Waldemar Żyszkiewicz: Archiwum współczesności. PiS zmierza ku przegranej: własnej i Polski

Ktoś złośliwy powiedziałby, że to norma, bo pół kadencji już minęło. Stan rzeczy zdefiniuję jednak inaczej: nie można hamletyzować nad brzegiem Rubikonu. Trzeba go przekroczyć.
/ screen YT
Warto przypomnieć, że dwa zwycięstwa wyborcze Zjednoczonej Prawicy w roku 2015 nadeszły nie tylko po ośmiu latach smuty pod egidą koalicji PO-PSL, ale także w czasie gdy coraz mocniej dobijało się do głosu społeczne przekonanie, że ćwierćwiecze nominalnej suwerenności po roku 1989 zostało zmarnowane, że wszystko poszło nie tak. Przynajmniej z punktu widzenia Polaka-katolika czy obywatela-patrioty, bo elity III RP i różne mniej czy bardziej realnie istniejące mniejszości miały się w kraju nad Wisłą całkiem nieźle.
 
Wczasy nad Rubikonem
Prawicowy konglomerat pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego szedł do wyborów pod hasłami zmiany, dobrej zmiany, toteż na gruntowne działania polityczne odwracające katastrofę tzw. transformacji dostał przyzwolenie oraz większościowy mandat od elektoratu. I przez dwa lata jakoś to szło, wprawdzie daleko nie wszystkie zapewnienia przedwyborcze zostały zrealizowane, tym niemniej była to i tak zaskakująca we współczesnej postdemokracji odmiana.

Kilka niełatwych do wdrożenia obietnic zostało urzeczywistnionych, w tym dwie flagowe: dofinansowanie tych najbardziej potrzebujących, poszkodowanych przez dezindustrializację oraz krytycznie wysoki poziom bezrobocia, a także powrót do rozsądnych, a nie zbójeckich terminów przechodzenia na emeryturę. Niestety, wyczerpujące zmagania z siłami starego porządku o Trybunał Konstytucyjny oraz trzy zeszłoroczne, zaskakujące weta prezydenta Andrzeja Dudy wcale nieprzesadny impet obozu rządzącego skutecznie wyhamowały.

Jesienią roku 2017 prezes Kaczyński stanął nad brzegiem Rubikonu i ku zdumieniu obserwatorów zaczął odwracać dotychczasowy bieg wypadków, zupełnie jakby zapomniał, że w polityce (również międzynarodowej) obowiązują te same chłopackie reguły, które przesądzały o sukcesie lub przegranej na żoliborskiej ulicy. Kto dużo gada – ciosu nie zada. Nie wolno się dać zastraszyć. Raz się ugniesz, to już zawsze cię dopadną.
 
Lekceważenie BHP w polityce
Dwa lata brutalnego ostrzału przez patologiczny, zwłaszcza jeśli idzie o strukturę własnościową, system medialny w Polsce, zdumiewające beztroską przyzwolenie władzy na działania Targowicy w sejmie i w Parlamencie Europejskim, wreszcie na uliczną, opłacaną z zagranicy dywersję ideologiczną oraz światopoglądową musiało wreszcie zrobić swoje. I zrobiło.

Podczas gdy obóz dobrej zmiany pokpiwał z tzw. ciamajdanu, lekceważył jawne przejawy zdrady w przestrzeni publicznej w Polsce i poza jej granicami, szczycił się swą tolerancyjnością oraz „byciem ponad to”, jawni już wrogowie rozzuchwaleni bezkarnością zdobywali kolejne przyczółki, w czym niemałe zasługi położył zwłaszcza resort wicepremiera Glińskiego, nazywany nie wiedzieć dlaczego ministerstwem kultury i dziedzictwa narodowego.

Refleksję nad szyldem MKiDN warto zoperacjonizować, zadając dwa kluczowe pytania: jaka to kultura i czyje dziedzictwo? Skontrastujmy dla przykładu tolerowany przez resort antykatolicki, antypapieski spektakl w stołecznym Teatrze Powszechnym, z jednoczesnym brakiem zainteresowania dla filmów o heroicznej i pięknej postaci rotmistrza Witolda Pileckiego czy choćby Meriana C. Coopera, amerykańskiego lotnika z ochotniczej Eskadry Kościuszkowskiej, broniącej Lwowa przed bolszewikami w roku 1920.  
 
Ale są i znacznie groźniejsze zaniechania władzy. Zero konsekwencji dla aktorów grudniowego rokoszu w sejmie, za podżeganie do majdanu w Warszawie przez Michała „Politico” Broniatowskiego, za upublicznianie technicznej instrukcji obalania rządu przez Bartosza Kramka z Fundacji Otwarty Dialog... O ile pamięć mnie nie myli, najostrzej o działaniach fundacji firmowanej przez Kramka i panią Kozlowski wypowiedział się ówczesny szef MON. Skutki? Bartosz Kramek ma się dobrze, nadal wodzi rej w ulicznych performansach opozycji, a resortem obrony kieruje już kto inny.
 
Sondażowstrząsy wracają do łask 
Tolerowanie ideologicznego przeciągu, przyzwolenie na wywrotowe praktyki na dłuższą metę nigdy nie kończy się dobrze, to elementarz. Niezrozumiałe wydaje się więc zaniechanie obozu rządzącej Prawicy, a zwłaszcza Prawa i Sprawiedliwości: nie sposób działać skutecznie w skrajnie wrogim środowisku. Dwa i pół roku to naprawdę dość czasu, aby uporządkować spatologizowany po PRL-u i okresie transformacji rynek mediów w Polsce. A gdy się dysponuje skuteczną większością parlamentarną – wyzwanie w zasadzie banalne.

Wystarczyło skopiować jedno z dwóch wzorcowo demoliberalnych, tak przyjaznych dla obcego kapitału w krajowych mediach (uwaga: ironia!) rozwiązań europejskich. Właśnie tak, do projektu ustawy naśladującej niemieckie lub francuskie regulacje przestrzeni medialnej nie miałby startu nawet niechętny rządzącym Trybunał Rzeplińskiego, bo w razie czego broniliby Polski Verhofstadt z Timmermansem. Niestety, zadanie uporządkowania mediów narodowych powierzono zespołowi w dość egzotycznym składzie, ze specjalistą od hodowli zwierząt futerkowych na czele, więc mamy to, co mamy.

Opinia publiczna jest poddawana regularnym sondażowstrząsom, które mają odwrócić wektory politycznych trendów, i regularnie karmiona sensacjami o zaburzonej hierarchii ważności. Najnowszy przykład to wałkowane na medialnej agendzie premie ministrów rządu Beaty Szydło. Konsekwencje tej wymuszonej debaty mogą być poważne, bo zmniejszenie zarobków ludzi obsługujących kluczowe instytucje państwa utrwali jedynie obserwowaną już dziś selekcję negatywną. Warto przypomnieć choćby istotne kłopoty z obsadą resortu spraw zagranicznych, i jesienią roku 2015, i teraz po zdymisjonowaniu Witolda Waszczykowskiego.
 
Strusie i projekt ministra Jakiego
Ewentualne obniżenie wynagrodzeń i diet poselskich zmniejszy jedynie wydatki lobbystów, ale jakości legislacji nie podniesie ani szacunku nie przysporzy. Państwo tanie, czyli byle jakie. Naprawdę o to nam idzie? A może o zniszczenie pozytywnego nie tylko wśród Polaków wizerunku premier Szydło? Warto pamiętać, że cała ta medialna zawierucha o rzekomo nienależne premie dla ministrów dotyczy sum rzędu kilku milionów złotych. Co istotne, odbywa się ona przy jednoczesnym, trwającym już przeszło kwartał milczeniu o procedowanych w Kongresie USA projektach ustaw S447 i HR1226.

A te, przy spolegliwej (z punktu widzenia roszczeniowych środowisk żydowskich), a biernej (z perspektywy polskiej racji stanu) postawie władz rządzących naszym krajem mogą skutkować w przyszłości utratą majątku narodowego o wartości idącej w biliony złotych. Niestety, natychmiastowe wycofanie i zamrożenie projektu rozsądnej ustawy reprywatyzacyjnej ministra Jakiego krytyczne opinie o bierności resp. spolegliwości rządzących uprawdopodabnia. 

Czy demonstrując franciszkańską pokorę, Jarosław Kaczyński faktycznie wywrócił stolik, jak twierdzą niektórzy publicyści, czy jedynie z konieczności odniósł się do wrogiej narracji, która przy obecnej strukturze mediów ma wciąż w Polsce charakter dominujący? Oto jest pytanie.  
 
Media produkują symulakra
Media głównego nurtu od dłuższego już czasu proponują takie ujęcie: trwa walka pomiędzy PO i PiS, raz jedni, raz drudzy „nie mają z kim przegrać”, więc przegrywają sami ze sobą. To wygodny schemat, bo z pola widzenia usuwa elektorat, czyli suwerena. Oczywiście, jak głosi obowiązująca narracja, arbitrem w walce między politycznymi konkurentami jest społeczeństwo, wyborca, naród.

Ale ten arbitraż jest tylko pozorny, bo elektorat zwodzony lipnymi sondażami, sterowany opowieściami o przełamaniu trendu, w wersji plebejskiej – o wajchowym, który przekłada wajchę, niewiele w istocie może. Stawiając kropkę nad i: ciemny lud łykający kolejne narracje jedynie statystuje przy zapasach w kisielu... Taka wykładnia mocno się utrwaliła, bo jest spoista i można sądzić, że trafnie opisuje procesy politycznej zmiany w państwie. Problem w tym, że jest nieprawdziwa.

W istocie, to nie PiS czy Platforma walczą ze sobą, lecz wszystkie istniejące na politycznej scenie lub okresowo na niej kreowane podmioty polityczne wcale nie mierzą się ze sobą, lecz podejmują starania o zapewnienie sobie przed wyborami możliwie największej wiarygodności wśród elektoratu. Potem, o ile rzecz wypali i znajdą się w sejmie, dbają o interesy własnego ugrupowania, o jak najdłuższe utrzymanie się przy władzy lub o status parlamentarnej opozycji. To zresztą całkiem wygodny stan, wprawdzie zmniejsza zyski, ale daje za to komfort braku jakiejkolwiek odpowiedzialności.
 
Suweren rozliczy polityków
Wbrew powyższej zmistyfikowanej diagnozie, Ciemny lud nie jest ciemny, a kto w to wierzy, popełnia błąd. Rację ma raczej Cezary Krysztopa, redaktor naczelny portalu Tysol.pl, który twierdzi, że Polacy nie chcą u władzy mięczaków, więc PiS przegra w momencie, gdy ludzie stracą resztki złudzeń, że formacja Jarosława Kaczyńskiego realizuje, tak jak deklarowała to przed wyborami, polski interes narodowy. I że w jego obronie jest gotowa ostro zetrzeć się nawet z największymi rabuśnikami.

Tak, Prawo i Sprawiedliwość nie przegra ze sobą ani z Platformą, lecz raczej z kresem cierpliwości własnych wyborców. Powstanie z kolan, walka o podmiotowość Rzeczypospolitej, przywracanie dobrego imienia oraz poczucia godności narodowi, od dekad kłamliwie oraz bezkarnie pomawianemu o udział w ludobójstwie i zbrodniach przeciw ludzkości – to przecież integralna część kontraktu wyborczego elektoratu z PiS, a szerzej z formacją Zjednoczonej Prawicy. Tu naprawdę nie ma już miejsca na żadne negocjacje.
 
 
Waldemar Żyszkiewicz
 
Powtarzam tekst drukowany w kwietniu 2018 w Obywatelskiej. Gazecie Kornela Morawieckiego, bo nadal nie stracił nic ze swej aktualności. Ignorowanie własnego elektoratu przy jednoczesnym kokietowaniu elektoratu politycznych przeciwników (a w istocie wrogów) to pewny kurs ku autodestrukcji. Niestety, Jarosław Kaczyński twardą ręką ten kurs utrzymuje.

Jan Rokita ma rację: PiS szczeka, ale nie gryzie. A ludzie, podług tego, miarkują swoje wyborcze decyzje. Gdyby w Warszawie od roku działał sensowny zarząd komisaryczny, Rafał Trzaskowski nie wygrałby wyborów prezydenckich. Postawmy sprawę jasno: powrót do władzy obecnej opozycji byłby dla Polski katastrofą, ale wbrew nadziejom rozbudzonym w 2015 roku, konglomerat Zjednoczonej Prawicy nie zapowiada żadnej istotnej zmiany. Przynajmniej zmiany dobrej dla Polski.

 http://www.tysol.pl/a18135-Waldemar-Zyszkiewicz-PiS-zmierza-ku-przegranej-wlasnej-i-Polski

 

POLECANE
Niemcy w szoku. Kolejny brutalny atak w biały dzień z ostatniej chwili
Niemcy w szoku. Kolejny brutalny atak w biały dzień

Dwóch kontrolerów biletów zostało zaatakowanych w Pforzheim podczas interwencji wobec pasażerów. Jak podaje Apollo News, sprawcy użyli gazu pieprzowego i zadawali ciosy pięściami, po czym uciekli.

Tusk znów straszy Polexitem. Od lat ta sama śpiewka z ostatniej chwili
Tusk znów straszy Polexitem. "Od lat ta sama śpiewka"

Premier Donald Tusk opublikował w niedzielę wpis, w którym stwierdził, że "Polexit to dzisiaj realne zagrożenie". Przypomniano mu, że narracja o "wyjściu Polski z Europy" towarzyszy mu od lat.

Trauma warunkowości po KPO. Weto ws. SAFE to nie koniec tylko u nas
Trauma "warunkowości" po KPO. Weto ws. SAFE to nie koniec

Weto prezydenta Karola Nawrockiego wobec ustawy dotyczącej programu SAFE nie zamyka politycznego sporu. W Polsce debata wokół projektu została dodatkowo wzmocniona doświadczeniem konfliktu z instytucjami Unii Europejskiej w sprawie środków z KPO.

Kuba ugnie się przed USA? Rozpoczęto rozmowy z ostatniej chwili
Kuba ugnie się przed USA? Rozpoczęto rozmowy

– Kuba rozpoczęła rozmowy z rządem Stanów Zjednoczonych – poinformował w piątek prezydent Kuby Miguel Diaz-Canel.

Zełenski: Potrzebne jest moje spotkanie z Trumpem z ostatniej chwili
Zełenski: Potrzebne jest moje spotkanie z Trumpem

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył, że potrzebne jest jego spotkanie z prezydentem USA, gdyż "wiele spraw stoi w miejscu" – podała w niedzielę agencja Interfax-Ukraina, powołując się na sobotnią rozmowę szefa państwa z dziennikarzami.

Trela szokuje: Sędziowie odbiorą ślubowanie od... Czarzastego. Nie wskazał jednak podstawy prawnej z ostatniej chwili
Trela szokuje: "Sędziowie odbiorą ślubowanie od... Czarzastego". Nie wskazał jednak podstawy prawnej

Konstytucjonaliści wskazują, że bez udziału prezydenta Karola Nawrockiego wybrani przez Sejm sędziowie nie mogą formalnie rozpocząć pracy w Trybunale Konstytucyjnym. Tymczasem poseł Tomasz Trela stwierdził, że sędziowie mogą odebrać ślubowanie od... Włodzimierza Czarzastego.

Komunikat dla mieszkańców Wrocławia z ostatniej chwili
Komunikat dla mieszkańców Wrocławia

Od 19 marca 2026 roku we Wrocławiu zacznie obowiązywać nowy cennik usług cmentarnych. Część pochówków zdrożeje nawet o 67 proc.

Unijna pożyczka SAFE zawetowana. Niemieckie media atakują Karola Nawrockiego z ostatniej chwili
Unijna pożyczka SAFE zawetowana. Niemieckie media atakują Karola Nawrockiego

Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego ws. unijnej pożyczki SAFE wywołała ostrą reakcję niemieckich mediów.

Weber mówił o kordonie sanitarnym wokół AFD. Ujawniono tajny czat i wybuchła burza z ostatniej chwili
Weber mówił o "kordonie sanitarnym" wokół AFD. Ujawniono tajny czat i wybuchła burza

Deklaracje Europejskiej Partii Ludowej o "kordonie sanitarnym" wokół Alternatywy dla Niemiec to mrzonka. Według ustaleń niemieckich mediów, EPL miała współpracować z AFD przy zaostrzeniu polityki migracyjnej w UE.

Nowy przywódca Iranu nie żyje? Zaskakujące słowa Trumpa z ostatniej chwili
Nowy przywódca Iranu nie żyje? Zaskakujące słowa Trumpa

Prezydent USA Donald Trump w wywiadzie dla NBC News wyraził wątpliwość, czy nowy najwyższy przywódca Iranu, Modżtaba Chamenei, żyje. Przywódca USA oświadczył też, że choć Teheran chce rozejmu, nie jest gotowy na porozumienie, a amerykańskie siły mogą ponownie zaatakować irańską wyspę Chark "dla zabawy".

REKLAMA

Waldemar Żyszkiewicz: Archiwum współczesności. PiS zmierza ku przegranej: własnej i Polski

Ktoś złośliwy powiedziałby, że to norma, bo pół kadencji już minęło. Stan rzeczy zdefiniuję jednak inaczej: nie można hamletyzować nad brzegiem Rubikonu. Trzeba go przekroczyć.
/ screen YT
Warto przypomnieć, że dwa zwycięstwa wyborcze Zjednoczonej Prawicy w roku 2015 nadeszły nie tylko po ośmiu latach smuty pod egidą koalicji PO-PSL, ale także w czasie gdy coraz mocniej dobijało się do głosu społeczne przekonanie, że ćwierćwiecze nominalnej suwerenności po roku 1989 zostało zmarnowane, że wszystko poszło nie tak. Przynajmniej z punktu widzenia Polaka-katolika czy obywatela-patrioty, bo elity III RP i różne mniej czy bardziej realnie istniejące mniejszości miały się w kraju nad Wisłą całkiem nieźle.
 
Wczasy nad Rubikonem
Prawicowy konglomerat pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego szedł do wyborów pod hasłami zmiany, dobrej zmiany, toteż na gruntowne działania polityczne odwracające katastrofę tzw. transformacji dostał przyzwolenie oraz większościowy mandat od elektoratu. I przez dwa lata jakoś to szło, wprawdzie daleko nie wszystkie zapewnienia przedwyborcze zostały zrealizowane, tym niemniej była to i tak zaskakująca we współczesnej postdemokracji odmiana.

Kilka niełatwych do wdrożenia obietnic zostało urzeczywistnionych, w tym dwie flagowe: dofinansowanie tych najbardziej potrzebujących, poszkodowanych przez dezindustrializację oraz krytycznie wysoki poziom bezrobocia, a także powrót do rozsądnych, a nie zbójeckich terminów przechodzenia na emeryturę. Niestety, wyczerpujące zmagania z siłami starego porządku o Trybunał Konstytucyjny oraz trzy zeszłoroczne, zaskakujące weta prezydenta Andrzeja Dudy wcale nieprzesadny impet obozu rządzącego skutecznie wyhamowały.

Jesienią roku 2017 prezes Kaczyński stanął nad brzegiem Rubikonu i ku zdumieniu obserwatorów zaczął odwracać dotychczasowy bieg wypadków, zupełnie jakby zapomniał, że w polityce (również międzynarodowej) obowiązują te same chłopackie reguły, które przesądzały o sukcesie lub przegranej na żoliborskiej ulicy. Kto dużo gada – ciosu nie zada. Nie wolno się dać zastraszyć. Raz się ugniesz, to już zawsze cię dopadną.
 
Lekceważenie BHP w polityce
Dwa lata brutalnego ostrzału przez patologiczny, zwłaszcza jeśli idzie o strukturę własnościową, system medialny w Polsce, zdumiewające beztroską przyzwolenie władzy na działania Targowicy w sejmie i w Parlamencie Europejskim, wreszcie na uliczną, opłacaną z zagranicy dywersję ideologiczną oraz światopoglądową musiało wreszcie zrobić swoje. I zrobiło.

Podczas gdy obóz dobrej zmiany pokpiwał z tzw. ciamajdanu, lekceważył jawne przejawy zdrady w przestrzeni publicznej w Polsce i poza jej granicami, szczycił się swą tolerancyjnością oraz „byciem ponad to”, jawni już wrogowie rozzuchwaleni bezkarnością zdobywali kolejne przyczółki, w czym niemałe zasługi położył zwłaszcza resort wicepremiera Glińskiego, nazywany nie wiedzieć dlaczego ministerstwem kultury i dziedzictwa narodowego.

Refleksję nad szyldem MKiDN warto zoperacjonizować, zadając dwa kluczowe pytania: jaka to kultura i czyje dziedzictwo? Skontrastujmy dla przykładu tolerowany przez resort antykatolicki, antypapieski spektakl w stołecznym Teatrze Powszechnym, z jednoczesnym brakiem zainteresowania dla filmów o heroicznej i pięknej postaci rotmistrza Witolda Pileckiego czy choćby Meriana C. Coopera, amerykańskiego lotnika z ochotniczej Eskadry Kościuszkowskiej, broniącej Lwowa przed bolszewikami w roku 1920.  
 
Ale są i znacznie groźniejsze zaniechania władzy. Zero konsekwencji dla aktorów grudniowego rokoszu w sejmie, za podżeganie do majdanu w Warszawie przez Michała „Politico” Broniatowskiego, za upublicznianie technicznej instrukcji obalania rządu przez Bartosza Kramka z Fundacji Otwarty Dialog... O ile pamięć mnie nie myli, najostrzej o działaniach fundacji firmowanej przez Kramka i panią Kozlowski wypowiedział się ówczesny szef MON. Skutki? Bartosz Kramek ma się dobrze, nadal wodzi rej w ulicznych performansach opozycji, a resortem obrony kieruje już kto inny.
 
Sondażowstrząsy wracają do łask 
Tolerowanie ideologicznego przeciągu, przyzwolenie na wywrotowe praktyki na dłuższą metę nigdy nie kończy się dobrze, to elementarz. Niezrozumiałe wydaje się więc zaniechanie obozu rządzącej Prawicy, a zwłaszcza Prawa i Sprawiedliwości: nie sposób działać skutecznie w skrajnie wrogim środowisku. Dwa i pół roku to naprawdę dość czasu, aby uporządkować spatologizowany po PRL-u i okresie transformacji rynek mediów w Polsce. A gdy się dysponuje skuteczną większością parlamentarną – wyzwanie w zasadzie banalne.

Wystarczyło skopiować jedno z dwóch wzorcowo demoliberalnych, tak przyjaznych dla obcego kapitału w krajowych mediach (uwaga: ironia!) rozwiązań europejskich. Właśnie tak, do projektu ustawy naśladującej niemieckie lub francuskie regulacje przestrzeni medialnej nie miałby startu nawet niechętny rządzącym Trybunał Rzeplińskiego, bo w razie czego broniliby Polski Verhofstadt z Timmermansem. Niestety, zadanie uporządkowania mediów narodowych powierzono zespołowi w dość egzotycznym składzie, ze specjalistą od hodowli zwierząt futerkowych na czele, więc mamy to, co mamy.

Opinia publiczna jest poddawana regularnym sondażowstrząsom, które mają odwrócić wektory politycznych trendów, i regularnie karmiona sensacjami o zaburzonej hierarchii ważności. Najnowszy przykład to wałkowane na medialnej agendzie premie ministrów rządu Beaty Szydło. Konsekwencje tej wymuszonej debaty mogą być poważne, bo zmniejszenie zarobków ludzi obsługujących kluczowe instytucje państwa utrwali jedynie obserwowaną już dziś selekcję negatywną. Warto przypomnieć choćby istotne kłopoty z obsadą resortu spraw zagranicznych, i jesienią roku 2015, i teraz po zdymisjonowaniu Witolda Waszczykowskiego.
 
Strusie i projekt ministra Jakiego
Ewentualne obniżenie wynagrodzeń i diet poselskich zmniejszy jedynie wydatki lobbystów, ale jakości legislacji nie podniesie ani szacunku nie przysporzy. Państwo tanie, czyli byle jakie. Naprawdę o to nam idzie? A może o zniszczenie pozytywnego nie tylko wśród Polaków wizerunku premier Szydło? Warto pamiętać, że cała ta medialna zawierucha o rzekomo nienależne premie dla ministrów dotyczy sum rzędu kilku milionów złotych. Co istotne, odbywa się ona przy jednoczesnym, trwającym już przeszło kwartał milczeniu o procedowanych w Kongresie USA projektach ustaw S447 i HR1226.

A te, przy spolegliwej (z punktu widzenia roszczeniowych środowisk żydowskich), a biernej (z perspektywy polskiej racji stanu) postawie władz rządzących naszym krajem mogą skutkować w przyszłości utratą majątku narodowego o wartości idącej w biliony złotych. Niestety, natychmiastowe wycofanie i zamrożenie projektu rozsądnej ustawy reprywatyzacyjnej ministra Jakiego krytyczne opinie o bierności resp. spolegliwości rządzących uprawdopodabnia. 

Czy demonstrując franciszkańską pokorę, Jarosław Kaczyński faktycznie wywrócił stolik, jak twierdzą niektórzy publicyści, czy jedynie z konieczności odniósł się do wrogiej narracji, która przy obecnej strukturze mediów ma wciąż w Polsce charakter dominujący? Oto jest pytanie.  
 
Media produkują symulakra
Media głównego nurtu od dłuższego już czasu proponują takie ujęcie: trwa walka pomiędzy PO i PiS, raz jedni, raz drudzy „nie mają z kim przegrać”, więc przegrywają sami ze sobą. To wygodny schemat, bo z pola widzenia usuwa elektorat, czyli suwerena. Oczywiście, jak głosi obowiązująca narracja, arbitrem w walce między politycznymi konkurentami jest społeczeństwo, wyborca, naród.

Ale ten arbitraż jest tylko pozorny, bo elektorat zwodzony lipnymi sondażami, sterowany opowieściami o przełamaniu trendu, w wersji plebejskiej – o wajchowym, który przekłada wajchę, niewiele w istocie może. Stawiając kropkę nad i: ciemny lud łykający kolejne narracje jedynie statystuje przy zapasach w kisielu... Taka wykładnia mocno się utrwaliła, bo jest spoista i można sądzić, że trafnie opisuje procesy politycznej zmiany w państwie. Problem w tym, że jest nieprawdziwa.

W istocie, to nie PiS czy Platforma walczą ze sobą, lecz wszystkie istniejące na politycznej scenie lub okresowo na niej kreowane podmioty polityczne wcale nie mierzą się ze sobą, lecz podejmują starania o zapewnienie sobie przed wyborami możliwie największej wiarygodności wśród elektoratu. Potem, o ile rzecz wypali i znajdą się w sejmie, dbają o interesy własnego ugrupowania, o jak najdłuższe utrzymanie się przy władzy lub o status parlamentarnej opozycji. To zresztą całkiem wygodny stan, wprawdzie zmniejsza zyski, ale daje za to komfort braku jakiejkolwiek odpowiedzialności.
 
Suweren rozliczy polityków
Wbrew powyższej zmistyfikowanej diagnozie, Ciemny lud nie jest ciemny, a kto w to wierzy, popełnia błąd. Rację ma raczej Cezary Krysztopa, redaktor naczelny portalu Tysol.pl, który twierdzi, że Polacy nie chcą u władzy mięczaków, więc PiS przegra w momencie, gdy ludzie stracą resztki złudzeń, że formacja Jarosława Kaczyńskiego realizuje, tak jak deklarowała to przed wyborami, polski interes narodowy. I że w jego obronie jest gotowa ostro zetrzeć się nawet z największymi rabuśnikami.

Tak, Prawo i Sprawiedliwość nie przegra ze sobą ani z Platformą, lecz raczej z kresem cierpliwości własnych wyborców. Powstanie z kolan, walka o podmiotowość Rzeczypospolitej, przywracanie dobrego imienia oraz poczucia godności narodowi, od dekad kłamliwie oraz bezkarnie pomawianemu o udział w ludobójstwie i zbrodniach przeciw ludzkości – to przecież integralna część kontraktu wyborczego elektoratu z PiS, a szerzej z formacją Zjednoczonej Prawicy. Tu naprawdę nie ma już miejsca na żadne negocjacje.
 
 
Waldemar Żyszkiewicz
 
Powtarzam tekst drukowany w kwietniu 2018 w Obywatelskiej. Gazecie Kornela Morawieckiego, bo nadal nie stracił nic ze swej aktualności. Ignorowanie własnego elektoratu przy jednoczesnym kokietowaniu elektoratu politycznych przeciwników (a w istocie wrogów) to pewny kurs ku autodestrukcji. Niestety, Jarosław Kaczyński twardą ręką ten kurs utrzymuje.

Jan Rokita ma rację: PiS szczeka, ale nie gryzie. A ludzie, podług tego, miarkują swoje wyborcze decyzje. Gdyby w Warszawie od roku działał sensowny zarząd komisaryczny, Rafał Trzaskowski nie wygrałby wyborów prezydenckich. Postawmy sprawę jasno: powrót do władzy obecnej opozycji byłby dla Polski katastrofą, ale wbrew nadziejom rozbudzonym w 2015 roku, konglomerat Zjednoczonej Prawicy nie zapowiada żadnej istotnej zmiany. Przynajmniej zmiany dobrej dla Polski.

 http://www.tysol.pl/a18135-Waldemar-Zyszkiewicz-PiS-zmierza-ku-przegranej-wlasnej-i-Polski


 

Polecane