Andrzej Gajcy ujawnia: Morawiecki buduje własne zaplecze, ale nie dąży do rozłamu
Co musisz wiedzieć:
- Z informacji autora wynika, że Mateusz Morawiecki nie przygotowuje rozłamu w Prawie i Sprawiedliwość, lecz buduje wewnętrzne zaplecze, które ma mu umożliwić przejęcie przywództwa po Jarosławie Kaczyńskim.
- Konflikt frakcyjny w PiS i spadki sondażowe wzmacniają jego zdaniem napięcia między obozem Morawieckiego a politykami związanymi m.in. z Patrykiem Jakim i Jackiem Sasinem.
- Według autora strategia Morawieckiego polega na długofalowej grze o przesuwanie PiS bardziej ku centrum, aby odzyskać zdolność koalicyjną przed wyborami w 2027 roku.
Kryzys, który odsłania pęknięcia
Ktoś mógłby złośliwie rzec: jak nie idzie, to nie idzie. Ostatnie tygodnie to dla Prawa i Sprawiedliwości jeden z najtrudniejszych okresów od lat. Sondaże, w których partia niebezpiecznie zbliża się do dwudziestoprocentowego progu, oddając pole rosnącej w siłę Konfederacji oraz Koronie Polskiej Grzegorza Brauna, budzą na Nowogrodzkiej zrozumiały niepokój. Na domiar złego ugrupowanie zmaga się z wewnętrznym paraliżem – konfliktem frakcji Mateusza Morawieckiego z politykami skupionymi wokół Tobiasza Bocheńskiego, Jacka Sasina czy Patryka Jakiego, którego nie widać końca. Mimo oficjalnych zapewnień o jedności i prób zdyscyplinowania przez samego Jarosława Kaczyńskiego partyjnych fighterów ten pożar wciąż się tli, wybuchając z nową siłą przy każdej nadarzającej się okazji.
Niczym dolaniem benzyny do ognia stały się niedawne doniesienia medialne sugerujące, że były szef rządu przygotowuje się do opuszczenia PiS. Organizowane przez niego spotkania w terenie interpretowano nie jako wsparcie dla partii, lecz jako budowanie struktur pod nową formację i zbieranie deklaracji lojalności od lokalnych działaczy, by za kilka miesięcy, kiedy ruszą przymiarki do budowania wyborczych list Prawa i Sprawiedliwości, mieć w ręce mocne karty w postaci zdolności do pójścia swoją polityczną drogą. I choć Morawiecki kategorycznie zaprzeczył tym publikacjom, stawiając sprawę jasno, że nie ma żadnych planów na opuszczenie Prawa i Sprawiedliwości, to wewnątrz ugrupowania i tak zdążyły paść oskarżenia o „grę na podział” i polityczny szantaż. Zapewne kolejka do ucha prezesa Kaczyńskiego gwałtownie się w tych dniach wydłużyła. Jak zwykle przy tego typu awanturach każdy chciał być tym pierwszym, który „otworzy Jarkowi oczy” na rzekomą zdradę Morawieckiego i plany na poważne zaszkodzenie całemu ugrupowaniu.
Wystarczy jedna publikacja
Analizując jednak na chłodno te wydarzenia, trudno nie odnieść wrażenia, że wystarczy jedna głośna publikacja, by w PiS ponownie ruszyła lawina wzajemnych pretensji, odsłaniająca głębokie pokłady niechęci, które żywią do siebie poszczególni politycy tego obozu. Zapominający po raz kolejny o tym, kto dziś jest u władzy i z kim największa partia opozycyjna powinna przede wszystkim dziś walczyć, by powrócić do ław rządowych.
- Wyłączenia prądu w Wielkopolsce. Ważny komunikat dla mieszkańców
- Komunikat dla mieszkańców woj. lubelskiego
- Komunikat dla mieszkańców woj. śląskiego
- Wyłączenia prądu. Ważny komunikat dla mieszkańców Dolnego Śląska
- Kryształ czasu naprawdę istnieje. Naukowcy po raz pierwszy mogli go zobaczyć
- Ekspert: "Konsultacje" ws. KRS to w istocie wybory, które łamią prawo
- Andrzej Gwiazda: Padały zarzuty, że PiS jest za miękki. Czarnek będzie twardy
- Prof. Przemysław Czarnek zdradza receptę i strategię na pokonanie Donalda Tuska i KO
Korporacyjny plan zamiast emocji
Nikt jednak nie zadał sobie trudu, by postawić kluczowe pytanie: czy całą tą sytuacją ktoś nie zarządza z iście korporacyjną precyzją? Patrząc wstecz, widać wyraźnie, że żaden rozłam w partii Jarosława Kaczyńskiego nie skończył się dla secesjonistów dobrze. Przekonali się o tym przed laty choćby twórcy istniejącej krótko formacji Polska Jest Najważniejsza, której ówcześni liderzy, jak np. Joanna Kluzik-Rostkowska, Paweł Kowal czy Paweł Poncyljusz, wylądowali ostatecznie na listach Platformy.
Zrozumieli to doskonale liderzy Suwerennej Polski. Zbigniew Ziobro i Patryk Jaki formalnie wrócili na łono Nowogrodzkiej jako wiceprezesi PiS. To „ziobryści” – zdaniem części polityków PiS – próbują dziś przejąć ją metodą „suwpolizacji” – radykalnego skrętu w prawo w pogoni za elektoratem, który zamiast patrzeć na Prawo i Sprawiedliwość, poszedł do Konfederacji czy Korony Polskiej Grzegorza Brauna.
Ku sukcesji
Morawiecki gra jednak inaczej. Jego celem – wbrew medialnym spinom – nie jest własna partia-kanapa, lecz zastąpienie Jarosława Kaczyńskiego na fotelu prezesa z jego pełną aprobatą i z jego pełnym namaszczeniem. To gra wieloetapowa o pełną sukcesję, a nie o marginalny byt na obrzeżach prawicy.
Chce kierować PiS-em równie silną ręką, ale w innym stylu. Zdaje sobie sprawę, że aby Prawo i Sprawiedliwość wróciło do władzy, a on na fotel premiera – z czego absolutnie dzisiaj nie zrezygnował – partia musi odzyskać zdolność koalicyjną, którą utraciła w 2023 roku. Morawiecki doskonale pamięta, że to właśnie brak otwarcia na centrum i zbyt radykalny kurs przesądziły o porażce, przed czym zresztą bezskutecznie ostrzegał prezesa na miesiące przed wyborami. Dziś te argumenty powracają w jego rozmowach z Kaczyńskim jako przestroga przed rokiem 2027.
Budowa „polisy ubezpieczeniowej”
Były premier, jak chyba nikt bardziej w PiS, wyciągnął lekcję z przejścia do opozycji. Zrozumiał, że aby przetrwać w partii, która długo traktowała go jako ciało obce, nazywając złośliwe „technokratą” czy „banksterem od Tuska”, musi zbudować własne zaplecze. To mu się udało – dysponuje dziś frakcją, która stała się jego polisą ubezpieczeniową. Zmienił się też on sam. Dawna powściągliwość technokraty ustąpiła miejsca politycznej asertywności. Słowa o „końcu skakania po pagonach” i zapowiedź, że na każdy atak odpowie „fangą”, to jasny sygnał: Morawiecki nie jest już tylko „gościem” w PiS i „premierem do bicia”.
Wielu w partii Kaczyńskiego dzisiaj przyznaje z niedowierzaniem i cedząc słowa przez zęby, że Morawiecki stał się w zasadzie nie do ruszenia. Choć w tej skomplikowanej układance pozycja byłego premiera wydaje się stabilna, to jednak znacznie mniej bezpieczni są jego współpracownicy. Ludzie ci, pogardliwie nazywani przez partyjną starą gwardię „harcerzami”, regularnie trafiają na celownik jako najwygodniejszy element nacisku na swojego lidera. Uderzenie w otoczenie ma być czytelnym sygnałem ostrzegawczym wysyłanym w stronę Morawieckiego i jest nim rzeczywiście.
Budowanie zaplecza
Mateusz Morawiecki zdaje się jednak przyjmować tę presję z chłodnym spokojem, konsekwentnie realizując plan ucieczki. Zamiast wdawać się w personalne utarczki, prowadzi swój objazd po kraju – niezależny od Nowogrodzkiej, a wręcz nawet konkurujący z partyjnymi konwencjami – podczas którego nakreśla szerszą wizję: budowę silnego, merytorycznego skrzydła wewnątrz PiS. Ma to być formacja łącząca konserwatywny fundament z nowoczesnym spojrzeniem na rozwój gospodarki i technologie.
To właśnie z tym przesłaniem były premier przemierza dziś kraj. Jego objazd po powiatach to coś więcej niż tylko spotkania z wyborcami – to mozolne budowanie własnego zaplecza i przekonywanie lokalnych działaczy, że to właśnie jego wizja partii jest jedyną szansą na odzyskanie sterów państwa w przyszłości.
Wielu komentatorów, ale także polityków PiS, będących w ostrej opozycji do byłego premiera, postrzega jego osobne wyjazdy w teren – jak ten niedawny do Słupska, podczas gdy reszta kierownictwa debatowała o obronności w Stalowej Woli – jako dowód na rozłam. Jednak to raczej manifestacja samodzielności. Wie, że jest w partii nietykalny, bo PiS nie może sobie pozwolić na utratę jego struktur, jeśli marzy o zwycięstwie. To byłby nokaut, z którego PiS nie pozbierałoby się tak szybko. A na pewno nie przed jesienią 2027 roku.
Finałowa partia szachów
Wszystkie medialne spekulacje o jego odejściu stają się amunicją w rękach przeciwników, ale paradoksalnie mogą też służyć samemu Morawieckiemu. Kreując obraz polityka lojalnego, a jednocześnie jedynego, który mógłby realnie zagrozić stabilności partii, umacnia swoją pozycję negocjacyjną u prezesa. Kaczyński za czasów rządów Zjednoczonej Prawicy wielokrotnie powtarzał, że nie widzi lepszego kandydata na premiera niż Morawiecki. Ta gra trwa nadal, a w interesie samego Morawieckiego jest kontynuowanie tej strategii i usuwanie wszelkich pretendentów do zajęcia fotela szefa rządu, który – jak uważa – należy się wyłącznie jemu.
Nawet jeśli w marcu prezes Kaczyński ogłosi inne nazwisko kandydata PiS na szefa rządu, Morawiecki wie, że droga do wyborów jest daleka, a rzeczywistość polityczna potrafi brutalnie zweryfikować każdego faworyta. On sam woli grać długodystansowo – nie jako buntownik, ale jako jedyny logiczny wybór, gdy dojdzie do decydujących rozmów o tworzeniu przyszłego prawdopodobnie koalicyjnego rządu. A w przyszłości także jako jedyny następca samego Jarosława Kaczyńskiego w partii.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Dlaczego w PiS trwa walka o sukcesję
- Po przegranych wyborach 2023 w partii pojawiły się różne wizje przyszłości.
- Część polityków uważa, że ugrupowanie powinno skręcić bardziej w prawo, by odzyskać wyborców odpływających do środowiska Grzegorz Braun.
- Inni – jak Mateusz Morawiecki – przekonują, że konieczne jest otwarcie na centrum sceny politycznej.
Co to oznacza dla wyborców
- W Prawie i Sprawiedliwości trwa walka o przyszłe przywództwo po Jarosławie Kaczyńskim.
- Gdyby wizja Mateusza Morawieckiego zwyciężyła, partia mogłaby przesunąć się bardziej w stronę centrum.
- To mogłoby wpłynąć na układ sił przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku.



