Tȟašúŋke Witkó: Nasza chata z kraja
Co musisz wiedzieć:
- Grenlandia należy do Królestwa Danii, ale ma szeroką autonomię i prawo do niepodległości w drodze referendum.
- Wyspa ma kluczowe znaczenie strategiczne dla USA i NATO, m.in. ze względu na położenie i bazę Pituffik
- Donald Trump odbył spotkanie z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte w sprawie Grenlandii i ocenił, że było "bardzo owocne".
- "The New York Times" twierdzi, że przygotowywana przez USA umowa ws. Grenlandii może przewidywać objęcie przez Stany Zjednoczone suwerennością niewielkich fragmentów terytorium wyspy.
Generalnie, obydwa orzeczenia zdają się trafnie diagnozować obecną sytuację między Bugiem a Lizboną, czego najjaskrawszym przykładem jest wysłanie plutonu wojska, mającego powstrzymać amerykańską „inwazję” na Grenlandię. No, może plutonu z „ogonkiem”, ale to jedynie zwiększa skalę kompromitacji i upadku polityki prowadzonej przez nieudaczną bandę ideologów, zwaną – chyba jedynie z przyzwyczajenia – przywódcami europejskimi. Otwartą pozostaje wyłącznie kwestia sposobu ostatecznej plajty obecnego kształtu Unii Europejskiej pod przywództwem Berlina via Bruksela, bowiem trudno prorokować, czy ten chory twór da się jeszcze wyleczyć, choćby poprzez transplantację jego mózgu, czyli Komisji Europejskiej, czy jednak musi on skończyć w kostnicy dziejów, a dopiero na jego miejscu winno powstać coś nowego, koniecznie lepszego? Sądzę, że dziś nikt nie jest w stanie dać jednoznacznej odpowiedzi na powyższe pytania. Najgorsza jest świadomość, że my wszyscy pędzimy na ścianę z pierwszą prędkością kosmiczną i zapewniam moich Czytelników, iż na końcu tej drogi nie czeka pan Sławosz z pierogami.
„Dyplomacja pustych gestów”
Jak słaby intelektualnie musi być Friedrich Merz, skoro sądził, że teatralny gest wysłania przez Niemcy kilkunastu gemajnów na Grenlandię przyprowadzi bufonowatego i apodyktycznego Donalda Trumpa do stołu obrad? Przecież – po uskrzydlającym Biały Dom sukcesie w Caracas – wiadomym stało się, że Waszyngton będzie chciał kontynuować dobrą passę i z impetem ruszy na kierunek północny. „Blitzkrieg” ze stycznia 2026 roku ukazuje niczym w soczewce obecne możliwości Teutonów; najprawdopodobniej, zaraz po wylądowaniu wojaków w Nuuk, z Gabinetu Owalnego wykonano do Berlina jeden telefon, w którym ostrzeżono kanclerza, że nie wyeksportuje za Atlantyk nawet jednej zardzewiałej felgi do Passata, jeśli nie zawróci do kraju swych komilitonów. Merz, przerażony wizją osobistej konfrontacji z rodzimymi potentatami przemysłu motoryzacyjnego, natychmiast zatrąbił odwrót, co – mimo upokorzenia – było najrozsądniejszą rzeczą, jaką mógł uczynić, by uniknąć osobistego Armagedonu. Prywatnie podejrzewam, że Waszyngton jest obecnie w stanie wymienić każdego nieprzychylnego jego polityce europejskiego władykę, a deliberować można jedynie nad czasem, w jakim potrafi tego dokonać. Nie oznacza to absolutnie, że postępowanie Amerykanów jest praworządne i zgodne z normami pokojowego współżycia państw. Wręcz przeciwnie – można śmiało nazwać je polityką brutalnej siły i narzucania swojej woli, bez oglądania się na przyjęte w dyplomacji obyczaje. Jednak, aż do mementu, w którym klapsy na opamiętanie otrzymuje nasz największy wróg, powinniśmy rzecz całą zbyć milczeniem. Tak, mają Państwo rację, to esencja postawy Kalego, ale czemu jej nie przyjąć, skoro jest ona dla nas dobra?
„Nasza chata z kraja”
Dziękować Bogu, że Donald Tusk – polityk niewątpliwie szczwany, podejmujący decyzje głównie na podstawie sondaży poparcia – zdaje sobie sprawę, że Polacy są najbardziej proamerykańskim narodem w Europie, więc nie zdecydował się na dołączenie do owej grenlandzkiej krucjaty. A być może wielcy gracze, czyli Merz i Macron, zwyczajnie o nim zapomnieli i nie nakazali mu wysłania polskich żołnierzy na Wyspę Inuitów. W każdym razie, umęczona, wciąż targana wewnętrznymi sporami Warszawa nie znalazła się na celowniku nieobliczalnego 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych, a to zawsze jakaś wartość dodana. Żyjemy między rosyjskim młotem i niemieckim kowadłem, dlatego kolejny wróg nie jest nam do niczego potrzebny. W ogólnoświatowej rozgrywce grenlandzkiej zostaliśmy całkowicie zmarginalizowani, co wyjdzie nam tylko na dobre. Dlaczego? Dlatego, że nad Polskę wlatują kolejne balony z białoruską kontrabandą, testując nasze reakcje i sposoby działania w takich wypadkach, więc mamy wystarczające powody, by zająć się własnym bezpieczeństwem i nie próbować szukać guza gdzieś daleko. Powiedzenie „nasza chata z kraja” winno być motywem przewodnim poczynań rządu w najbliższym czasie, żebyśmy nie napytali sobie jakiejś biedy. Paradoksalnie, fakt nieliczenia się przez Berlin z Tuskiem i jego gabinetem podniósł naszą pozycję nad Potomakiem. To może w przyszłości okazać się bezcenne, gdyż Waszyngton najprawdopodobniej odrzuci propozycję Niemiec, by to one stały się jedynym partnerem do amerykańskich kontaktów z Europą, co nie sprowadzi Polaków do roli ludu Mbunda.
Howgh!
Tȟašúŋke Witkó, 23 stycznia 2026 r.
Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Miłośnik kawy w dużym kubku ceramicznym – takiej czarnej, parzonej, słodzonej i ze śmietanką. Samotnik, cynik, szyderca i czytacz politycznych informacji. Dawniej nerwus, a obecnie już nie nerwus.




