodarczy staje się normą. Polska traci na centralizacji, bo jej interes polega na zachowaniu maksymalnej autonomii decyzyjnej. Dlatego to, co dla Niemiec jest „pogłębianiem integracji”, dla Polski staje się stopniowym ograniczaniem podmiotowości. To nie jest zła wola. To jest czysta logika systemu.

 

Po piąte, interes psychologiczny elit

Niemieckie elity myślą w kategoriach stabilności, przewidywalności i zarządzania ryzykiem. Polskie elity, szczególnie te zakorzenione w doświadczeniu historycznym, myślą w kategoriach zagrożenia, przetrwania i nieciągłości. Te dwa sposoby myślenia prowadzą do zupełnie innych decyzji, nawet przy tych samych danych wejściowych.

 

Po szóste: relacja Niemiec z Rosją

Dla Niemiec Rosja nigdy nie była zagrożeniem. W długim trwaniu była i pozostaje partnerem strategicznym, nawet jeśli chwilowo wrogiem politycznym. Dla Polski Rosja jest natomiast wrogiem egzystencjalnym, nie dlatego, że „zawsze taka była”, lecz dlatego, że historycznie jej ekspansja niemal zawsze oznaczała dla Polski utratę podmiotowości.

To napięcie nie jest nowe. Od czasów Katarzyny II widać wyraźną koherencję interesów niemiecko-rosyjskich, także na poziomie kulturowo-instytucjonalnym. Katarzyna nie była rosyjskim wyjątkiem, lecz niemiecką transplantacją w rosyjskim kostiumie. Jej władza była możliwa dlatego, że wpisywała się w niemiecki model porządku, hierarchii i podporządkowania sumienia strukturze władzy, co w rosyjskim wydaniu przyjęło formę autokratyczną. W tym sensie rosyjska wersja porządku była kompatybilna z niemieckim myśleniem o państwie, choć inna w formie.

Dla Polski oznacza to cywilizacyjne kleszcze. Z jednej strony niemiecki porządek normatywny, z drugiej rosyjski porządek siły. Dla Niemiec relacja z Rosją była przez dekady narzędziem równoważenia Zachodu i zabezpieczania interesu energetyczno-gospodarczego. Dla Polski ta sama relacja była i jest zagrożeniem strukturalnym. Tu nie ma pola na wspólną rację stanu.

 

Po siódme: Ukraina

To temat świeży, bolesny i często celowo upraszczany. Jeszcze niedawno, przy cichym przyzwoleniu aparatu bezpieczeństwa III Rzeszy, nacjonalistyczne formacje ukraińskie funkcjonowały jako narzędzie polityczne, co zakończyło się tragicznymi pogromami ludności polskiej na wschodnich rubieżach. Ten fakt historyczny nigdy nie został uczciwie przepracowany i do dziś wraca jako nierozwiązany problem pamięci.

Po 2022 roku Polska okazała Ukrainie pomoc bezprecedensową. Od oddolnej solidarności obywatelskiej, przez wsparcie socjalno-bytowe, aż po realną pomoc wojskową, w tym systemy uzbrojenia o strategicznym znaczeniu. W wielu obszarach była to pomoc największa i najszybsza w Europie. I właśnie dlatego dzisiejszy stan rzeczy jest tak wymowny.

Po trzech latach wojny Ukraina funkcjonuje jako hybryda państwowości, w której decyzje zapadają w wąskim kręgu, a procesy negocjacyjne są prowadzone ponad głowami tych, którzy ponieśli największe koszty. Polska jest upominana, omijana i wykluczana z kluczowych rozmów między Kijowem a europejskimi stolicami. To pokazuje brutalną prawdę o logice systemu. Pomoc nie buduje pozycji, jeśli nie jest zakotwiczona w twardym interesie i własnej strukturze decyzyjnej.

 

Obiektywne interesy Polski i Niemiec nie są zbieżne

W tym kontekście znaczący jest fakt, że to prezydent Stanów Zjednoczonych wciąga Polskę z powrotem na arenę międzynarodową, zapraszając ad personam prezydenta Nawrockiego i jednocześnie marginalizując znaczenie obecnej władzy w Warszawie oraz samej instytucjonalnej Europy. To nie jest gest kurtuazyjny. To sygnał, że realna polityka nadal odbywa się poza deklaracjami o jedności i wspólnych wartościach.

Te dwa ostatnie punkty domykają całość. Pokazują, że brak zbieżności interesów polsko-niemieckich nie jest kwestią emocji ani uprzedzeń. Jest konsekwencją odmiennych relacji z Rosją, odmiennego rozumienia bezpieczeństwa i odmiennego miejsca Ukrainy w strategicznej układance. Polska, Niemcy i Rosja nie funkcjonują w tej samej logice historycznej, nawet jeśli chwilowo używają podobnego języka.

Dlatego ma Pan rację. Obiektywnie interesy Niemiec i Polski nie są zbieżne. Mogą się czasem stykać, chwilowo pokrywać, ale nie są wspólne w sensie strukturalnym. I im szybciej obie strony to zaakceptują, tym mniej będzie złudzeń i rozczarowań. To nie oznacza wrogości. Oznacza realizm.

Relacje między państwami nie muszą opierać się na iluzji wspólnoty, by były stabilne. Wystarczy, że opierają się na świadomości trwałej różnicy interesów i na umiejętności ich zarządzania bez moralizowania. I właśnie dlatego ta analiza, paradoksalnie, jest łatwiejsza z niemieckiej perspektywy niż z polskiej. Bo dla Niemiec Polska jest elementem systemu. Dla Polski Niemcy są zawsze czymś więcej niż tylko sąsiadem.

 

3:1

Na koniec pozwolę sobie zamknąć to jeszcze ostrzej, bez dyplomacji i bez okrągłych słów. Jeżeli opiszemy stosunki międzysąsiedzkie językiem sportu, to wynik jest prosty: 3:1. Po jednej stronie koherencja systemowa Niemiec, Rosji i Ukrainy, po drugiej Polska. I to nie jest wynik chwilowy, tylko rezultat gry według zasad, których Polska sama sobie nie napisała.

Ten układ nie ma prawa się udać. Nie tylko na poziomie kulturowym, bo to jest już oczywiste. On nie może się udać na poziomie cywilizacyjnym. A cywilizacja to nie folklor, nie język, nie emocje. Cywilizacja to sposób uporządkowania kultury w formę prawną państwowości. To jest moment, w którym sens zostaje zamieniony w prawo, procedurę i strukturę władzy.

 

Tego meczu nie da się wygrać przez dialog

I właśnie na tym poziomie różnica jest nieprzekraczalna. Niemcy, Rosja i Ukraina – każda na swój sposób – operują systemowo, myślą kategoriami porządku, aparatu i egzekucji. Polska natomiast wchodzi w ten układ bez własnego, twardego frameworku państwowości, próbując negocjować sens tam, gdzie druga strona rozmawia wyłącznie o strukturze.

Dlatego wszelkie próby poszukiwania „wspólnego mianownika” są nie tylko naiwne, ale intelektualnie kompromitujące. Każdy polski naukowiec, polityk czy ekspert, który w tej konfiguracji opowiada o „naturalnej wspólnocie interesów”, „historycznym pojednaniu” czy „konieczności zrozumienia”, dystynguje się sam do zmiany zawodu. To nie jest odwaga intelektualna. To jest abdykacja z myślenia państwowego.

W tej konfiguracji nie ma wspólnego mianownika, bo nie ma wspólnej definicji państwa, prawa i odpowiedzialności. Szukanie go oznacza jedno z dwóch: albo niezrozumienie mechaniki cywilizacyjnej, albo świadomą zgodę na podporządkowanie. Trzeciej opcji nie ma. I dlatego cała ta rozmowa nie dotyczy sympatii, antypatii ani emocji. Dotyczy faktu, że Polska gra mecz, w którym przeciwnicy znają zasady, a ona wciąż dyskutuje, czy sędzia jest sprawiedliwy. Tego meczu nie da się wygrać przez dialog. Da się go wygrać tylko przez własny system, własne reguły i własną zdolność do narzucenia tempa.

 

Rosja nie jest dla Niemiec wrogiem cywilizacyjnym

A czym Rosja jest dla Niemiec?

Tu warto sięgnąć do aparatu pojęciowego Feliksa Konecznego, bo bez niego ta relacja pozostaje albo niezrozumiała, albo fałszywie moralizowana. Ale ten obraz trzeba uzupełnić o fakt zasadniczy, który w polskiej debacie bywa pomijany: Niemcy same odrzuciły cywilizację łacińską, przyjmując formy bizantyjskie, zachowując jedynie fragmenty świadomości łacińskiej na poziomie języka i symboli.

W ujęciu Konecznego Rosja nie jest dla Niemiec wrogiem cywilizacyjnym. Jest inną formą tej samej logiki państwowości, choć w bardziej brutalnym, wschodnim wydaniu.

Rosja funkcjonuje w hybrydzie cywilizacji turańskiej i bizantyńskiej, gdzie prymat ma państwo, prawo jest narzędziem władzy, sumienie nie stanowi realnego ograniczenia, a odpowiedzialność jednostki rozmywa się w strukturze. Niemcy natomiast, mimo formalnego zakorzenienia w świecie zachodnim, wykształciły własny wariant porządku, w którym Ordnung, procedura i system mają pierwszeństwo przed etyką osobową. Różni je forma, łączy logika.

 

Hitler nie był wypadkiem przy pracy

Ten zwrot nie wydarzył się nagle. Reformacja nie była jedynie sporem teologicznym. W sensie cywilizacyjnym była momentem emancypacji państwa spod ograniczeń łacińskiego porządku moralnego. Luter nie stworzył nowej cywilizacji. Był wypadkową niemieckiego systemu, który dążył do podporządkowania religii władzy świeckiej. Sumienie zostało sprywatyzowane, a porządek instytucjonalny uzyskał autonomię wobec etyki. To był pierwszy, zasadniczy krok ku niemieckiemu modelowi państwowości o charakterze bizantyjskim.

W tym samym sensie trafne i nokautujące jest zdanie, które padło na Westerplatte z ust prezydenta Nawrockiego: „Hitler był tworem systemu; gdyby nie on, znalazłby się ktoś inny”. To zdanie jest kluczem do zrozumienia niemieckiego XX wieku.

Hitler nie był aberracją ani „wypadkiem przy pracy”. Był produktem struktury, a nie jej zaprzeczeniem. I właśnie to zdanie niemal nie istnieje w polskiej debacie publicznej. Jego przemilczenie obnaża intelektualną słabość polskich komentatorów zajmujących się Niemcami, którzy albo nie rozumieją niemieckiej logiki państwowej, albo nie mają odwagi jej nazwać.

Koneczny pisał o tym wprost. Wskazywał, że Niemcy funkcjonują w bizantyjskiej organizacji państwowej z naleciałościami łacińskiej świadomości, co czyni ich jednocześnie skutecznymi i niebezpiecznymi dla cywilizacji łacińskiej. Rosja natomiast od początku rozwijała się poza łacińskim porządkiem, w logice bizantyjsko-turańskiej. I właśnie dlatego te dwa światy są kompatybilne.

 

Rosja jest dla Niemiec bytem cywilizacyjnie kompatybilnym

Stąd wniosek kluczowy: Rosja była i pozostaje dla Niemiec bytem cywilizacyjnie kompatybilnym. Nie partnerem moralnym, lecz partnerem strukturalnym. Rosja nie jest postrzegana jako naród w sensie łacińskim, lecz jako przestrzeń do organizowania, równoważenia interesów, handlu i układania porządku kontynentalnego. Od czasów Katarzyny II, niemieckiej księżniczki osadzonej na rosyjskim tronie, widać wyraźnie, że rosyjska władza była możliwa wtedy, gdy wpisywała się w niemiecką wizję hierarchii, podporządkowania i zarządzania masą państwową.

W tym sensie Rosja nigdy nie była dla Niemiec problemem moralnym. Była problemem technicznym. Stąd powtarzalna gotowość do dialogu, resetów, projektów energetycznych i strategicznych porozumień. Rosja jest przewidywalna, bo działa według logiki siły i porządku. Dla Niemiec to język zrozumiały. Brutalny, ale logiczny.

 

To Polska jest elementem niekompatybilnym

Na tym tle Polska jawi się jako element niekompatybilny. Polska reprezentuje cywilizację łacińską, w której sumienie ogranicza prawo, a prawo nie tworzy dobra, lecz ma je rozpoznawać. Państwo nie jest absolutem, a osoba nie jest funkcją systemu. Historycznie Polska blokowała niemiecko-rosyjską oś kontynentalną właśnie dlatego, że wprowadzała kategorię dobra i zła tam, gdzie oba te systemy chciały jedynie porządku i zarządzania.

Ten sposób myślenia znajdziemy także w niemieckich źródłach naukowych i historycznych, choć często zapisanych innym językiem. Friedrich Naumann w „Mitteleuropie” opisywał środkowoeuropejski porządek jako hierarchiczny system zarządzania, nie jako wspólnotę równych narodów. Karl Haushofer i niemiecka geopolityka rozwijały wizję osi kontynentalnej Berlin–Moskwa jako naturalnej przeciwwagi dla świata atlantyckiego. Po 1945 roku zmienił się język, nie mechanizm. Zamiast „Mitteleuropy” pojawiła się „integracja”. Zamiast stref wpływów jest normatywna centralizacja. Logika pozostała ta sama.

Dlatego dla Niemiec Rosja jest partnerem trudnym, ale zrozumiałym. Dla Polski Rosja jest wrogiem egzystencjalnym. To rozchodzenie się perspektyw nie wynika z emocji ani z bieżącej polityki, lecz z różnicy cywilizacyjnej. Niemcy i Rosja mogą się układać, bo mówią tym samym językiem państwowości. Polska tym językiem nie mówi i nigdy w pełni nie mówiła.

Stąd też ciągły powrót Niemiec do Rosji, nawet po traumach i kryzysach. W sensie koneczniańskim Rosja jest cywilizacyjnie przewidywalna. Polska jest „niebezpieczna”, bo wprowadza sumienie jako kategorię polityczną. Nie dlatego, że jest agresywna, lecz dlatego, że nie daje się łatwo wpisać w czysto systemowy porządek. I to jest kluczowa konkluzja tego wywodu. Wspólnota interesów polsko-niemieckich wobec Rosji jest niemożliwa nie z powodów politycznych, lecz cywilizacyjnych. Koneczny to widział, a historia to potwierdza. A brak tej refleksji w polskiej debacie jest nie problemem komunikacyjnym, lecz poważnym deficytem intelektualnym.

 

Po ósme: "Pax Europaea" jako porządek bez cywilizacji

Dziękuję. Niektórzy twierdzą, że odpowiedzią na wewnętrzne sprzeczności w Europie jest Unia Europejska

Tu warto by dodać jeszcze jedną refleksję – jako uzupełnienie naszego cyklu o mechanizmach presji na Polskę i kształtowaniu jej miejsca w świecie bez jej udziału. Ósmy punkt: „Pax Europaea” jako porządek bez cywilizacji

Coraz wyraźniej widać, że projekt „Pax Europaea”, który jeszcze kilka lat temu był traktowany jako obietnica pokoju i rozwoju, nie posiada fundamentu cywilizacyjnego, a tym bardziej kulturowego. Mamy do czynienia nie z pokojem, lecz z narzuconym systemem interesów, zaprojektowanym przez Niemcy i dla Niemiec. To technokratyczna wersja dawnego „Drang nach Osten” – tyle że w garniturze komisarza, nie w mundurze Wehrmachtu. Mechanizm jest prosty: podporządkowanie Europy Środkowo-Wschodniej pod wspólną politykę energetyczną, migracyjną, klimatyczną, prawną, a wszystko to bez wspólnej historii, wspólnej tożsamości i wspólnego kodu etycznego.

Polska nie pasuje do tej układanki, bo Polska nie jest ani cywilizacyjnie postbizantyńska, ani emocjonalnie skolonizowana. I właśnie dlatego musi zostać zneutralizowana medialnie, narracyjnie, ideologicznie.

W tym kontekście uderzająca jest dzisiejsza aktywność setek, jeśli nie tysięcy, kont oznaczonych flagą UE. Rozdmuchują one narracje o „wspólnych wartościach opartych o humanizm”, „europejskim stylu życia”, „solidarności”, „równości” i „pluralizmie”. Problem polega na tym, że żadne z tych pojęć nie jest ani zdefiniowane, ani zakorzenione historycznie, są po prostu emocjonalnym kodem lojalności wobec abstrakcyjnej konstrukcji, która nie ma źródła poza sobą samą. To ideologiczny mesmeryzm, którego celem jest zmiękczyć i wytresować społeczeństwo do myślenia w kategoriach użyteczności unijnej, nie narodowej. A Polska, która nie zbudowała własnego systemu odniesienia, reaguje na ten przekaz jak na impuls ze szkoły Pawłowa.

Co więcej, Berlin gra na lukę w Pax Americana. USA, zajęte własnym konfliktem kulturowym i Pacyfikiem, pozwalają Niemcom grać na dwóch fortepianach: wobec Amerykanów - jako lojalny wasal. Wobec Europy - jako nieformalny hegemon. Efektem jest protektorat Brukseli, zrealizowany bez jednego wystrzału, ale z całą precyzją historycznego „Mitteleuropy”.

 

Niemiecki "pluralizm"

Wie Pan, że przez wiele lat w Polsce niemieckie media były wzorem? Dziś kiedy Polacy widzą co niemieckie media piszą o Polsce, łapią się za głowy. To niemieckie media się zmieniły, czy Polacy wcześniej byli ślepi?

Trzeba postawić sprawę jasno. Przekonanie że niemieckie media były dla Polaków wzorem to albo akt naiwności albo wynik pedagogiki medialnej salonu III RP, która z pluralizmu uczyniła fetysz, a z niemieckich redakcji bastion racjonalności. Ale pluralizm w wydaniu niemieckim to nie jest pluralizm w rozumieniu łacińskim. To systemowy porządek wymiany poglądów w obrębie dopuszczalnych ram. Granice tych ram są wyznaczone nie przez prawdę, lecz przez konsensus elit który nie znosi myślenia spoza układu. Dlatego niemieckie media były wzorem tylko dla tych, którzy już wcześniej zaakceptowali granice wyobraźni politycznej narzucone przez system (michnikowszczyzna).

W praktyce medialnej Niemiec nie ma czegoś takiego, jak autentyczny pluralizm w sensie łacińskim. Jest tolerowany rozdźwięk ale ściśle kontrolowany pomiędzy CDU a SPD ewentualnie Zielonymi. Ale nie ma miejsca na głęboko zakorzenioną alternatywę myślenia cywilizacyjnego. Gdyby w Niemczech pojawił się katolicki konserwatywny propolski dziennik o zasięgu „Der Spiegel”, to jego redaktor naczelny miałby kilka dni pracy, a siedziba redakcji kilka tygodni życia zanim zostałaby zaszczuta zbojkotowana i zamknięta.

 

Pryska polska iluzja niemieckiego "profesjonalizmu medialnego"

Zdumienie Polaków wynika więc nie z tego że niemieckie media się zmieniły tylko z tego że dotąd nie dostrzegali ich konstruktu. Zostali wychowani na micie niemieckiego profesjonalizmu medialnego, który był tylko eleganckim opakowaniem dla hegemonicznej narracji. Teraz gdy Niemcy w obliczu utraty miękkiej kontroli nad Europą Środkową, sięgają po twarde środki nacisku i narracyjnej przemocy wobec Polski iluzja pryska.

I tu wracamy do wspomnianej już w naszych esejach niespójności cywilizacyjnej. Niemcy i Polska nie patrzą na świat przez ten sam kod cywilizacyjny. Dla Niemców media są narzędziem porządku systemowego. Dla Polaków -  przynajmniej historycznie -  były przestrzenią wolności myślenia i sumienia. Te dwie funkcje są niekompatybilne. Dlatego też zderzenie tych światów medialnych nie mogło zakończyć się inaczej, niż rozczarowaniem.

 

Niemiecki pluralizm pozorny

Niemcy, uważające się za wzorzec europejskiej demokracji liberalnej, praktycznie nie mają pluralizmu medialnego?

To bardzo trafne pytanie i odpowiedź na nie wymaga zanurzenia się głębiej niż tylko w medialny krajobraz. Niemcy, owszem, przedstawiają się jako wzór europejskiej demokracji liberalnej. Ale jest to demokracja specyficzna, nazwijmy ją demokracją proceduralną z bizantyjskim kręgosłupem. Z zewnątrz wygląda na dojrzałą i stabilną, lecz od wewnątrz funkcjonuje według ścisłego, hierarchicznego i silnie zinstytucjonalizowanego porządku, który nie znosi chaosu, a pluralizm traktuje nie jako wartość, lecz jako potencjalne źródło destabilizacji systemu.

Tu pasuje to stare, gorzkie powiedzenie: Niemcy nie lubią Amerykanów za dwie rzeczy, za obie przegrane wojny i za demokrację, którą im wcisnęli. Przyjęli ją, ale nigdy w pełni nie zasymilowali. Porządek, Ordnung, jest kluczem. Porządek wyklucza konflikt. Konflikt jest podejrzany, bo rozsadza strukturę. Pluralizm jest dopuszczalny, o ile nie kwestionuje ramy systemu. To pozorny pluralizm, symulowany przez różnorodność szyldów, lecz nie przez realny spór. Od Süddeutsche Zeitung, przez Die Zeit, aż po Der Spiegel, medialna linia frontu jest wspólna. Ideologicznie zestrojona, konformistyczna, antyheretycka. Alternatywa, nawet gdy się pojawia, to często kontrolowana opozycja.

 

Niemiecki konformizm

Wszystko to działa nie przez cenzurę, lecz przez konformizm jako regułę przetrwania w systemie. Konformizm elit medialnych, instytucjonalnych i akademickich. Nie oparty na przymusie, ale na tresurze systemowej. W tym porządku nie trzeba nikogo uciszać. Wystarczy, że każdy wie, gdzie są granice rozsądku i europejskości. To nie są granice prawa. To są granice uznania. Kto je przekroczy, zostaje wykluczony z rytuału legitymizacji. Jako populista, ksenofob, antyeuropejski, zagrożenie dla demokracji. To wystarczy, by go unieważnić.

I właśnie ten konformizm jest najgroźniejszy, bo sam się maskuje jako dojrzałość, umiarkowanie i rozsądek instytucjonalny. W rzeczywistości to autocenzura klasy panującej, ubrana w kostium wspólnoty wartości. Dlatego medialna linia w Niemczech może być niemal identyczna w kilkunastu tytułach bez żadnej formalnej dyrektywy. Wystarczy nieformalny mechanizm wykluczenia. Wystarczy instynkt samozachowawczy. I system działa.

To nie jest przestrzeń wolnej debaty. To technokratyczna oligarchia z demokratycznymi wyborami, w której wszystkie drogi prowadzą do konsensusu konstytucyjnego. Ten konsensus, interpretowany przez Verfassungsgericht, instytuty badawcze i elity medialno-polityczne, działa jak firewall przeciw każdej wizji, która nie pasuje do porządku.

 

Maszyna dyskursywna

W efekcie niemieckie media nie są wolne w sensie pluralistycznym, lecz w sensie proceduralnym. Mają prawo pisać wszystko, o ile to mieści się w ustalonych granicach. Kto te granice przekroczy, staje się ekstremistą, populistą albo zagrożeniem dla demokracji. Taki los spotkał Trumpa. Taki los spotkał AfD. Taki los spotkał również Lecha Kaczyńskiego. Zanim zginął, był regularnie przedstawiany jako kłopotliwy, nacjonalistyczny, nieeuropejski. Dopiero jego śmierć zawstydziła media na chwilę. Ale tylko na chwilę.

Ten model działa jak maszyna dyskursywna, nie jak przestrzeń wolności. W tym sensie niemiecka demokracja liberalna nie jest tożsama z demokracją łacińską. Jej korzenie sięgają raczej cywilizacji bizantyjskiej. To system, w którym porządek jest ważniejszy niż prawda, stabilność ważniejsza niż sumienie, forma ważniejsza niż intencja.

Rozdźwięk cywilizacyjny

I to tłumaczy zdziwienie Polaków, którzy dopiero w ostatnich latach zobaczyli, co niemieckie media naprawdę piszą o Polsce, i łapią się za głowy. Ale nie dlatego, że media się zmieniły. Tylko dlatego, że wcześniej patrzyli przez fałszywe okulary. Bo nie zrozumieli, że ten system nie zakłada pluralizmu, tylko hegemoniczny przekaz normatywny, oparty na hierarchii, instytucji i europejskich wartościach interpretowanych przez metropolię.

To rozdźwięk cywilizacyjny, a nie tylko polityczny. A jak pokazuje historia, tego rozdźwięku nie da się dogadać. Trzeba go zrozumieć i uwzględnić w projektowaniu własnego systemu. Systemu odpornego na kolonizację dyskursu. I właśnie dlatego Polska potrzebuje własnych mediów, własnego języka i własnych pojęć. Nie po to, żeby się odizolować, ale żeby nie żyć cudzą narracją o nas samych. To nie jest kwestia wizerunku. To jest kwestia przetrwania.

 

Mechanizm środowiskowej samoregulacji

Czy dobrze rozumiem, że niemieckie media są w jakiś sposób zależne od niemieckiej władzy?

Nie, niemieckie media nie są raczej sterowane przez władzę wprost. Nie ma telefonów z Berlina do redakcji. Ale to nie znaczy, że są niezależne w sensie, w jakim wielu Polaków rozumie niezależność. Tu działa coś subtelniejszego – mechanizm środowiskowej symbiozy i samoregulacji. Polityka, media, eksperci, uczelnie i fundacje tworzą wspólny ekosystem, w którym wszystko musi grać według jednej melodii.

Nie ma rozkazów, ale są granice. Granice „rozsądku”. Granice „europejskości”. Granice „odpowiedzialności dziennikarskiej”. Nikt nie musi mówić dziennikarzowi, co ma napisać – on sam to czuje. Bo wie, gdzie kończy się akceptowalna narracja, a zaczyna „populizm” albo „zagrożenie dla demokracji”. I wie, co się stanie, gdy ją przekroczy: nie zostanie zamknięty, tylko wykluczony z obiegu. Nie będzie cytowany, nie zaproszą go do panelu, nie otworzą mu drzwi w mediach głównego nurtu.

To nie cenzura. To konformizm jako strategia przetrwania w socjalistycznych warunkach brzegowych. System sam wychowuje swoich uczestników, nie potrzebuje batów ani instrukcji. Kto pasuje, ten płynie. Kto nie, wypada z gry. Tak działa nowoczesna forma kontroli przekazu.

 

Mit samozwańczego moralnego cenzora Europy

Dlatego główne niemieckie media mogą wyglądać na pluralistyczne, a w rzeczywistości mówią jednym głosem. Bo nie chodzi o różnicę zdań. Chodzi o różnicę w ramach, których nie wolno przekroczyć.

Całość, moim zdaniem, okraszona jest powojennym mitem Niemiec jako samozwańczego moralnego cenzora Europy, ofiary własnego nazizmu, która przeszła katharsis i teraz ma nie tylko prawo, ale i obowiązek uczyć innych europejskiej dojrzałości. Ten auto-mit kreuje Niemcy w roli arbitra elegancji demokratycznej i wrażliwości humanistycznej, mimo że w praktyce ten model bardziej przypomina sterowaną technokrację z cenzusem lojalności niż przestrzeń wolnej debaty.

I właśnie dlatego ten kostium moralnej wyższości jest tak groteskowo kontrastowy wobec nieprzerwanej ciągłości niemieckich zapędów do organizowania kontynentu, od XIX wieku, przez Mitteleuropę, aż po dzisiejszą grę o hegemonię w ramach Unii. Tyle że dziś nie czołgiem, a regulacją. Nie sztabem, a think tankiem. Nie siłą, a wzniosłym tonem.

 

Cenzura w Niemczech

Niedawno publikowaliśmy artykuł na temat niemieckiego raportu, w którym wykryto rozległą sieć cenzury, począwszy od instytucji państwa niemieckiego, poprzez NGO-sy, a skończywszy na największych mediach. To może jednak cenzura?

Wychodzi na to, że tak, tylko nowoczesna. Nie brutalna. Nie siermiężna. To nie jest zakaz druku, przeszukanie redakcji czy zamykanie stacji. To nie są czasy maszyn do pisania ukrywanych w piwnicach. Dziś cenzura nie nosi munduru. Dziś cenzura ma grant, afiliację akademicką i certyfikat z logo „Europejskiej Sieci Przeciw Dezinformacji”.

To nie fikcja. To po prostu polityka XXI wieku. Silne państwa nie potrzebują już siły. Mają sieci. NGO, fundacje, programy, stypendia, instytuty, inicjatywy cyfrowe. To przez nie przenoszą wpływ, kształtują debatę i filtrują dopływ treści do opinii publicznej. Nie chodzi o to, żeby zabronić mówić. Chodzi o to, żeby to, co się mówi, zostało sklasyfikowane. Jako wiarygodne albo szkodliwe. Jako odpowiedzialne albo populistyczne. A później wystarczy, że algorytmy zrobią swoje. Nie trzeba zakazywać. Wystarczy zdegradować.

System selekcji treści

Ten raport, na który Pan się powołuje, pokazuje to z chirurgiczną precyzją. Setki organizacji - od fundacji i uczelni po NGO i think tanki - tworzą gęstą sieć współpracy zbudowaną na miękkiej lojalności. To nie spisek. To nowy standard zarządzania przekazem. Mechanizm, który współdziała z platformami cyfrowymi i państwowymi instytucjami w filtrowaniu informacji. Oficjalnie chodzi o walkę z mową nienawiści i dezinformacją. W praktyce działa to jak system selekcji treści według zgodności z przyjętym z góry światopoglądem. I co najważniejsze - bez przejrzystości, bez prawa do obrony, bez jawnej odpowiedzialności.

To nie jest cenzura państwowa w klasycznym sensie. To ekosystem wpływu, w którym wszyscy wiedzą, co wolno, a czego nie wypada. Im bardziej miękki nacisk, tym silniejsze rezultaty. Bo nikt nie protestuje. Nikt nie piszczy. Bo wszystko odbywa się dla dobra demokracji. Jeśli mamy to zrozumieć, musimy przestać patrzeć na media przez kategorię wolności słowa. Wolność słowa to za mało. Trzeba patrzeć przez kategorię wpływu. Przez pytanie: kto kogo wychowuje, kto kogo promuje, kto kogo cytuje, kto komu płaci.

 

Logika nadrzędnego Ordnungu

Czy można powiedzieć, że Niemcy budują swego rodzaju państwo totalitarne nowego typu?

Czy Niemcy budują państwo totalitarne nowego typu, wymaga doprecyzowania, bo samo pojęcie „budowania” może wprowadzać w błąd. Nie mamy tu do czynienia z jawnym planem czy świadomą, brutalną konstrukcją systemu represji. To nie jest państwo totalitarne w klasycznym sensie, z przemocą i przymusem jako narzędziami. To coś znacznie bardziej subtelnego, opartego nie na przemocy, ale na zgodzie. Zgoda zaś rodzi się z przyzwyczajenia, zgoda rodzi się z logiki instytucji, zgoda rodzi się wtedy, gdy nikt nie pyta o sens, bo pytanie to samo w sobie staje się podejrzane.

Nie chodzi więc o brutalny aparat represji, ale o coś głębszego, ograniczenie ducha. Zawężenie ram wolności, które sprawia, że system wydaje się naturalny, oczywisty, bezalternatywny. To nie tresura, to efekt selekcji kulturowej. Ostatecznie nikt nie narzeka, bo wszystko jest zgodne z procedurami, a kiedy wszystko jest zgodne z procedurami, przestajemy pytać o sens.

Trudno mówić, że coś jest budowane, bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że coś jest wynikiem długiego procesu cywilizacyjnego. Pierwszy klocek domina w tej układance przewrócił jeszcze spór o inwestyturę między papiestwem a cesarstwem. To właśnie wtedy zaczęło się stopniowe odchodzenie od logiki sumienia jako źródła prawa, a pojawiła się logika nadrzędnego Ordnungu, porządku rozumianego proceduralnie. Z czasem system ten stawał się coraz bardziej wyabstrahowany od osoby, coraz bardziej zinstytucjonalizowany, aż doszło do efektu, który dziś można nazwać nowoczesną formą porządku bez sensu.

 

Plasterki niemieckiej wolności odcinane są dobrowolnie

To nie totalitaryzm jako akt polityczny, to efekt salami, codziennie odcinany plasterek, którego już nie zauważamy, aż któregoś dnia budzimy się przy pustym talerzu. Każdy krok był racjonalny, każdy przepis miał uzasadnienie, każda zmiana była logiczna. I tylko całość niepokoi, bo nikt już nie pamięta, gdzie był początek. Najciekawsze jednak jest to, że te plasterki są odcinane dobrowolnie. To nie dzieje się wbrew obywatelowi, to się dzieje za jego aprobatą, w imię bezpieczeństwa, komfortu, wygody. No przecież ograniczamy ci wolność dla twojego dobra. Walczymy z mową nienawiści, chociaż jest niedefiniowalna w ramach definicji wolności poza systemem prawa. Reszta to już ideologia. Wiemy lepiej, co dla ciebie dobre. Zaszczep się. Chcesz demonstrować, zgłoś, poproś o pozwolenie, poczekaj na zgodę. I zaakceptuj, że w razie czego wolność ustąpi przed dobrem wspólnym.

W tym procesie przesuwa się granica, zawsze w jednym kierunku, w stronę asymptotycznego ograniczenia wolności jednostki na rzecz prawa ogółu, które nie ma już zakotwiczenia w realnej reprezentacji podmiotów. Kto reprezentuje to dobro wspólne, kto za nie odpowiada, kto bierze odpowiedzialność za definicję tego, co dla ciebie lepsze? Nie wiadomo. To nie jest reprezentacja w klasycznym sensie, to jest konsensus bez twarzy, a przez to bez odpowiedzialności.

 

Nowy rodzaj hegemonii

Nie mamy tu do czynienia z barbarzyńską cywilizacją. Przeciwnie, mówimy o państwie, które jest niezwykle sprawne poznawczo, z potężnym dziedzictwem naukowym, instytucjonalnym, cywilizacyjnym. Problem nie leży w braku inteligencji. Problem leży w zawężeniu duszy, w momencie, gdy geniusz zostaje zamknięty w systemie, który nie toleruje pytania dlaczego, w systemie, który nie jest brutalny, ale w którym każda emocja i każda idea musi przejść przez filtr technokratycznej zgodności z modelem. W takim systemie duch nie umiera przez strzał, tylko przez usprawiedliwienie.

I dlatego, moim zdaniem, nie mówimy tu o państwie totalitarnym w sensie klasycznym. Mówimy o nowym modelu hegemonii, cichej, miękkiej, proceduralnej, takiej, która nie potrzebuje pałki, bo ma konsensus, nie potrzebuje zakazu, bo ma klasyfikację, nie potrzebuje cenzora, bo ma instytucję. A na końcu zostaje tylko pytanie, nie czy ktoś coś planował, ale dlaczego nikt nie zapytał, dokąd nas to prowadzi.

 

Dlaczego to ważne:

  • Tekst pokazuje mechanizmy, które realnie wpływają na relacje polsko-niemieckie, a nie tylko na medialne narracje – pozwala zrozumieć, skąd biorą się napięcia i asymetria w traktowaniu Polski.
  • Ujawnia, jak prawo i procedura mogą zastępować odpowiedzialność moralną, co ma konsekwencje dla decyzji podejmowanych w UE i strukturach ponadnarodowych.
  • Dla polskiego czytelnika to narzędzie rozpoznania zagrożeń cywilizacyjnych i politycznych, zanim zostaną one narzucone w formie „neutralnych” regulacji i norm.

 

Poprzednie części:

Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: to czego inni szukają, Polacy mają w swoim DNA

Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: kilka miesięcy temu odebrałem polskie obywatelstwo


 

POLECANE
Dagmara Pawełczyk-Woicka: Sędzia Łubowski ma mieć zmieniony podział czynności w Sądzie gorące
Dagmara Pawełczyk-Woicka: Sędzia Łubowski ma mieć zmieniony podział czynności w Sądzie

"Sędzia Dariusz Łubowski, który odmówił wydania Niemcom podejrzewanego obywatela Ukrainy o wysadzenie NORD STREAM oraz uchylił ENA wobec posła Marcina Romanowskiego ma mieć zmieniony podział czynności w Sądzie!!!” - napisała na platformie X Dagmara Pawełczyk-Woicka, Przewodnicząca Krajowej Rady Sądownictwa.

Umowa UE-Mercosur ma ułatwić Niemcom dostęp do brazylijskich metali ziem rzadkich. KE: Wkrótce porozumienie z ostatniej chwili
Umowa UE-Mercosur ma ułatwić Niemcom dostęp do brazylijskich metali ziem rzadkich. KE: Wkrótce porozumienie

„Europa i Brazylia zmierzają w kierunku bardzo ważnego porozumienia politycznego w sprawie kluczowych surowców” - powiedziała Ursula von der Leyen, która przyjechała do Brazylii podpisać umowę UE-Mercosur, podczas konferencji prasowej z prezydentem tego kraju Luizem Inácio da Silvą. Umowa UE-Mercosur ma ułatwić Niemcom dostęp do brazylijskich zasobów metali ziem rzadkich.

TOPR ostrzega. W Tatrach wzrosło zagrożenie lawinowe Wiadomości
TOPR ostrzega. W Tatrach wzrosło zagrożenie lawinowe

Trzeci, znaczny stopień zagrożenia lawinowego w Tatrach ogłosili w piątek wieczorem ratownicy TOPR-u. Należy spodziewać się samoczynnych lawin.

Zaginął naukowiec z Rzeszowa. Trwają intensywne poszukiwania Wiadomości
Zaginął naukowiec z Rzeszowa. Trwają intensywne poszukiwania

Policja w Rzeszowie prowadzi poszukiwania dr. Kacpra Świerka, 49-letniego naukowca i etnologa, który od kilku dni nie daje znaku życia. Mężczyzna wyszedł z domu 13 stycznia i od tamtej pory nie wrócił ani nie skontaktował się z bliskimi.

Ekspert: Nie udało się wybrać tęczowego prezydenta, więc tęczową rewolucję chcą wprowadzać na poziomie rozporządzenia gorące
Ekspert: Nie udało się wybrać tęczowego prezydenta, więc tęczową rewolucję chcą wprowadzać na poziomie rozporządzenia

„Rząd Donalda Tuska pod pretekstem „wdrażania prawa Unii Europejskiej” chce USUNĄĆ ze WSZYSTKICH aktów stanu cywilnego słowa „mężczyzna” i „kobieta”! W 2025 nie udało się wybrać tęczowego prezydenta,więc tęczową rewolucję chcą wprowadzać na poziomie rozporządzenia!” - napisał na platformie X Nikodem Bernaciak, analityk Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris.

Tragedia w Wielkopolsce. Nie żyje 11-letni chłopiec z ostatniej chwili
Tragedia w Wielkopolsce. Nie żyje 11-letni chłopiec

W Myjomicach k. Kępna 11-letni chłopiec zmarł z powodu zatrucia się gazami pożarowymi, a jego matka trafiła do szpitala. Ojciec zdołał uratować roczne i czteroletnie dzieci.

Abp Przybylski o filmie „Niedziele”: bycie chrześcijaninem to konkretne wybory i postawy Wiadomości
Abp Przybylski o filmie „Niedziele”: bycie chrześcijaninem to konkretne wybory i postawy

„Film skłania do refleksji, że bycie chrześcijaninem to nie deklaracja, lecz konkretne postawy i wybory” – podkreśla abp Andrzej Przybylski, arcybiskup metropolita katowicki i delegat Konferencji Episkopatu Polski ds. powołań, komentując hiszpański film „Niedziele”, który zbiera bardzo dobre opinie krytyków, widzów oraz osób duchownych. Patronat nad produkcją objęła m.in. Konferencja Episkopatu Polski.

Rząd Tuska wprowadza tylnymi drzwiami „małżeństwa” osób tej samej płci z ostatniej chwili
Rząd Tuska wprowadza tylnymi drzwiami „małżeństwa” osób tej samej płci

„Polska ma obowiązek uznawać małżeństwa osób tej samej płci zawartego legalnie w innych krajach UE. To prawo, które musimy i chcemy stosować - wyrok TSUE jest jasny. Podpisałem dziś dokumenty, które rozpoczynają proces zmiany wzorów aktów stanu cywilnego, tak aby państwo działało sprawnie i równo wobec wszystkich obywateli” - oświadczył na platformie X Krzysztof Gawkowski.

Śmiertelny wypadek podczas prac na dachu w Lublinie Wiadomości
Śmiertelny wypadek podczas prac na dachu w Lublinie

Czwartkowy wieczór w Lublinie zakończył się tragedią. Podczas prac związanych z odśnieżaniem zadaszenia parkingu przy jednym z marketów zginął 41-letni mężczyzna. Mimo szybkiej pomocy medycznej jego życia nie udało się uratować.

Brak Polski w ćwiczeniach NATO. Gen. Polko: Wojsko musi brać udział w manewrach, a nie w akcjach odśnieżania tylko u nas
Brak Polski w ćwiczeniach NATO. Gen. Polko: "Wojsko musi brać udział w manewrach, a nie w akcjach odśnieżania"

„Żeby nie być 'papierowym tygrysem', to wojsko nie może brać udziału w akcji odśnieżania, czy w akcji sprzątania błota popowodziowego, czy wyręczać Straż Graniczną w robocie, tylko patrząc na rosyjskie zagrożenie, a jest ono ciągłe (stan wojny hybrydowej), to trzeba za każdym razem demonstrować zdolność do wspólnego działania” - powiedział portalowi Tysol.pl gen. Roman Polko.

REKLAMA

Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: Narodowy socjalizm nie był wypadkiem przy pracy

- W tym samym sensie trafne i nokautujące jest zdanie, które padło na Westerplatte z ust prezydenta Nawrockiego: „Hitler był tworem systemu; gdyby nie on, znalazłby się ktoś inny”. To zdanie jest kluczem do zrozumienia niemieckiego XX wieku - mówi w rozmowie z Cezarym Krysztopą świetnie wykształcony i biegły z zakresie zbiorowej psychologii własnego narodu, jednak proszący o zachowanie anonimowości z obawy o swoją sytuację w Niemczech, Niemiec. Ciąg dalszy nastąpi.
Anonimowy Niemiec. Ilustracja poglądowa
Anonimowy Niemiec. Ilustracja poglądowa / pixabay.com

Co musisz wiedzieć:

  • To rozmowa z anonimowym niemieckim intelektualistą, który z perspektywy wewnętrznej analizuje mechanizmy niemieckiej tożsamości politycznej i kulturowej po 1945 roku.
  • Tekst pokazuje, że różnice pomiędzy Niemcami, a polską nie mają charakteru incydentalnego, a strukturalny
  • W poprzedniej części rozmowy Anonimowy Niemiec przyznał, że kilka miesięcy temu odebrał polskie obywatelstwo.

 

Mówi Pan, że "dalsza rozmowa pomiędzy Polską a Niemcami nie powinna dotyczyć „porozumienia” w sensie emocjonalnym, lecz zarządzania trwałą różnicą interesów". Co to oznacza?

Im dłużej patrzę na relacje polsko-niemieckie w długim trwaniu, tym wyraźniej widać, że brak zbieżności interesów nie jest anomalią, lecz normą strukturalną.

 

Po pierwsze, interes geopolityczny

Niemcy są państwem rdzenia kontynentalnego, które historycznie dąży do stabilizacji poprzez dominację normatywną i gospodarczą przestrzeni środkowoeuropejskiej. Polska jest państwem granicznym, buforowym, dla którego kluczowa jest suwerenność decyzji i możliwość manewru między centrami siły. To są dwa różne wektory. Niemcy chcą przewidywalności i kontroli przestrzeni. Polska potrzebuje nieprzewidywalności jako narzędzia przetrwania. Tego nie da się pogodzić na poziomie strategicznym.

 

Po drugie, interes kulturowy i cywilizacyjny

Niemiecka kultura polityczna opiera się na prymacie procedury nad sumieniem, systemu nad osobą, prawa nad odpowiedzialnością jednostkową. Polska tradycja, niezależnie od tego, jak bardzo bywa dziś osłabiona, wyrasta z innej hierarchii: sens poprzedza prawo, a sumienie ogranicza władzę. Dla Niemiec porządek jest wartością samą w sobie. Dla Polski porządek ma sens tylko wtedy, gdy jest zakorzeniony w czymś wcześniejszym. To powoduje nieustanne tarcie, nawet wtedy, gdy język dyplomacji brzmi uprzejmie.

 

Po trzecie, interes historyczny

Dla Niemiec historia jest problemem do zarządzania i domykania. Dla Polski historia jest źródłem tożsamości i ostrzeżeniem. Niemcy dążą do jej neutralizacji poprzez prawo, instytucje i narrację europejską. Polska, nawet jeśli często nieudolnie, próbuje ją zachować jako punkt odniesienia. To powoduje, że każda próba „wspólnej narracji” kończy się asymetrią. Jedna strona chce zamknąć, druga nie może sobie na to pozwolić.

 

Po czwarte, interes systemowy Unii Europejskiej

Niemcy są beneficjentem centralizacji, bo to ich model administracyjny, prawny i gospodarczy staje się normą. Polska traci na centralizacji, bo jej interes polega na zachowaniu maksymalnej autonomii decyzyjnej. Dlatego to, co dla Niemiec jest „pogłębianiem integracji”, dla Polski staje się stopniowym ograniczaniem podmiotowości. To nie jest zła wola. To jest czysta logika systemu.

 

Po piąte, interes psychologiczny elit

Niemieckie elity myślą w kategoriach stabilności, przewidywalności i zarządzania ryzykiem. Polskie elity, szczególnie te zakorzenione w doświadczeniu historycznym, myślą w kategoriach zagrożenia, przetrwania i nieciągłości. Te dwa sposoby myślenia prowadzą do zupełnie innych decyzji, nawet przy tych samych danych wejściowych.

 

Po szóste: relacja Niemiec z Rosją

Dla Niemiec Rosja nigdy nie była zagrożeniem. W długim trwaniu była i pozostaje partnerem strategicznym, nawet jeśli chwilowo wrogiem politycznym. Dla Polski Rosja jest natomiast wrogiem egzystencjalnym, nie dlatego, że „zawsze taka była”, lecz dlatego, że historycznie jej ekspansja niemal zawsze oznaczała dla Polski utratę podmiotowości.

To napięcie nie jest nowe. Od czasów Katarzyny II widać wyraźną koherencję interesów niemiecko-rosyjskich, także na poziomie kulturowo-instytucjonalnym. Katarzyna nie była rosyjskim wyjątkiem, lecz niemiecką transplantacją w rosyjskim kostiumie. Jej władza była możliwa dlatego, że wpisywała się w niemiecki model porządku, hierarchii i podporządkowania sumienia strukturze władzy, co w rosyjskim wydaniu przyjęło formę autokratyczną. W tym sensie rosyjska wersja porządku była kompatybilna z niemieckim myśleniem o państwie, choć inna w formie.

Dla Polski oznacza to cywilizacyjne kleszcze. Z jednej strony niemiecki porządek normatywny, z drugiej rosyjski porządek siły. Dla Niemiec relacja z Rosją była przez dekady narzędziem równoważenia Zachodu i zabezpieczania interesu energetyczno-gospodarczego. Dla Polski ta sama relacja była i jest zagrożeniem strukturalnym. Tu nie ma pola na wspólną rację stanu.

 

Po siódme: Ukraina

To temat świeży, bolesny i często celowo upraszczany. Jeszcze niedawno, przy cichym przyzwoleniu aparatu bezpieczeństwa III Rzeszy, nacjonalistyczne formacje ukraińskie funkcjonowały jako narzędzie polityczne, co zakończyło się tragicznymi pogromami ludności polskiej na wschodnich rubieżach. Ten fakt historyczny nigdy nie został uczciwie przepracowany i do dziś wraca jako nierozwiązany problem pamięci.

Po 2022 roku Polska okazała Ukrainie pomoc bezprecedensową. Od oddolnej solidarności obywatelskiej, przez wsparcie socjalno-bytowe, aż po realną pomoc wojskową, w tym systemy uzbrojenia o strategicznym znaczeniu. W wielu obszarach była to pomoc największa i najszybsza w Europie. I właśnie dlatego dzisiejszy stan rzeczy jest tak wymowny.

Po trzech latach wojny Ukraina funkcjonuje jako hybryda państwowości, w której decyzje zapadają w wąskim kręgu, a procesy negocjacyjne są prowadzone ponad głowami tych, którzy ponieśli największe koszty. Polska jest upominana, omijana i wykluczana z kluczowych rozmów między Kijowem a europejskimi stolicami. To pokazuje brutalną prawdę o logice systemu. Pomoc nie buduje pozycji, jeśli nie jest zakotwiczona w twardym interesie i własnej strukturze decyzyjnej.

 

Obiektywne interesy Polski i Niemiec nie są zbieżne

W tym kontekście znaczący jest fakt, że to prezydent Stanów Zjednoczonych wciąga Polskę z powrotem na arenę międzynarodową, zapraszając ad personam prezydenta Nawrockiego i jednocześnie marginalizując znaczenie obecnej władzy w Warszawie oraz samej instytucjonalnej Europy. To nie jest gest kurtuazyjny. To sygnał, że realna polityka nadal odbywa się poza deklaracjami o jedności i wspólnych wartościach.

Te dwa ostatnie punkty domykają całość. Pokazują, że brak zbieżności interesów polsko-niemieckich nie jest kwestią emocji ani uprzedzeń. Jest konsekwencją odmiennych relacji z Rosją, odmiennego rozumienia bezpieczeństwa i odmiennego miejsca Ukrainy w strategicznej układance. Polska, Niemcy i Rosja nie funkcjonują w tej samej logice historycznej, nawet jeśli chwilowo używają podobnego języka.

Dlatego ma Pan rację. Obiektywnie interesy Niemiec i Polski nie są zbieżne. Mogą się czasem stykać, chwilowo pokrywać, ale nie są wspólne w sensie strukturalnym. I im szybciej obie strony to zaakceptują, tym mniej będzie złudzeń i rozczarowań. To nie oznacza wrogości. Oznacza realizm.

Relacje między państwami nie muszą opierać się na iluzji wspólnoty, by były stabilne. Wystarczy, że opierają się na świadomości trwałej różnicy interesów i na umiejętności ich zarządzania bez moralizowania. I właśnie dlatego ta analiza, paradoksalnie, jest łatwiejsza z niemieckiej perspektywy niż z polskiej. Bo dla Niemiec Polska jest elementem systemu. Dla Polski Niemcy są zawsze czymś więcej niż tylko sąsiadem.

 

3:1

Na koniec pozwolę sobie zamknąć to jeszcze ostrzej, bez dyplomacji i bez okrągłych słów. Jeżeli opiszemy stosunki międzysąsiedzkie językiem sportu, to wynik jest prosty: 3:1. Po jednej stronie koherencja systemowa Niemiec, Rosji i Ukrainy, po drugiej Polska. I to nie jest wynik chwilowy, tylko rezultat gry według zasad, których Polska sama sobie nie napisała.

Ten układ nie ma prawa się udać. Nie tylko na poziomie kulturowym, bo to jest już oczywiste. On nie może się udać na poziomie cywilizacyjnym. A cywilizacja to nie folklor, nie język, nie emocje. Cywilizacja to sposób uporządkowania kultury w formę prawną państwowości. To jest moment, w którym sens zostaje zamieniony w prawo, procedurę i strukturę władzy.

 

Tego meczu nie da się wygrać przez dialog

I właśnie na tym poziomie różnica jest nieprzekraczalna. Niemcy, Rosja i Ukraina – każda na swój sposób – operują systemowo, myślą kategoriami porządku, aparatu i egzekucji. Polska natomiast wchodzi w ten układ bez własnego, twardego frameworku państwowości, próbując negocjować sens tam, gdzie druga strona rozmawia wyłącznie o strukturze.

Dlatego wszelkie próby poszukiwania „wspólnego mianownika” są nie tylko naiwne, ale intelektualnie kompromitujące. Każdy polski naukowiec, polityk czy ekspert, który w tej konfiguracji opowiada o „naturalnej wspólnocie interesów”, „historycznym pojednaniu” czy „konieczności zrozumienia”, dystynguje się sam do zmiany zawodu. To nie jest odwaga intelektualna. To jest abdykacja z myślenia państwowego.

W tej konfiguracji nie ma wspólnego mianownika, bo nie ma wspólnej definicji państwa, prawa i odpowiedzialności. Szukanie go oznacza jedno z dwóch: albo niezrozumienie mechaniki cywilizacyjnej, albo świadomą zgodę na podporządkowanie. Trzeciej opcji nie ma. I dlatego cała ta rozmowa nie dotyczy sympatii, antypatii ani emocji. Dotyczy faktu, że Polska gra mecz, w którym przeciwnicy znają zasady, a ona wciąż dyskutuje, czy sędzia jest sprawiedliwy. Tego meczu nie da się wygrać przez dialog. Da się go wygrać tylko przez własny system, własne reguły i własną zdolność do narzucenia tempa.

 

Rosja nie jest dla Niemiec wrogiem cywilizacyjnym

A czym Rosja jest dla Niemiec?

Tu warto sięgnąć do aparatu pojęciowego Feliksa Konecznego, bo bez niego ta relacja pozostaje albo niezrozumiała, albo fałszywie moralizowana. Ale ten obraz trzeba uzupełnić o fakt zasadniczy, który w polskiej debacie bywa pomijany: Niemcy same odrzuciły cywilizację łacińską, przyjmując formy bizantyjskie, zachowując jedynie fragmenty świadomości łacińskiej na poziomie języka i symboli.

W ujęciu Konecznego Rosja nie jest dla Niemiec wrogiem cywilizacyjnym. Jest inną formą tej samej logiki państwowości, choć w bardziej brutalnym, wschodnim wydaniu.

Rosja funkcjonuje w hybrydzie cywilizacji turańskiej i bizantyńskiej, gdzie prymat ma państwo, prawo jest narzędziem władzy, sumienie nie stanowi realnego ograniczenia, a odpowiedzialność jednostki rozmywa się w strukturze. Niemcy natomiast, mimo formalnego zakorzenienia w świecie zachodnim, wykształciły własny wariant porządku, w którym Ordnung, procedura i system mają pierwszeństwo przed etyką osobową. Różni je forma, łączy logika.

 

Hitler nie był wypadkiem przy pracy

Ten zwrot nie wydarzył się nagle. Reformacja nie była jedynie sporem teologicznym. W sensie cywilizacyjnym była momentem emancypacji państwa spod ograniczeń łacińskiego porządku moralnego. Luter nie stworzył nowej cywilizacji. Był wypadkową niemieckiego systemu, który dążył do podporządkowania religii władzy świeckiej. Sumienie zostało sprywatyzowane, a porządek instytucjonalny uzyskał autonomię wobec etyki. To był pierwszy, zasadniczy krok ku niemieckiemu modelowi państwowości o charakterze bizantyjskim.

W tym samym sensie trafne i nokautujące jest zdanie, które padło na Westerplatte z ust prezydenta Nawrockiego: „Hitler był tworem systemu; gdyby nie on, znalazłby się ktoś inny”. To zdanie jest kluczem do zrozumienia niemieckiego XX wieku.

Hitler nie był aberracją ani „wypadkiem przy pracy”. Był produktem struktury, a nie jej zaprzeczeniem. I właśnie to zdanie niemal nie istnieje w polskiej debacie publicznej. Jego przemilczenie obnaża intelektualną słabość polskich komentatorów zajmujących się Niemcami, którzy albo nie rozumieją niemieckiej logiki państwowej, albo nie mają odwagi jej nazwać.

Koneczny pisał o tym wprost. Wskazywał, że Niemcy funkcjonują w bizantyjskiej organizacji państwowej z naleciałościami łacińskiej świadomości, co czyni ich jednocześnie skutecznymi i niebezpiecznymi dla cywilizacji łacińskiej. Rosja natomiast od początku rozwijała się poza łacińskim porządkiem, w logice bizantyjsko-turańskiej. I właśnie dlatego te dwa światy są kompatybilne.

 

Rosja jest dla Niemiec bytem cywilizacyjnie kompatybilnym

Stąd wniosek kluczowy: Rosja była i pozostaje dla Niemiec bytem cywilizacyjnie kompatybilnym. Nie partnerem moralnym, lecz partnerem strukturalnym. Rosja nie jest postrzegana jako naród w sensie łacińskim, lecz jako przestrzeń do organizowania, równoważenia interesów, handlu i układania porządku kontynentalnego. Od czasów Katarzyny II, niemieckiej księżniczki osadzonej na rosyjskim tronie, widać wyraźnie, że rosyjska władza była możliwa wtedy, gdy wpisywała się w niemiecką wizję hierarchii, podporządkowania i zarządzania masą państwową.

W tym sensie Rosja nigdy nie była dla Niemiec problemem moralnym. Była problemem technicznym. Stąd powtarzalna gotowość do dialogu, resetów, projektów energetycznych i strategicznych porozumień. Rosja jest przewidywalna, bo działa według logiki siły i porządku. Dla Niemiec to język zrozumiały. Brutalny, ale logiczny.

 

To Polska jest elementem niekompatybilnym

Na tym tle Polska jawi się jako element niekompatybilny. Polska reprezentuje cywilizację łacińską, w której sumienie ogranicza prawo, a prawo nie tworzy dobra, lecz ma je rozpoznawać. Państwo nie jest absolutem, a osoba nie jest funkcją systemu. Historycznie Polska blokowała niemiecko-rosyjską oś kontynentalną właśnie dlatego, że wprowadzała kategorię dobra i zła tam, gdzie oba te systemy chciały jedynie porządku i zarządzania.

Ten sposób myślenia znajdziemy także w niemieckich źródłach naukowych i historycznych, choć często zapisanych innym językiem. Friedrich Naumann w „Mitteleuropie” opisywał środkowoeuropejski porządek jako hierarchiczny system zarządzania, nie jako wspólnotę równych narodów. Karl Haushofer i niemiecka geopolityka rozwijały wizję osi kontynentalnej Berlin–Moskwa jako naturalnej przeciwwagi dla świata atlantyckiego. Po 1945 roku zmienił się język, nie mechanizm. Zamiast „Mitteleuropy” pojawiła się „integracja”. Zamiast stref wpływów jest normatywna centralizacja. Logika pozostała ta sama.

Dlatego dla Niemiec Rosja jest partnerem trudnym, ale zrozumiałym. Dla Polski Rosja jest wrogiem egzystencjalnym. To rozchodzenie się perspektyw nie wynika z emocji ani z bieżącej polityki, lecz z różnicy cywilizacyjnej. Niemcy i Rosja mogą się układać, bo mówią tym samym językiem państwowości. Polska tym językiem nie mówi i nigdy w pełni nie mówiła.

Stąd też ciągły powrót Niemiec do Rosji, nawet po traumach i kryzysach. W sensie koneczniańskim Rosja jest cywilizacyjnie przewidywalna. Polska jest „niebezpieczna”, bo wprowadza sumienie jako kategorię polityczną. Nie dlatego, że jest agresywna, lecz dlatego, że nie daje się łatwo wpisać w czysto systemowy porządek. I to jest kluczowa konkluzja tego wywodu. Wspólnota interesów polsko-niemieckich wobec Rosji jest niemożliwa nie z powodów politycznych, lecz cywilizacyjnych. Koneczny to widział, a historia to potwierdza. A brak tej refleksji w polskiej debacie jest nie problemem komunikacyjnym, lecz poważnym deficytem intelektualnym.

 

Po ósme: "Pax Europaea" jako porządek bez cywilizacji

Dziękuję. Niektórzy twierdzą, że odpowiedzią na wewnętrzne sprzeczności w Europie jest Unia Europejska

Tu warto by dodać jeszcze jedną refleksję – jako uzupełnienie naszego cyklu o mechanizmach presji na Polskę i kształtowaniu jej miejsca w świecie bez jej udziału. Ósmy punkt: „Pax Europaea” jako porządek bez cywilizacji

Coraz wyraźniej widać, że projekt „Pax Europaea”, który jeszcze kilka lat temu był traktowany jako obietnica pokoju i rozwoju, nie posiada fundamentu cywilizacyjnego, a tym bardziej kulturowego. Mamy do czynienia nie z pokojem, lecz z narzuconym systemem interesów, zaprojektowanym przez Niemcy i dla Niemiec. To technokratyczna wersja dawnego „Drang nach Osten” – tyle że w garniturze komisarza, nie w mundurze Wehrmachtu. Mechanizm jest prosty: podporządkowanie Europy Środkowo-Wschodniej pod wspólną politykę energetyczną, migracyjną, klimatyczną, prawną, a wszystko to bez wspólnej historii, wspólnej tożsamości i wspólnego kodu etycznego.

Polska nie pasuje do tej układanki, bo Polska nie jest ani cywilizacyjnie postbizantyńska, ani emocjonalnie skolonizowana. I właśnie dlatego musi zostać zneutralizowana medialnie, narracyjnie, ideologicznie.

W tym kontekście uderzająca jest dzisiejsza aktywność setek, jeśli nie tysięcy, kont oznaczonych flagą UE. Rozdmuchują one narracje o „wspólnych wartościach opartych o humanizm”, „europejskim stylu życia”, „solidarności”, „równości” i „pluralizmie”. Problem polega na tym, że żadne z tych pojęć nie jest ani zdefiniowane, ani zakorzenione historycznie, są po prostu emocjonalnym kodem lojalności wobec abstrakcyjnej konstrukcji, która nie ma źródła poza sobą samą. To ideologiczny mesmeryzm, którego celem jest zmiękczyć i wytresować społeczeństwo do myślenia w kategoriach użyteczności unijnej, nie narodowej. A Polska, która nie zbudowała własnego systemu odniesienia, reaguje na ten przekaz jak na impuls ze szkoły Pawłowa.

Co więcej, Berlin gra na lukę w Pax Americana. USA, zajęte własnym konfliktem kulturowym i Pacyfikiem, pozwalają Niemcom grać na dwóch fortepianach: wobec Amerykanów - jako lojalny wasal. Wobec Europy - jako nieformalny hegemon. Efektem jest protektorat Brukseli, zrealizowany bez jednego wystrzału, ale z całą precyzją historycznego „Mitteleuropy”.

 

Niemiecki "pluralizm"

Wie Pan, że przez wiele lat w Polsce niemieckie media były wzorem? Dziś kiedy Polacy widzą co niemieckie media piszą o Polsce, łapią się za głowy. To niemieckie media się zmieniły, czy Polacy wcześniej byli ślepi?

Trzeba postawić sprawę jasno. Przekonanie że niemieckie media były dla Polaków wzorem to albo akt naiwności albo wynik pedagogiki medialnej salonu III RP, która z pluralizmu uczyniła fetysz, a z niemieckich redakcji bastion racjonalności. Ale pluralizm w wydaniu niemieckim to nie jest pluralizm w rozumieniu łacińskim. To systemowy porządek wymiany poglądów w obrębie dopuszczalnych ram. Granice tych ram są wyznaczone nie przez prawdę, lecz przez konsensus elit który nie znosi myślenia spoza układu. Dlatego niemieckie media były wzorem tylko dla tych, którzy już wcześniej zaakceptowali granice wyobraźni politycznej narzucone przez system (michnikowszczyzna).

W praktyce medialnej Niemiec nie ma czegoś takiego, jak autentyczny pluralizm w sensie łacińskim. Jest tolerowany rozdźwięk ale ściśle kontrolowany pomiędzy CDU a SPD ewentualnie Zielonymi. Ale nie ma miejsca na głęboko zakorzenioną alternatywę myślenia cywilizacyjnego. Gdyby w Niemczech pojawił się katolicki konserwatywny propolski dziennik o zasięgu „Der Spiegel”, to jego redaktor naczelny miałby kilka dni pracy, a siedziba redakcji kilka tygodni życia zanim zostałaby zaszczuta zbojkotowana i zamknięta.

 

Pryska polska iluzja niemieckiego "profesjonalizmu medialnego"

Zdumienie Polaków wynika więc nie z tego że niemieckie media się zmieniły tylko z tego że dotąd nie dostrzegali ich konstruktu. Zostali wychowani na micie niemieckiego profesjonalizmu medialnego, który był tylko eleganckim opakowaniem dla hegemonicznej narracji. Teraz gdy Niemcy w obliczu utraty miękkiej kontroli nad Europą Środkową, sięgają po twarde środki nacisku i narracyjnej przemocy wobec Polski iluzja pryska.

I tu wracamy do wspomnianej już w naszych esejach niespójności cywilizacyjnej. Niemcy i Polska nie patrzą na świat przez ten sam kod cywilizacyjny. Dla Niemców media są narzędziem porządku systemowego. Dla Polaków -  przynajmniej historycznie -  były przestrzenią wolności myślenia i sumienia. Te dwie funkcje są niekompatybilne. Dlatego też zderzenie tych światów medialnych nie mogło zakończyć się inaczej, niż rozczarowaniem.

 

Niemiecki pluralizm pozorny

Niemcy, uważające się za wzorzec europejskiej demokracji liberalnej, praktycznie nie mają pluralizmu medialnego?

To bardzo trafne pytanie i odpowiedź na nie wymaga zanurzenia się głębiej niż tylko w medialny krajobraz. Niemcy, owszem, przedstawiają się jako wzór europejskiej demokracji liberalnej. Ale jest to demokracja specyficzna, nazwijmy ją demokracją proceduralną z bizantyjskim kręgosłupem. Z zewnątrz wygląda na dojrzałą i stabilną, lecz od wewnątrz funkcjonuje według ścisłego, hierarchicznego i silnie zinstytucjonalizowanego porządku, który nie znosi chaosu, a pluralizm traktuje nie jako wartość, lecz jako potencjalne źródło destabilizacji systemu.

Tu pasuje to stare, gorzkie powiedzenie: Niemcy nie lubią Amerykanów za dwie rzeczy, za obie przegrane wojny i za demokrację, którą im wcisnęli. Przyjęli ją, ale nigdy w pełni nie zasymilowali. Porządek, Ordnung, jest kluczem. Porządek wyklucza konflikt. Konflikt jest podejrzany, bo rozsadza strukturę. Pluralizm jest dopuszczalny, o ile nie kwestionuje ramy systemu. To pozorny pluralizm, symulowany przez różnorodność szyldów, lecz nie przez realny spór. Od Süddeutsche Zeitung, przez Die Zeit, aż po Der Spiegel, medialna linia frontu jest wspólna. Ideologicznie zestrojona, konformistyczna, antyheretycka. Alternatywa, nawet gdy się pojawia, to często kontrolowana opozycja.

 

Niemiecki konformizm

Wszystko to działa nie przez cenzurę, lecz przez konformizm jako regułę przetrwania w systemie. Konformizm elit medialnych, instytucjonalnych i akademickich. Nie oparty na przymusie, ale na tresurze systemowej. W tym porządku nie trzeba nikogo uciszać. Wystarczy, że każdy wie, gdzie są granice rozsądku i europejskości. To nie są granice prawa. To są granice uznania. Kto je przekroczy, zostaje wykluczony z rytuału legitymizacji. Jako populista, ksenofob, antyeuropejski, zagrożenie dla demokracji. To wystarczy, by go unieważnić.

I właśnie ten konformizm jest najgroźniejszy, bo sam się maskuje jako dojrzałość, umiarkowanie i rozsądek instytucjonalny. W rzeczywistości to autocenzura klasy panującej, ubrana w kostium wspólnoty wartości. Dlatego medialna linia w Niemczech może być niemal identyczna w kilkunastu tytułach bez żadnej formalnej dyrektywy. Wystarczy nieformalny mechanizm wykluczenia. Wystarczy instynkt samozachowawczy. I system działa.

To nie jest przestrzeń wolnej debaty. To technokratyczna oligarchia z demokratycznymi wyborami, w której wszystkie drogi prowadzą do konsensusu konstytucyjnego. Ten konsensus, interpretowany przez Verfassungsgericht, instytuty badawcze i elity medialno-polityczne, działa jak firewall przeciw każdej wizji, która nie pasuje do porządku.

 

Maszyna dyskursywna

W efekcie niemieckie media nie są wolne w sensie pluralistycznym, lecz w sensie proceduralnym. Mają prawo pisać wszystko, o ile to mieści się w ustalonych granicach. Kto te granice przekroczy, staje się ekstremistą, populistą albo zagrożeniem dla demokracji. Taki los spotkał Trumpa. Taki los spotkał AfD. Taki los spotkał również Lecha Kaczyńskiego. Zanim zginął, był regularnie przedstawiany jako kłopotliwy, nacjonalistyczny, nieeuropejski. Dopiero jego śmierć zawstydziła media na chwilę. Ale tylko na chwilę.

Ten model działa jak maszyna dyskursywna, nie jak przestrzeń wolności. W tym sensie niemiecka demokracja liberalna nie jest tożsama z demokracją łacińską. Jej korzenie sięgają raczej cywilizacji bizantyjskiej. To system, w którym porządek jest ważniejszy niż prawda, stabilność ważniejsza niż sumienie, forma ważniejsza niż intencja.

Rozdźwięk cywilizacyjny

I to tłumaczy zdziwienie Polaków, którzy dopiero w ostatnich latach zobaczyli, co niemieckie media naprawdę piszą o Polsce, i łapią się za głowy. Ale nie dlatego, że media się zmieniły. Tylko dlatego, że wcześniej patrzyli przez fałszywe okulary. Bo nie zrozumieli, że ten system nie zakłada pluralizmu, tylko hegemoniczny przekaz normatywny, oparty na hierarchii, instytucji i europejskich wartościach interpretowanych przez metropolię.

To rozdźwięk cywilizacyjny, a nie tylko polityczny. A jak pokazuje historia, tego rozdźwięku nie da się dogadać. Trzeba go zrozumieć i uwzględnić w projektowaniu własnego systemu. Systemu odpornego na kolonizację dyskursu. I właśnie dlatego Polska potrzebuje własnych mediów, własnego języka i własnych pojęć. Nie po to, żeby się odizolować, ale żeby nie żyć cudzą narracją o nas samych. To nie jest kwestia wizerunku. To jest kwestia przetrwania.

 

Mechanizm środowiskowej samoregulacji

Czy dobrze rozumiem, że niemieckie media są w jakiś sposób zależne od niemieckiej władzy?

Nie, niemieckie media nie są raczej sterowane przez władzę wprost. Nie ma telefonów z Berlina do redakcji. Ale to nie znaczy, że są niezależne w sensie, w jakim wielu Polaków rozumie niezależność. Tu działa coś subtelniejszego – mechanizm środowiskowej symbiozy i samoregulacji. Polityka, media, eksperci, uczelnie i fundacje tworzą wspólny ekosystem, w którym wszystko musi grać według jednej melodii.

Nie ma rozkazów, ale są granice. Granice „rozsądku”. Granice „europejskości”. Granice „odpowiedzialności dziennikarskiej”. Nikt nie musi mówić dziennikarzowi, co ma napisać – on sam to czuje. Bo wie, gdzie kończy się akceptowalna narracja, a zaczyna „populizm” albo „zagrożenie dla demokracji”. I wie, co się stanie, gdy ją przekroczy: nie zostanie zamknięty, tylko wykluczony z obiegu. Nie będzie cytowany, nie zaproszą go do panelu, nie otworzą mu drzwi w mediach głównego nurtu.

To nie cenzura. To konformizm jako strategia przetrwania w socjalistycznych warunkach brzegowych. System sam wychowuje swoich uczestników, nie potrzebuje batów ani instrukcji. Kto pasuje, ten płynie. Kto nie, wypada z gry. Tak działa nowoczesna forma kontroli przekazu.

 

Mit samozwańczego moralnego cenzora Europy

Dlatego główne niemieckie media mogą wyglądać na pluralistyczne, a w rzeczywistości mówią jednym głosem. Bo nie chodzi o różnicę zdań. Chodzi o różnicę w ramach, których nie wolno przekroczyć.

Całość, moim zdaniem, okraszona jest powojennym mitem Niemiec jako samozwańczego moralnego cenzora Europy, ofiary własnego nazizmu, która przeszła katharsis i teraz ma nie tylko prawo, ale i obowiązek uczyć innych europejskiej dojrzałości. Ten auto-mit kreuje Niemcy w roli arbitra elegancji demokratycznej i wrażliwości humanistycznej, mimo że w praktyce ten model bardziej przypomina sterowaną technokrację z cenzusem lojalności niż przestrzeń wolnej debaty.

I właśnie dlatego ten kostium moralnej wyższości jest tak groteskowo kontrastowy wobec nieprzerwanej ciągłości niemieckich zapędów do organizowania kontynentu, od XIX wieku, przez Mitteleuropę, aż po dzisiejszą grę o hegemonię w ramach Unii. Tyle że dziś nie czołgiem, a regulacją. Nie sztabem, a think tankiem. Nie siłą, a wzniosłym tonem.

 

Cenzura w Niemczech

Niedawno publikowaliśmy artykuł na temat niemieckiego raportu, w którym wykryto rozległą sieć cenzury, począwszy od instytucji państwa niemieckiego, poprzez NGO-sy, a skończywszy na największych mediach. To może jednak cenzura?

Wychodzi na to, że tak, tylko nowoczesna. Nie brutalna. Nie siermiężna. To nie jest zakaz druku, przeszukanie redakcji czy zamykanie stacji. To nie są czasy maszyn do pisania ukrywanych w piwnicach. Dziś cenzura nie nosi munduru. Dziś cenzura ma grant, afiliację akademicką i certyfikat z logo „Europejskiej Sieci Przeciw Dezinformacji”.

To nie fikcja. To po prostu polityka XXI wieku. Silne państwa nie potrzebują już siły. Mają sieci. NGO, fundacje, programy, stypendia, instytuty, inicjatywy cyfrowe. To przez nie przenoszą wpływ, kształtują debatę i filtrują dopływ treści do opinii publicznej. Nie chodzi o to, żeby zabronić mówić. Chodzi o to, żeby to, co się mówi, zostało sklasyfikowane. Jako wiarygodne albo szkodliwe. Jako odpowiedzialne albo populistyczne. A później wystarczy, że algorytmy zrobią swoje. Nie trzeba zakazywać. Wystarczy zdegradować.

System selekcji treści

Ten raport, na który Pan się powołuje, pokazuje to z chirurgiczną precyzją. Setki organizacji - od fundacji i uczelni po NGO i think tanki - tworzą gęstą sieć współpracy zbudowaną na miękkiej lojalności. To nie spisek. To nowy standard zarządzania przekazem. Mechanizm, który współdziała z platformami cyfrowymi i państwowymi instytucjami w filtrowaniu informacji. Oficjalnie chodzi o walkę z mową nienawiści i dezinformacją. W praktyce działa to jak system selekcji treści według zgodności z przyjętym z góry światopoglądem. I co najważniejsze - bez przejrzystości, bez prawa do obrony, bez jawnej odpowiedzialności.

To nie jest cenzura państwowa w klasycznym sensie. To ekosystem wpływu, w którym wszyscy wiedzą, co wolno, a czego nie wypada. Im bardziej miękki nacisk, tym silniejsze rezultaty. Bo nikt nie protestuje. Nikt nie piszczy. Bo wszystko odbywa się dla dobra demokracji. Jeśli mamy to zrozumieć, musimy przestać patrzeć na media przez kategorię wolności słowa. Wolność słowa to za mało. Trzeba patrzeć przez kategorię wpływu. Przez pytanie: kto kogo wychowuje, kto kogo promuje, kto kogo cytuje, kto komu płaci.

 

Logika nadrzędnego Ordnungu

Czy można powiedzieć, że Niemcy budują swego rodzaju państwo totalitarne nowego typu?

Czy Niemcy budują państwo totalitarne nowego typu, wymaga doprecyzowania, bo samo pojęcie „budowania” może wprowadzać w błąd. Nie mamy tu do czynienia z jawnym planem czy świadomą, brutalną konstrukcją systemu represji. To nie jest państwo totalitarne w klasycznym sensie, z przemocą i przymusem jako narzędziami. To coś znacznie bardziej subtelnego, opartego nie na przemocy, ale na zgodzie. Zgoda zaś rodzi się z przyzwyczajenia, zgoda rodzi się z logiki instytucji, zgoda rodzi się wtedy, gdy nikt nie pyta o sens, bo pytanie to samo w sobie staje się podejrzane.

Nie chodzi więc o brutalny aparat represji, ale o coś głębszego, ograniczenie ducha. Zawężenie ram wolności, które sprawia, że system wydaje się naturalny, oczywisty, bezalternatywny. To nie tresura, to efekt selekcji kulturowej. Ostatecznie nikt nie narzeka, bo wszystko jest zgodne z procedurami, a kiedy wszystko jest zgodne z procedurami, przestajemy pytać o sens.

Trudno mówić, że coś jest budowane, bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że coś jest wynikiem długiego procesu cywilizacyjnego. Pierwszy klocek domina w tej układance przewrócił jeszcze spór o inwestyturę między papiestwem a cesarstwem. To właśnie wtedy zaczęło się stopniowe odchodzenie od logiki sumienia jako źródła prawa, a pojawiła się logika nadrzędnego Ordnungu, porządku rozumianego proceduralnie. Z czasem system ten stawał się coraz bardziej wyabstrahowany od osoby, coraz bardziej zinstytucjonalizowany, aż doszło do efektu, który dziś można nazwać nowoczesną formą porządku bez sensu.

 

Plasterki niemieckiej wolności odcinane są dobrowolnie

To nie totalitaryzm jako akt polityczny, to efekt salami, codziennie odcinany plasterek, którego już nie zauważamy, aż któregoś dnia budzimy się przy pustym talerzu. Każdy krok był racjonalny, każdy przepis miał uzasadnienie, każda zmiana była logiczna. I tylko całość niepokoi, bo nikt już nie pamięta, gdzie był początek. Najciekawsze jednak jest to, że te plasterki są odcinane dobrowolnie. To nie dzieje się wbrew obywatelowi, to się dzieje za jego aprobatą, w imię bezpieczeństwa, komfortu, wygody. No przecież ograniczamy ci wolność dla twojego dobra. Walczymy z mową nienawiści, chociaż jest niedefiniowalna w ramach definicji wolności poza systemem prawa. Reszta to już ideologia. Wiemy lepiej, co dla ciebie dobre. Zaszczep się. Chcesz demonstrować, zgłoś, poproś o pozwolenie, poczekaj na zgodę. I zaakceptuj, że w razie czego wolność ustąpi przed dobrem wspólnym.

W tym procesie przesuwa się granica, zawsze w jednym kierunku, w stronę asymptotycznego ograniczenia wolności jednostki na rzecz prawa ogółu, które nie ma już zakotwiczenia w realnej reprezentacji podmiotów. Kto reprezentuje to dobro wspólne, kto za nie odpowiada, kto bierze odpowiedzialność za definicję tego, co dla ciebie lepsze? Nie wiadomo. To nie jest reprezentacja w klasycznym sensie, to jest konsensus bez twarzy, a przez to bez odpowiedzialności.

 

Nowy rodzaj hegemonii

Nie mamy tu do czynienia z barbarzyńską cywilizacją. Przeciwnie, mówimy o państwie, które jest niezwykle sprawne poznawczo, z potężnym dziedzictwem naukowym, instytucjonalnym, cywilizacyjnym. Problem nie leży w braku inteligencji. Problem leży w zawężeniu duszy, w momencie, gdy geniusz zostaje zamknięty w systemie, który nie toleruje pytania dlaczego, w systemie, który nie jest brutalny, ale w którym każda emocja i każda idea musi przejść przez filtr technokratycznej zgodności z modelem. W takim systemie duch nie umiera przez strzał, tylko przez usprawiedliwienie.

I dlatego, moim zdaniem, nie mówimy tu o państwie totalitarnym w sensie klasycznym. Mówimy o nowym modelu hegemonii, cichej, miękkiej, proceduralnej, takiej, która nie potrzebuje pałki, bo ma konsensus, nie potrzebuje zakazu, bo ma klasyfikację, nie potrzebuje cenzora, bo ma instytucję. A na końcu zostaje tylko pytanie, nie czy ktoś coś planował, ale dlaczego nikt nie zapytał, dokąd nas to prowadzi.

 

Dlaczego to ważne:

  • Tekst pokazuje mechanizmy, które realnie wpływają na relacje polsko-niemieckie, a nie tylko na medialne narracje – pozwala zrozumieć, skąd biorą się napięcia i asymetria w traktowaniu Polski.
  • Ujawnia, jak prawo i procedura mogą zastępować odpowiedzialność moralną, co ma konsekwencje dla decyzji podejmowanych w UE i strukturach ponadnarodowych.
  • Dla polskiego czytelnika to narzędzie rozpoznania zagrożeń cywilizacyjnych i politycznych, zanim zostaną one narzucone w formie „neutralnych” regulacji i norm.

 

Poprzednie części:

Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: to czego inni szukają, Polacy mają w swoim DNA

Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: kilka miesięcy temu odebrałem polskie obywatelstwo



 

Polecane