KE decydująca, które terytoria i czy przekazać Rosji? Oto plan eurokratów
Co musisz wiedzieć:
- Traktat Lizboński jest tak sformułowany, że pozwala na wyszarpywanie kompetencji przez poszczególne organa Unii Europejskiej.
- Premier Belgii Bart De Wever wezwał w sobotę, aby państwa członkowskie upoważniły UE do negocjacji z Rosją.
- Krajom Zachodu marzy się powrót do relacji handlowych z Rosją.
Ponieważ nie jesteśmy w stanie zagrozić Władimirowi Putinowi, wysyłając broń na Ukrainę, i nie możemy go udusić ekonomicznie bez wsparcia USA, pozostała tylko jedna metoda: zawarcie umowy
– powiedział szef belgijskiego rządu w rozmowie z gazetą „L'Echo”. W jego ocenie powalenie Rosji na kolana byłoby możliwe tylko przy „100-procentowym wsparciu ze strony USA”. De Wever uważa jednak, że Stany Zjednoczone nie są w pełni po stronie Ukrainy i czasami wydają się „bliższe Putinowi” niż przywódca Kijowa.
Bez mandatu do negocjacji w Moskwie nie jesteśmy przy stole negocjacyjnym, przy którym Amerykanie będą naciskać na Ukrainę, aby zaakceptowała porozumienie. I już teraz mogę powiedzieć, że będzie to dla nas złe porozumienie
– przekonywał.
- Nie żyje były reprezentant Polski i bramkarz znanych klubów
- Wraz z wetem prezydenta ws. SAFE posypie się plan KE rabunku i neutralizacji Polski
- „Plan B” dla Ukrainy? Niech Zełenski sięgnie po pieniądze oligarchów
- Telus o sytuacji rolników: Drogie paliwo, drogie nawozy, tanie zboże i brak pomocy tego rządu
- TVN w cieniu wielkiej transakcji. Chińczycy wracają do gry
Polityka zagraniczna
Zgodnie z traktatami prowadzenie polityki zagranicznej stanowi wyłączną prerogatywę państw członkowskich. Jednak unijny mainstream jeszcze przed wejściem Polski do Unii Europejskiej na mocy Traktatu Amsterdamskiego powołał Wysokiego Przedstawiciela do spraw Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Ostateczny kształt i zakres kompetencji nadano temu stanowisku w 2009 roku na mocy Traktatu Lizbońskiego. Była to ewidentna próba wyszarpania kompetencji państw zrzeszonych w Unii Europejskiej, którą obecnie chce się jeszcze pogłębić.
Warunek sine qua non istnienia państwa
Prowadzenie polityki zagranicznej jest obok polityki bezpieczeństwa warunkiem sine qua non istnienia i funkcjonowania niepodległych państw. Dotychczas, mimo istnienia na forum UE stanowiska komisarza ds. polityki zagranicznej UE, to prawo państw do prowadzenia suwerennych działań w tym obszarze było mimo wszystko w miarę szanowane. Zmianę ma przynieść nowa, procedowana z naruszeniem prawa, wersja traktatów unijnych, która daje Komisji Europejskiej wyłączność w prowadzeniu polityki zagranicznej. Traktaty te jednak jeszcze nie zostały przyjęte, a na forum Unii Europejskiej prowadzi się intensywne działania, aby przed ich wprowadzeniem doprowadzić do stanu faktycznego zgodnego z ich zapisami. W ten sposób Komisja Europejska chce uniknąć protestów poszczególnych państw członkowskich.
Zarządzanie kryzysem
Do przejęcia kompetencji w zakresie polityki zagranicznej eurokraci chcą wykorzystać rosyjską inwazję. Zresztą w zasadzie od rozpoczęcia rosyjskiej agresji na Ukrainę konflikt ten jest wykorzystywany przez unijne instytucje – w ramach zarządzania kryzysem – do przejmowania kolejnych kompetencji i osiągania kolejnych przyczółków na drodze do budowy unijnego superpaństwa pod kontrolą Niemiec. W tym kontekście należy odczytywać propozycję belgijskiego premiera, a także zagrożenia, jakie za sobą niesie.
KE będzie decydowała o granicach państw członkowskich?
Jeżeli rzeczywiście doszłoby do sytuacji, w której Komisja Europejska uzyska od państw członkowskich prerogatywę w postaci prawa do negocjowania pokoju z Rosją niejako w imieniu Ukrainy (która notabene do UE jeszcze nie należy), to następnym etapem będzie decyzyjność KE co do kształtów granic państw członkowskich. Na tym zresztą polega prowadzenie polityki zagranicznej – na decydowaniu o tym, czy zrzec się danego terytorium na rzecz agresora, czy nie, czy stawiać na obronę. W tym miejscu złowieszczo wybrzmiewają słowa Friedricha Merza, który oświadczył w styczniu 2026 roku, że Rosja jest największym sąsiadem Niemiec – należy się spodziewać, iż w przypadku przejęcia przez KE prawa do prowadzenia polityki zagranicznej w imieniu państw członkowskich mogłaby ona np. zrzec się połowy polskiego terytorium na rzecz zaspokojenia apetytów Putina. Zagrożenie to jest zupełnie realne tym bardziej, że mamy właśnie do czynienia z operacją mającą na celu przejęcie od państw członkowskich prawa do zawierania międzynarodowych porozumień, również pokojowych.
Business as usual
Wbrew oficjalnej retoryce, która mówi o potrzebie zrównoważenia obecności Stanów Zjednoczonych w rozmowach pokojowych między Rosją a Ukrainą, krajom zachodniej Europy wcale nie chodzi o interesy Ukrainy, ale własne. Niemcy aż przebierają nogami, aby powrócić do korzystnego dla ich gospodarki handlu z Rosją, to samo Francuzi i Belgowie. Dzieje się tak mimo oficjalnej antyrosyjskiej retoryki wszystkich tych państw. A że przy okazji może udałoby im się uszczknąć nieco kompetencji państw członkowskich, tym lepiej dla nich. Zresztą jeżeli przyjrzymy się poszczególnym szczytom pokojowym, zauważymy, że nieproszona, uczestniczyła w nich, obok przedstawicieli państw członkowskich – ze złamaniem traktatów – przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. O dziwo, żaden z uczestników ze strony państw należących do Unii Europejskiej nie zaprotestował – wszyscy w sposób milczący wyrazili niepisaną zgodę na ten nadzór, mimo że szefowej KE w ogóle tam nie powinno być, a nadzorować to ona może najwyższej przestrzeganie traktatów w zakresie przyznanych UE kompetencji. Stworzyło to groźną sytuację, która bynajmniej nie zaalarmowała nikogo. Tak jak nikt w sposób ostry i dobitny nie odpowiedział premierowi Belgii na jego pomysł dalszego przekazywania kompetencji rządów narodowych do KE.
Być albo nie być państw narodowych
Jest to zdumiewające, gdyż odrzucenie bądź akceptacja wyszarpywania kompetencji przez unijne instytucje zdecyduje o dalszym istnieniu suwerennych, niepodległych państw. Nie bez powodu polityka międzynarodowa pozostała w kompetencjach narodowych – państwa członkowskie chciały zachować swoją państwowość i swoje istnienie. Teraz mamy do czynienia z powolnym, aczkolwiek systematycznym zwijaniem państw na rzecz unijnego superpaństwa, które z powodzeniem będzie można nazwać IV Rzeszą. I nie jest to przesada. Albo rządy państw członkowskich pójdą po rozum do głowy i utemperują zapędy eurokratów, albo skończą jako wojewodowie niemieckich landów o nazwie Tschechien czy Polen.




