[Tylko u nas] Bruszewski: Ostrzegał przed koronawirusem. Bohaterski lekarz wzorem dla chrześcijan w Azji

Okulista Li Wenliang pracujący w wuhańskim szpitalu jako pierwszy przestrzegał przed zbliżającą się epidemiczną katastrofą. Postawa zmarłego lekarza to dzisiaj wzorzec nie tylko dla doktorów i ratowników medycznych ale też dla wszystkich chrześcijan w Azji. Media na całym świecie obiegło zdjęcie, na którym azjatycki lekarz trzyma różaniec oraz tekst, który jest opisany jako testament medyka zwalczającego COVID-19. Tym lekarzem miał być właśnie Li Wenliang. Wybitny sinolog o. Jan Konior stwierdził, że Wenliang - bohater wszystkich Chińczyków i jedna z ofiar epidemii - był wierzącym katolikiem.
/ Li Wenliang screen YouTube Euronews
Pierwszą ofiarą wojny jest prawda a koronawirus - chociaż nieznana jest do końca jego geneza - już stał się przedmiotem międzynarodowej wielkiej gry. Media nie są od tego wolne. W momencie gdy pojawiła się informacja, że Wenliang był katolikiem możemy odszukać azjatyckie źródła, które twierdzą, że zdjęcie z różańcem, testament oraz informacja o katolicyzmie to wręcz humbug. Nawet jeśli nie przesądzimy kto ma w tym sporze racje to wyznanie Wenlianga, w takim kraju jak Chiny, w takim momencie jak epidemia i z faktem, że za ostrzeganie przed koronawirusem był aresztowany nie jest wolne od politycznych kontrowersji dla Pekinu. Dzisiaj podobizny bohaterskiego lekarza z Wuhan są wszędzie. To on stał się chińskim – a nawet szerzej - azjatyckim, symbolem walki z patogenami. Z taką presją społeczną, co oczywiste, okulista został oficjalnie pośmiertnie zrehabilitowany a jego rodzina przeproszona za szykany ze strony władz. I wtedy pojawia się informacja, że bohater zwykłych Chińczyków jest katolikiem. Taką wersję zanegowały azjatyckie media. Ten kto twierdzi, że dyskusje o wyznaniu Wenlianga mają drugorzędny charakter bagatelizuje de facto kwestie cywilizacyjne.

Powiedzieć, że chrześcijaństwo w Chinach to temat bardzo złożony można uznać za stwierdzenie bardzo dyplomatyczne. Losy misji chrystianizacyjnej w Państwie Środka są bardzo skomplikowane. Chiny były poligonem kolonizacji w XIX w. i wiele ucierpiały z rąk zachodnich imperiów. Ekspansjonizm koncertu mocarstw odbił się na percepcji białych ludzi w chińskich oczach, wraz z ich praktyką religijną. Reperkusje odbijały się, więc na katolickich misjach i chrześcijanach jako takich. To ujście chińskiego nacjonalizmu i wycelowanie mieczy w stronę chrześcijan było widoczne w trakcie powstania bokserów (1899-1901) gdy księża i nawróceni Chińczycy byli po prostu mordowani. Nawet takie praktyki jak odpoczynek w niedziele, czy niekrępowanie stóp u dziewcząt był powodem kulturowych wzburzeń. Kościół w Chinach stał się więc ofiarą burzy ale wiatr „zasiały” Londyn, Berlin, Paryż i Moskwa. Chiny miały być nieograniczonym rynkiem zbytu i zakupów a europejskie kanonierki i słabiutki rozhamletyzowany dwór cesarski miał być gwarantem tych układów. Zewnętrzna interwencja obudziła jednak w Chinach nieprzewidywalne pokłady rewolucyjne. Stary skostniały konfucjański porządek państwowości tylko z nazwy, rozległej na dużą część świata, anemiczny twór mandarynów, zderzył się z nagłymi tendencjami reformatorskimi, odśrodkowymi rewolucyjnymi nastrojami, buntem studentów, demokratów, chłopów, nacjonalistów, komunistów, a nawet sportretowanych w szlagierach kina akcji mistrzów wushu. Część Chińczyków wpadła na pomysł by nadgonić stracony czas, problem w tym, że zapóźnienie na kilkaset lat próbowano odrobić z dnia na dzień. To ten chiński paradoks, że państwowość, która stosowała banknoty gdy my wymienialiśmy wisiorki na kalarepę oraz używało prochu strzelniczego w czasach gdy my strzelaliśmy z łuków, było później dramatycznie zacofane i słabe. I w tej chińskiej spirali dziejów mniejszymi lub większymi ofiarami są chrześcijanie.

Zwycięski długi marsz Mao Zedonga po władzę w 1949 roku zaowocował wydaleniem katolickich kapłanów i utożsamianiem w państwowej propagandzie chrześcijaństwa z zachodnim interwencjonizmem. Jak wspominałem, wobec chińskich doświadczeń nie było to trudne zadanie. Ciekawą intelektualną rozgrywką może być analiza na ile dzisiejszy wzrost chińskiej potęgi jest efektem głęboko uśpionego rewanżyzmu za epokę upokorzeń. Sięga to nawet nie Zedonga czy bokserów ale o wiele głębiej, do giganta myśli wojskowej Sun Zi. Wróćmy jednak do dechrystianizacji Chin. W 1957 roku powstało Patriotyczne Stowarzyszenie Katolików Chińskich, czyli organizacyjna efemeryda, która miała zastąpić Katolicki Kościół i stworzyć nad Żółtą Rzekę wersję gwarantującą pełną lojalność wobec komunistycznych władz w Pekinie. Każda chrześcijańska aktywność poza tzw. kościołem patriotycznym była piętnowana. Pontyfikat papieża Benedykta XVI jako jeden z celów postawił sobie normalizację relacji na linii Watykan-Pekin. W roku 2018 doszło nawet do porozumienia i kompromisowo Stolica Apostolska wybiera i zatwierdza hierarchów wskazanych przez chińskich „księży-patriotów”. Kompromis oczywiście znalazł się w ogniu krytyki z wielu stron, nawet w samym łonie katolickiego kościoła. Pojawiły się pytania o prześladowania chrześcijan. W czasie gdy większość świata z zamkniętymi oczami ściska się z chińskim globalizmem to krew chrześcijańska miałaby się lać strumieniami a Watykan byłby ostatnim szańcem realnej walki z Komunistyczną Partią Chin. Może i tak. Byłoby to pewnie wygodne dla korporacji i państw, które chrześcijańskimi rękami uspokoiłyby nieużywane sumienie. Jak skończyłoby się to dla chińskich katolików nie trzeba się nawet zastanawiać a w międzyczasie mocarstwa uzbrojone w istotne argumenty by wpływać na chińskie władze z pysznym uśmiechem zapomniałyby o swoim instrumentarium. O powinnościach nie wspomnę. Niedawna historia pokazała, że bez względu na postawę Watykanu i tak przymknięto oczy na rosnącą rolę Chin w koncercie mocarstw. W okresie pandemii widać to dobitnie. Nie winię papieży zaangażowanych w proces porozumienia z Chinami o to, że chcieli w tym czasie ocalić jak najwięcej chrześcijan i nie pakować do dłoni amunicji kolejnym gensekom. Wbrew pozorom to głęboka rozgrywka, która może zadecydować o przyszłości Chin i chrześcijaństwo Wenlianga może być tego elementem. To memento dla tych, którzy kwestie cywilizacyjne pomijają w swoich analizach. Imponderabilia, by przywołać ulubione słowo Piłsudskiego - są rzeczy nieuchwytne, niemierzalne i nieszacowane. 

Lubię także wracać do innego uniwersalnego cytatu z następnego pokolenia polskich bohaterów, dotyczącego antykomunistycznego powstania - „chcieli nas zakopać. Nie wiedzieli, że jesteśmy ziarnem”. To zdanie o wiele szersze niż nam się wydaje. Odzwierciedla ono, moim zdaniem, dokładnie to jak działa męczeństwo chrześcijan. Li Wenliang już dzisiaj stał się wzorem dla azjatyckich wyznawców Chrystusa. Profesor socjologii Fenggang Yang, autor książki „Religia w Chinach: Przetrwanie i Odrodzenie pod rządami komunistów” postawił nawet tezę, że Chiny będą największym chrześcijańskim państwem świata. W 2030 roku w Państwie Środka ma być prawie 250 mln chrześcijan a w przyszłości mają stanowić 30 proc. społeczeństwa. Bez względu na różne szacunki i do jakiej liczby wzrosną to jest to proces, którego nie zatrzyma Komunistyczna Partia Chin. Jest to dzieło większe niż cała geopolityka razem wzięta, to proces z którym nie są w stanie wygrać najtęższe czerwone elity, bo żadne elity go nie zatrzymały. Wzrost chrześcijaństwa w Chinach jest koszmarem maoistów, którzy próbowali zadać mu ostateczny cios. Pojawianie się katolickich bohaterów w Państwie Środka musi spędzać sen z powiek czerwonych mandarynów. A Wenliang i jego niezłomna postawa wobec epidemii a teraz jeszcze artykuły o jego chrześcijaństwie pokazują, że nawet uzbrojona po zęby w technologię władzuchna musi spoglądać w niebo i nie na wszystko ma wpływ. W tym rozumieniu legendarny chiński termin Mandatu Niebios stanął po stronie Wenlianga. Inaczej chiński rząd nie pokłoniłby się jego rodzinie tylko dalej ukręcał sprawie łeb. Wybitny znawca Chin, polski duchowny o. Jan Konior nie ma wątpliwości, że lekarz był wierzącym katolikiem. Kontestowanie tego było do przewidzenia, ostatnio mogliśmy się też dowiedzieć, że włoski ksiądz rzekomo nie oddał respiratora młodszemu pacjentowi. Nasze pokolenia osądzi Bóg i historia. To nasze prawnuki będą czytały kto i co dokonał w czasach pandemii.

Michał Bruszewski

 

POLECANE
Ursula von der Leyen: Potrzebujemy ETS z ostatniej chwili
Ursula von der Leyen: Potrzebujemy ETS

„Potrzebujemy więc ETS, ale musimy go zmodernizować. Z niecierpliwością czekam na kontynuację tej debaty z Państwem tutaj, w Parlamencie Europejskim” - powiedziała przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podczas sesji plenarnej w Parlamencie Europejskim.

SAFE. Z ziemi tuskiej do Polski tylko u nas
SAFE. Z ziemi tuskiej do Polski

Nie ustaje spór o SAFE. Czy ten unijny, czy ten prezydencki. Argumentów padło wiele, ale wymowne jest to, że nikt nie jest w stanie podać konkretnej wysokości należnych odsetek. Dlaczego? Bo to niemożliwe.

Zamach PE na suwerenność państw UE. „Autonomia Europy zaczyna się od jednolitego rynku obronnego” z ostatniej chwili
Zamach PE na suwerenność państw UE. „Autonomia Europy zaczyna się od jednolitego rynku obronnego”

Posłowie do Parlamentu Europejskiego przyjęli propozycje mające na celu utworzenie wspólnego rynku obronnego i podjęcie działań w sprawie sztandarowych projektów obronnych Unii Europejskiej.

Młodzi muzułmanie w Niemczech się radykalizują z ostatniej chwili
Młodzi muzułmanie w Niemczech się radykalizują

Jak poinformował portal European Conservative, obawy dotyczące radykalizacji wśród muzułmanów w Niemczech — szczególnie wśród młodszego pokolenia — wzrosły po opublikowaniu badań finansowanych przez trzy ministerstwa federalne.

Ekspert: Pierwsza wypłata zysków NBP przeznaczonych na zbrojenia mogłaby nastąpić dopiero za 1,5 roku z ostatniej chwili
Ekspert: Pierwsza wypłata zysków NBP przeznaczonych na zbrojenia mogłaby nastąpić dopiero za 1,5 roku

Pomysł sfinansowania zbrojeń z zysków NBP uzyskanych ze sprzedaży części złota oznaczałby, że pierwsze wpływy nastąpiłyby za półtora roku, tymczasem potrzeby wojska trzeba zaspokoić jak najszybciej – wskazał w rozmowie z PAP analityk Santander Bank Polska Piotr Bielski.

Wraz z wetem prezydenta ws. SAFE posypie się plan KE rabunku i neutralizacji Polski tylko u nas
Wraz z wetem prezydenta ws. SAFE posypie się plan KE rabunku i neutralizacji Polski

Komisja Europejska nieoficjalnie wyraża „poważne zaniepokojenie” sytuacją wokół polskiego programu SAFE. Chodzi o spór między rządem a Pałacem Prezydenckim, który według informacji z Brukseli wprowadza „niepewność co do realizacji projektu”. Niepokój Ursuli von der Leyen jest o tyle zrozumiały, że wraz z zawetowaniem przez Karola Nawrockiego ustawy ws. SAFE, o ile takie by nastąpiło, posypie się misterny plan rabunku i neutralizacji Polski.

Raport: Niemcy nie nadążają deportować migrantów tylko u nas
Raport: Niemcy nie nadążają deportować migrantów

W Niemczech rośnie liczba migrantów zobowiązanych do opuszczenia kraju. Z rządowego raportu wynika, że w połowie 2025 roku było ich ponad 226 tys., a skuteczność deportacji wynosi zaledwie ok. 5 proc. Problem pogłębia brak dokumentów, bariery prawne i niewydolność systemu dublińskiego.

Trwa debata w Sejmie. Siemoniak przekonuje: Po likwidacji CBA żadna sprawa nie zginie z ostatniej chwili
Trwa debata w Sejmie. Siemoniak przekonuje: "Po likwidacji CBA żadna sprawa nie zginie"

W Sejmie trwa spór o projekt likwidacji Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Rządowa koalicja chce zakończyć działalność CBA jeszcze w tym roku, a minister Tomasz Siemoniak przekonuje, że wszystkie prowadzone sprawy zostaną przejęte przez inne służby.

Przez masowe legalizacje Hiszpania staje się magnesem dla nielegalnej migracji z ostatniej chwili
Przez masowe legalizacje Hiszpania staje się magnesem dla nielegalnej migracji

Jak informuje portal tichyseinblick.de, legalizacja przez władze Hiszpanii pół miliona migrantów, którzy nielegalnie przedostali się do kraju, ma wpływ na ruch migracyjny. Nie tylko w Ceucie na granicach czekają nowi pretendenci do stania się Europejczykami. Mieszkańcy Afryki Północnej lecą do Stambułu i przejeżdżają przez Pireneje. Sytuacja wymyka się rządowi Pedro Sáncheza spod kontroli.

Polski SAFE 0% daje możliwość rozbudowy mocy produkcyjnych polskiego przemysłu zbrojeniowego tylko u nas
Polski SAFE 0% daje możliwość rozbudowy mocy produkcyjnych polskiego przemysłu zbrojeniowego

Polska stoi przed strategiczną decyzją dotyczącą finansowania rozwoju przemysłu obronnego. Według byłego wiceministra aktywów państwowych Zbigniewa Gryglasa wybór między unijnym mechanizmem SAFE a propozycją „Polskie SAFE 0%” może przesądzić o tym, czy krajowe firmy zbrojeniowe – w tym spółki z grupy Polska Grupa Zbrojeniowa – będą w stanie znacząco zwiększyć produkcję uzbrojenia w najbliższych latach.

REKLAMA

[Tylko u nas] Bruszewski: Ostrzegał przed koronawirusem. Bohaterski lekarz wzorem dla chrześcijan w Azji

Okulista Li Wenliang pracujący w wuhańskim szpitalu jako pierwszy przestrzegał przed zbliżającą się epidemiczną katastrofą. Postawa zmarłego lekarza to dzisiaj wzorzec nie tylko dla doktorów i ratowników medycznych ale też dla wszystkich chrześcijan w Azji. Media na całym świecie obiegło zdjęcie, na którym azjatycki lekarz trzyma różaniec oraz tekst, który jest opisany jako testament medyka zwalczającego COVID-19. Tym lekarzem miał być właśnie Li Wenliang. Wybitny sinolog o. Jan Konior stwierdził, że Wenliang - bohater wszystkich Chińczyków i jedna z ofiar epidemii - był wierzącym katolikiem.
/ Li Wenliang screen YouTube Euronews
Pierwszą ofiarą wojny jest prawda a koronawirus - chociaż nieznana jest do końca jego geneza - już stał się przedmiotem międzynarodowej wielkiej gry. Media nie są od tego wolne. W momencie gdy pojawiła się informacja, że Wenliang był katolikiem możemy odszukać azjatyckie źródła, które twierdzą, że zdjęcie z różańcem, testament oraz informacja o katolicyzmie to wręcz humbug. Nawet jeśli nie przesądzimy kto ma w tym sporze racje to wyznanie Wenlianga, w takim kraju jak Chiny, w takim momencie jak epidemia i z faktem, że za ostrzeganie przed koronawirusem był aresztowany nie jest wolne od politycznych kontrowersji dla Pekinu. Dzisiaj podobizny bohaterskiego lekarza z Wuhan są wszędzie. To on stał się chińskim – a nawet szerzej - azjatyckim, symbolem walki z patogenami. Z taką presją społeczną, co oczywiste, okulista został oficjalnie pośmiertnie zrehabilitowany a jego rodzina przeproszona za szykany ze strony władz. I wtedy pojawia się informacja, że bohater zwykłych Chińczyków jest katolikiem. Taką wersję zanegowały azjatyckie media. Ten kto twierdzi, że dyskusje o wyznaniu Wenlianga mają drugorzędny charakter bagatelizuje de facto kwestie cywilizacyjne.

Powiedzieć, że chrześcijaństwo w Chinach to temat bardzo złożony można uznać za stwierdzenie bardzo dyplomatyczne. Losy misji chrystianizacyjnej w Państwie Środka są bardzo skomplikowane. Chiny były poligonem kolonizacji w XIX w. i wiele ucierpiały z rąk zachodnich imperiów. Ekspansjonizm koncertu mocarstw odbił się na percepcji białych ludzi w chińskich oczach, wraz z ich praktyką religijną. Reperkusje odbijały się, więc na katolickich misjach i chrześcijanach jako takich. To ujście chińskiego nacjonalizmu i wycelowanie mieczy w stronę chrześcijan było widoczne w trakcie powstania bokserów (1899-1901) gdy księża i nawróceni Chińczycy byli po prostu mordowani. Nawet takie praktyki jak odpoczynek w niedziele, czy niekrępowanie stóp u dziewcząt był powodem kulturowych wzburzeń. Kościół w Chinach stał się więc ofiarą burzy ale wiatr „zasiały” Londyn, Berlin, Paryż i Moskwa. Chiny miały być nieograniczonym rynkiem zbytu i zakupów a europejskie kanonierki i słabiutki rozhamletyzowany dwór cesarski miał być gwarantem tych układów. Zewnętrzna interwencja obudziła jednak w Chinach nieprzewidywalne pokłady rewolucyjne. Stary skostniały konfucjański porządek państwowości tylko z nazwy, rozległej na dużą część świata, anemiczny twór mandarynów, zderzył się z nagłymi tendencjami reformatorskimi, odśrodkowymi rewolucyjnymi nastrojami, buntem studentów, demokratów, chłopów, nacjonalistów, komunistów, a nawet sportretowanych w szlagierach kina akcji mistrzów wushu. Część Chińczyków wpadła na pomysł by nadgonić stracony czas, problem w tym, że zapóźnienie na kilkaset lat próbowano odrobić z dnia na dzień. To ten chiński paradoks, że państwowość, która stosowała banknoty gdy my wymienialiśmy wisiorki na kalarepę oraz używało prochu strzelniczego w czasach gdy my strzelaliśmy z łuków, było później dramatycznie zacofane i słabe. I w tej chińskiej spirali dziejów mniejszymi lub większymi ofiarami są chrześcijanie.

Zwycięski długi marsz Mao Zedonga po władzę w 1949 roku zaowocował wydaleniem katolickich kapłanów i utożsamianiem w państwowej propagandzie chrześcijaństwa z zachodnim interwencjonizmem. Jak wspominałem, wobec chińskich doświadczeń nie było to trudne zadanie. Ciekawą intelektualną rozgrywką może być analiza na ile dzisiejszy wzrost chińskiej potęgi jest efektem głęboko uśpionego rewanżyzmu za epokę upokorzeń. Sięga to nawet nie Zedonga czy bokserów ale o wiele głębiej, do giganta myśli wojskowej Sun Zi. Wróćmy jednak do dechrystianizacji Chin. W 1957 roku powstało Patriotyczne Stowarzyszenie Katolików Chińskich, czyli organizacyjna efemeryda, która miała zastąpić Katolicki Kościół i stworzyć nad Żółtą Rzekę wersję gwarantującą pełną lojalność wobec komunistycznych władz w Pekinie. Każda chrześcijańska aktywność poza tzw. kościołem patriotycznym była piętnowana. Pontyfikat papieża Benedykta XVI jako jeden z celów postawił sobie normalizację relacji na linii Watykan-Pekin. W roku 2018 doszło nawet do porozumienia i kompromisowo Stolica Apostolska wybiera i zatwierdza hierarchów wskazanych przez chińskich „księży-patriotów”. Kompromis oczywiście znalazł się w ogniu krytyki z wielu stron, nawet w samym łonie katolickiego kościoła. Pojawiły się pytania o prześladowania chrześcijan. W czasie gdy większość świata z zamkniętymi oczami ściska się z chińskim globalizmem to krew chrześcijańska miałaby się lać strumieniami a Watykan byłby ostatnim szańcem realnej walki z Komunistyczną Partią Chin. Może i tak. Byłoby to pewnie wygodne dla korporacji i państw, które chrześcijańskimi rękami uspokoiłyby nieużywane sumienie. Jak skończyłoby się to dla chińskich katolików nie trzeba się nawet zastanawiać a w międzyczasie mocarstwa uzbrojone w istotne argumenty by wpływać na chińskie władze z pysznym uśmiechem zapomniałyby o swoim instrumentarium. O powinnościach nie wspomnę. Niedawna historia pokazała, że bez względu na postawę Watykanu i tak przymknięto oczy na rosnącą rolę Chin w koncercie mocarstw. W okresie pandemii widać to dobitnie. Nie winię papieży zaangażowanych w proces porozumienia z Chinami o to, że chcieli w tym czasie ocalić jak najwięcej chrześcijan i nie pakować do dłoni amunicji kolejnym gensekom. Wbrew pozorom to głęboka rozgrywka, która może zadecydować o przyszłości Chin i chrześcijaństwo Wenlianga może być tego elementem. To memento dla tych, którzy kwestie cywilizacyjne pomijają w swoich analizach. Imponderabilia, by przywołać ulubione słowo Piłsudskiego - są rzeczy nieuchwytne, niemierzalne i nieszacowane. 

Lubię także wracać do innego uniwersalnego cytatu z następnego pokolenia polskich bohaterów, dotyczącego antykomunistycznego powstania - „chcieli nas zakopać. Nie wiedzieli, że jesteśmy ziarnem”. To zdanie o wiele szersze niż nam się wydaje. Odzwierciedla ono, moim zdaniem, dokładnie to jak działa męczeństwo chrześcijan. Li Wenliang już dzisiaj stał się wzorem dla azjatyckich wyznawców Chrystusa. Profesor socjologii Fenggang Yang, autor książki „Religia w Chinach: Przetrwanie i Odrodzenie pod rządami komunistów” postawił nawet tezę, że Chiny będą największym chrześcijańskim państwem świata. W 2030 roku w Państwie Środka ma być prawie 250 mln chrześcijan a w przyszłości mają stanowić 30 proc. społeczeństwa. Bez względu na różne szacunki i do jakiej liczby wzrosną to jest to proces, którego nie zatrzyma Komunistyczna Partia Chin. Jest to dzieło większe niż cała geopolityka razem wzięta, to proces z którym nie są w stanie wygrać najtęższe czerwone elity, bo żadne elity go nie zatrzymały. Wzrost chrześcijaństwa w Chinach jest koszmarem maoistów, którzy próbowali zadać mu ostateczny cios. Pojawianie się katolickich bohaterów w Państwie Środka musi spędzać sen z powiek czerwonych mandarynów. A Wenliang i jego niezłomna postawa wobec epidemii a teraz jeszcze artykuły o jego chrześcijaństwie pokazują, że nawet uzbrojona po zęby w technologię władzuchna musi spoglądać w niebo i nie na wszystko ma wpływ. W tym rozumieniu legendarny chiński termin Mandatu Niebios stanął po stronie Wenlianga. Inaczej chiński rząd nie pokłoniłby się jego rodzinie tylko dalej ukręcał sprawie łeb. Wybitny znawca Chin, polski duchowny o. Jan Konior nie ma wątpliwości, że lekarz był wierzącym katolikiem. Kontestowanie tego było do przewidzenia, ostatnio mogliśmy się też dowiedzieć, że włoski ksiądz rzekomo nie oddał respiratora młodszemu pacjentowi. Nasze pokolenia osądzi Bóg i historia. To nasze prawnuki będą czytały kto i co dokonał w czasach pandemii.

Michał Bruszewski


 

Polecane