"Polacy czerpali korzyści z mordowania Żydów". Tej skandalicznej książki nie wolno ignorować
Co musisz wiedzieć:
- Kontrowersyjna teza – niemiecka książka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe przypisuje Polakom współodpowiedzialność za Zagładę i sugeruje, że „czerpali korzyści z mordowania Żydów”, co spotkało się z ostrą krytyką historyków.
- Stanowisko IPN – publikacja została szczegółowo skrytykowana przez IPN, który zarzuca jej manipulacje, selektywny dobór źródeł i relatywizowanie eksterminacyjnego charakteru niemieckiej okupacji Polski.
- Szerszy kontekst historyczny – krytycy podkreślają, że książka marginalizuje rasistowską politykę III Rzeszy wobec Polaków oraz pomija kluczowe fakty, m.in. Generalplan Ost i skalę terroru wobec całej ludności.
- Promocja w Niemczech – mimo krytyki, publikacja jest promowana przez wpływowe niemieckie instytucje i media, co – zdaniem autorów polemik – czyni ją problemem międzynarodowym, a nie wyłącznie akademickim.
Kontrowersyjna teza niemieckiego historyka
- „Ze względu na współpracę z polską ludnością możliwe było zamordowanie ponad 90% wszystkich Żydów w GG”. - pisze Grzegorz Rossoliński-Liebe w skandalicznej i zmiażdżonej recenzją IPN książce "Polscy Burmistrzowie i Holokaust".
Albo:
„Polacy byli wprawdzie także ofiarami okupacji niemieckiej, ale w zupełnie innym wymiarze. Niemieccy okupanci nie zamierzali zabić wszystkich Polaków. Faktycznie, zamordowali łącznie ok. 2 milionów Polaków, co odpowiadało ok. 10% chrześcijańsko-polskiej ludności. W tym miejscu ważne jest, by podkreślić, że Polacy czerpali korzyści z mordowania Żydów i koniec końców z tego powodu się do niego przyczyniali”.
Albo:
„W hierarchii rasistowskiej GG Polacy zajmowali status pomiędzy Żydami a Niemcami. Niemieccy okupanci traktowali ich jako tanią siłę roboczą, która powinna uczyć się jedynie praktycznych zawodów. (...) Okupanci ograniczyli prawa ludności polskiej i wysyłali ją w charakterze robotników przymusowych do Niemiec, ale nie mieli zamiaru systematycznie wymordować wszystkich Polaków. Polacy nie byli też mordowani dlatego, że byli Polakami, ale dlatego, że należeli do inteligencji lub byli aktywni w ruchu oporu”.
To kilka cytatów z 23. i 24. strony wydanej w Niemczech książki Grzegorza Rossolińskiego-Liebe „Polscy burmistrzowie i Holokaust”, która zbulwersowała znaczną część polskiej opinii publicznej. I choć największą uwagę przyciąga jej główna teza - o rzekomym współsprawstwie polskich burmistrzów w Holokauście - nie powinniśmy przeoczyć również innych twierdzeń autora, znakomicie zilustrowanych przez powyższe cytaty.
Rossoliński-Liebe marginalizuje rasistowski charakter mordowania Polaków
Rossoliński-Liebe dokonuje tu bowiem kilku zabiegów, z których najbardziej karygodne są dwa. Po pierwsze stwierdzenie, że niemal wszystkich polskich Żydów udało się (komu?) "zamordować dzięki współpracy z polską ludnością", to zupełnie nowa jakość w oskarżeniach Polaków o (współ)sprawstwo w Zagładzie. Idą one o wiele dalej niż przywoływane do tej pory Jedwabne, czy gigantyczne liczby podawane przez Grabowskiego, ponieważ dotyczą ogółu polskiego społeczeństwa. Po drugie Rossoliński-Liebe de facto neguje eksterminacyjny charakter okupacji niemieckiej w Polsce. Eksterminacyjny nie tylko wobec Żydów, ale też wobec Polaków jako narodu, oraz wobec samej Polski, jako terytorium zamieszkiwanego przez ten naród. Rossoliński-Liebe przypomina zgodnie z prawdą, że Niemcy chcieli wymordować (i wymordowali) praktycznie wszystkich Żydów. Mija się z nią natomiast, twierdząc, że Polacy nie byli mordowani dlatego, że byli Polakami. Marginalizuje rasistowski charakter prześladowania Polaków, zaklasyfikowanych przez nazistowską ideologię rasistowską do kategorii „podludzi”. To pojęcie ani razu nie pojawia się w jego książce.
Nie wspomina też, że Niemcy - i owszem - zamierzali zamordować prawie wszystkich Polaków w ramach swojego Generalnego Planu Wschodniego, do którego jeszcze wrócimy. Z lektury jego książki można odnieść wrażenie, że Polacy nie mieli wcale tak źle. No, trochę ograniczono im prawa, zamknięto uniwersytety i zrobiono z nich tanią siłę roboczą, ale w zasadzie w znacznej mierze zajmowali się czerpaniem „korzyści z mordowania Żydów i koniec końców z tego powodu się do niego przyczyniali”.
Warto tu zwrócić uwagę na fakt, że narracje relatywizujące czy wręcz negujące fakt, że Polska i Polacy byli ofiarami II wojny światowej, nie są w Niemczech nowością. O ile historycy niemieccy w ogromnej większości opisują historię II wojny światowej uczciwie i zgodnie z prawdą, o tyle zdarza się, że niemieckie media - i to poważne - pozwalają sobie na takie sugestie od wielu lat. Na ogół podobne narracje warzy się w takim sosie, że Polacy byli nie tylko ofiarami, ale czasem fakt ten jest negowany wprost. Miało to miejsce np. w przypadku artykułu w dzienniku „Süddeutsche Zeitung” z lutego 2017 roku, którego jeden z podtytułów brzmi: „Polski rząd widzi Polaków w roli ofiar”. Chodziło naturalnie o rząd PiS, który kiedy bronił prawdy historycznej, był w Niemczech szeroko oskarżany o „pisanie historii na nowo”. (Więcej o podobnych narracjach w artykule "Ta książka anonimowego dyplomaty może wstrząsnąć stosunkami niemiecko-polskimi i wyobrażeniem Polaków nt. Niemców").
Dlaczego tej publikacji nie można przemilczeć
Spotykam się czasem z opinią, że tezy Rossolińskiego-Liebe można by zignorować i „nie robić mu reklamy”, protestami promując siłą rzeczy jego książkę, a zwłaszcza w obliczu faktu, że historycy niemieccy nie bronią go, o co prosi. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Po pierwsze istnieją niemieccy historycy, którzy tę książkę promują, negując przy tym istnienie w Polsce naukowej debaty na ten temat, choćby w postaci recenzji IPN. Po drugie, co chyba jeszcze bardziej alarmujące, Rossolińskiego-Liebe promują najpoważniejsze niemieckie instytucje pamięci oraz niemieckie media, by wymienić choćby Berliner Zeitung, Deutschlandfunk Kultur, Wolny Uniwersytet Berliński, a także Miejsce Pamięci w Wannsee, Topografię Terroru czy wreszcie Dom Polsko-Niemiecki. Można więc uznać, że dla nich narracje autora pozostające w nurcie „innowacyjnych trendów” New Holocaust Studies są co najmniej godne propagowania czy obrony.
Dlatego więc myślę, że nigdy dość przypominania, jak wyglądała okupacja Polski przez nazistowskie Niemcy oraz jakie były ich działania i plany wobec Polaków. Uzbrojeni w wiedzę o faktach, nie damy wmówić sobie, że Polacy w zasadzie nie byli ofiarami II wojny światowej, a jeśli już, to jedynie trzeciorzędnymi, a tak w ogóle to nie jako tacy. Warto więc sięgnąć po odtrutkę na takie tezy i przypomnieć, jak wyglądała okupacyjna rzeczywistość. Przy okazji oddamy sprawiedliwość tym naukowcom niemieckim, którzy opisują tę rzeczywistość w sposób prawdziwy, i przyjrzymy się książce "Wyparte, odrzucone, odroczone" dr. Karla Heinza Rotha oraz Hartmuta Rübnera, a zwłaszcza jej rozdziałowi pt. „Eksploatacja i eksterminacja: okupacja Polski (1939-1945)”. O ile nie wskazano inaczej, wszystkie cytaty pochodzą z tej książki.
Siedem faz niemieckiego terroru
We wspomnianym rozdziale dr Roth opisuje siedem faz terroru wobec Polski i Polaków, zaczynając od niebywałej przemocy związanej z wrześniowym atakiem na nasz kraj i ciężkimi zbrodniami wojennymi Wehrmachtu, Luftwaffe, Einsatzgruppen (grup operacyjnych) oraz Selbstschutzu (milicji niemieckiej mniejszości narodowej). Przypomina, że tylko do zakończenia działań wojennych zamordowano i deportowano dziesiątki tysięcy polskich cywili i że celem Niemców było zniszczenie „bytu państwowego i narodowego Polski”, a jego głównym narzędziem pozostawał „systematycznie stosowany terror”.
Jak podkreśla dr Roth, terror ten nie był przypadkowy. Wyrażał on „wolę eksterminacji, którą nazistowskie kierownictwo wpajało Wehrmachtowi i SS od czasu podjęcia w kwietniu 1939 r. decyzji o ataku na Polskę. Polska miała zostać zlikwidowana jako państwo i naród. W tym celu miały zostać unicestwione jej warstwy przywódcze, inteligencja i elity funkcyjne. Oświata i polska kultura miały zniknąć. Pozostać miała zdemoralizowana (…) warstwa helotów, stojąca do dyspozycji Niemców jako uległy i apatyczny rezerwuar mobilnych robotników”. – A to jedynie na początek.
By zapewnić nieodwracalność tego procesu, Niemcy planowali radykalnie zgermanizować polskie tereny, a wszystkich Polaków - nie tylko narodowości żydowskiej (mówimy o pierwszej fazie wojny) - wywłaszczyć i wypędzić. Brutalna praktyka okupacyjna Polski wynikała ze strategicznej koncepcji „unicestwienia Polski”, a do jej realizacji przystąpiono „od razu i ze skrajną brutalnością”.
"Najniższe ogniwa w hierarchii"
Na ziemiach zaanektowanych Niemcy przystąpili do masowych deportacji, wywłaszczania „większości polskich i polsko-żydowskich zakładów produkcyjnych, handlowych i rolniczych”, grabionych przez „setki tysięcy volks- i reichsdeutschów” oraz przymusowej rekrutacji do pracy w Rzeszy. Warto przypomnieć, że po ataku na Polskę tuż za Wehrmachtem i Einsatzgruppen szli urzędnicy niemieckich urzędów pracy, a pierwszy z nich powstał w Rybniku już 3 września 1939 roku (Ulrich Herbert, Fremdarbeiter, Politik und Praxis des „Ausländer-Einsatzes” in der Kriegswirtschaft des Dritten Reiches, Bonn 1985, str. 67.). Owa przymusowa rekrutacja do pracy była tak masowa, że do grudnia 1939 r. na roboty do Rzeszy wywieziono blisko milion ludzi. W Generalnym Gubernatorstwie z kolei trwała w tym czasie „długa faza obracania w gruzy”.
„Zasoby gospodarcze były rabowane tak gruntownie, że utrudniło to ich późniejsze włączenie do niemieckiej gospodarki wojennej. Nie usuwano ruin w poważnie zniszczonej Warszawie. Dochodzili do tego wypędzani na masową skalę Polacy i polscy Żydzi. (...) Szerzyła się gospodarcza dezorganizacja i głód”.
Hierarchia społeczna nazistowskich Niemców opierała się na „kryteriach społeczno-rasowych”, a jej najniższymi ogniwami byli „wyłączeni jeszcze z eksterminacji żydowscy robotnicy przymusowi i mieszkańcy gett oraz polscy 'podopieczni'”. Przypomnijmy, że Rossoliński-Liebe nie wskazuje na to, że Polacy wraz z Żydami byli wówczas „najniższymi ogniwami w hierarchii”, stwierdza eufemistycznie, że „w hierarchii rasistowskiej GG Polacy (...) zajmowali status pomiędzy Żydami a Niemcami”.
Terrorowi podlegała cała polska ludność
Jak podkreśla dr Roth, z czasem terror „nie był już stosowany jedynie w ustalonych przypadkach - prewencyjnie lub reaktywnie - przeciwko określonym grupom społecznym i ruchowi oporu, lecz rozciągnięto go na całą polską ludność”, czyniąc go podstawową metodą polityki okupacyjnej. Kto unikał powołania do „Służby Budowalnej” albo chronił Żyda, był rozstrzeliwany. Palono wsie, które nie dostarczały narzuconych kontyngentów żywności, za jednego zabitego funkcjonariusza niemieckiego mordowano 50 zakładników. Na roboty przymusowe porywano przypadkowych ludzi w łapankach.
Już we wrześniu 1939 r. powstały sądy specjalne, których do końca wojny na terenach okupowanej Polski było 50 i które wydały tysiące wyroków śmierci. W styczniu 1941 r. „wprowadzono specjalne prawo karne, które dla Polaków i Żydów zrównywało znamiona zbrodni, występków i wykroczeń i przewidywało już tylko karę śmierci bądź wywiezienie do obozu koncentracyjnego. Terror stał się podporą i uniwersalnym kluczem niemieckiej administracji okupacyjnej. Jego celem było trzymanie w ryzach społeczeństwa, któremu tymczasowo wyznaczono rolę skolonizowanego narodu helotów, a po niemieckim ‘ostatecznym zwycięstwie’ miał on zostać wytępiony tak samo jak już wcześniej ludność żydowska”.
Planowaniem i realizacją terroru zarządzał aparat SS i policji, wraz z wszelkimi jej możliwymi formacjami i służbą bezpieczeństwa. Gestapo podlegały liczne więzienia - przez jeden tylko Pawiak przeszło 100 000 ludzi, blisko 40% z nich Niemcy zamordowali. Jedna tylko Policja Porządkowa (Orpo) posiadała ponad 500 własnych więzień. Zwieńczeniem terroru były obozy pracy, koncentracyjne i zagłady. Dr Roth przypomina w tym kontekście, że „nie powinniśmy też zapominać, że w obozach koncentracyjnych (…) od początku internowano także dziesiątki tysięcy nieżydowskich polskich więźniów”.
Zbrodniczy Wehrmacht
Wbrew rozmaitym legendom w terrorze i zbrodniach wojennych czynnie uczestniczył także Wehrmacht: począwszy od bombardowania „bezbronnych miast, masakry jeńców wojennych i rozstrzeliwania zakładników”, przez udział m.in. „w przymusowych wysiedleniach, likwidacji warszawskiego getta (...) czy masowych zbrodniach na warszawskiej ludności cywilnej w sierpniu i wrześniu 1944 r. oraz dokonanym następnie zniszczeniu stolicy”, nie mówiąc o walce z partyzantami.
Podczas kolejnych fal terroru Wehrmacht uczestniczył w pacyfikacji polskich wsi, podczas których spalono osiemset miejscowości, a całą ich ludność bestialsko wymordowano. Wehrmacht brał też udział w zamordowaniu 200 000 mieszkańców stolicy, głównie cywilów. Z kolei ocalałą ludność stolicy - 650 000 ludzi – „wypędzono, internowano, a potem jej część wywieziono do obozów koncentracyjnych i obozów pracy”. W tym miejscu warto przypomnieć, że w samej Warszawie cały swój dobytek straciło blisko milion ludzi.
Głód
Także polityka żywnościowa, a właściwie głodowa Niemców była dla okupowanej Polski zabójcza, a i ona wynikała między innymi „z ich woli likwidacji Polski jako państwa i narodu”. Dość powiedzieć, że w 1940/1941 roku przydział racji żywnościowych na Polaka wynosił 600 kalorii dziennie (dla zamkniętych już wówczas w gettach Żydów po 200 do 400). Jak zwraca uwagę dr Roth, „było to równoznaczne ze skazaniem całej polskiej ludności na śmierć głodową - choć w rozmaitym tempie". W 1943 r. racje te nieco zwiększono, ale nadal pozostawały głodowe. Do śmierci głodowej całej ludności Generalnego Gubernatorstwa nie doszło głównie dzięki istnieniu czarnego rynku i podziemnej gospodarki rynkowej, która pozwoliła uchronić „ludność nieżydowską przed ostatecznym ludobójstwem głodowym. Szacuje się, że pokrywała ona (podziemna gospodarka rynkowa – AD) do 65% podstawowych potrzeb polskiej ludności, a kto nie mógł w niej uczestniczyć był w zasadzie skazany na śmierć”.
Czarny rynek opierał się w dużej mierze na rolnictwie szmuglowaniu produktów rolnych do miast, naturalnie pod groźbą kary śmierci. Rolnictwo funkcjonowało jako tako chyba tylko cudem, biorąc pod uwagę jego straty i niszczenie przez niemieckich okupantów - ogromne kontyngenty rabowanej żywności wywożono do Rzeszy - a zwłaszcza miliony ton zboża, ziemniaków, mięsa i bydła, cukru i tłuszczów. Rabunek dotyczył zresztą całej gospodarki Polski, Niemcy skonfiskowali i zagrabili dziesiątki tysięcy nieruchomości, przedsiębiorstw, zakładów i papierów wartościowych. Do początku 1942 r. na ziemiach zaanektowanych skonfiskowano blisko milion gospodarstw rolnych. Tam też „doszło do (...) masowego wywłaszczenia całej polskiej własności publicznej i prywatnej i przeniesienia jej na niemieckich 'powierników' z Rzeszy, przy czym nie czyniono zasadniczej różnicy między statusem narodowościowym poprzednich właścicieli (Żydów i nie-Żydów)”.
Warto też zaznaczyć w tym miejscu, że okupowana Polska zmuszona była z własnego rabowanego budżetu finansować kredyty dla Rzeszy (między innymi w ramach ekspansji takich niemieckich banków jak Commerzbank czy filie Deutsche Bank i Dresdner Bank w Wiedniu), koszty okupacyjnej administracji cywilnej, a także koszty okupacji, czyli m.in. Wehrmacht, aparat SS, Gestapo i innych niemieckich formacji policyjnych.
Pomijane fakty i spór o Generalplan Ost
Wróćmy teraz na chwilę do eksterminacyjnych planów niemieckich wobec Polaków, czyli do Generalnego Planu Wschodniego. Został on uchwalony w styczniu 1942 roku i dotyczył wszystkich Słowian z podbitej do tego momentu Europy Wschodniej, choć w rożnym zakresie. Przewidywał, że po deportowaniu i zamordowaniu całej ludności żydowskiej na tych terenach, przyjdzie kolej na inne narody. W pierwszym etapie 2/3 ludności słowiańskiej miało zostać poddane „eksterminacji przez pracę”, docelowo planowano eksterminować w ten sposób do 85% Polaków. Realizację Planu przewidziano na 20 lat, a jego pierwszym etapem było „wysiedlanie Zamojszczyzny”, w ramach którego wypędzono 110 000 tysięcy ludzi, z których połowa trafiła do obozów koncentracyjnych (blisko 25% prosto do Auschwitz) i do obozów zbornych, a połowa uciekła, by się ukrywać lub przyłączyć do partyzantki czy ruchu oporu, który wtedy zaczął być tak masowy, że znacznie utrudniało to okupantom realizację celów. Niedługo potem wojna skończyła się i do realizacji Planu nie doszło. Jak podkreślają autorzy, gdyby jednak okupanci mogli „działać przez dziesięć lat, to Polska rzeczywiście zniknęłaby z mapy jako historyczny naród kulturowy”.
Tymczasem choć Rossoliński-Liebe najwyraźniej słyszał o Generalplan Ost, poświęca mu bowiem dwa krótkie akapity swojej liczącej ponad 1000 stron książki, nie wspomina o losie, jaki przewidziano dla Polaków. Poprzestaje na twierdzeniach, że mieli podlegać deportacjom i pracy przymusowej.
Niemcy zostawili spaloną ziemię
Niebywała przemoc, rabunek i destrukcja, trwały do samego końca wojny. Cofając się przed Sowietami, Niemcy nadal stosowali terror i praktykę „spalonej ziemi”, demontując, niszcząc i wywożąc ze sobą wszystko, co napotkali na swej drodze. Zniszczyli w ten sposób cały istniejący na terenie Polski przemysł zbrojeniowy, górnictwo, hutnictwo i rzemiosło oraz prawie cały tabor kolejowy (97%). Zniszczyli także „90% infrastruktury transportowej - mosty, dworce i najważniejsze linie kolejowe”. To dane kontrujące argumenty wszelkiej maści rewizjonistów historycznych opiewających Ziemie Odzyskane jako krainę mlekiem i miodem płynącą. Oczywiście, często dzieło zniszczenia wieńczyli sowieci.
Nawiasem mówiąc - niczym w odpowiedzi na zarzuty Rossolińskiego-Liebe, dr Roth opisuje też krótko sytuację polskich i żydowskich urzędników działających w okupacyjnych realiach. Pisze o nich w ten sposób:
„Także wykorzystywani w podstawowych jednostkach niemieckiej władzy okupacyjnej polscy pracownicy urzędów miejskich, naczelnicy powiatów, starostowie, członkowie Judenratów, wójtowie i członkowie lokalnej policji (...) byli wyłącznie wykonawcami rozkazów. Nie mieli żadnej możliwości negocjowania kompromisów na rzecz reprezentowanych przez siebie grup społecznych”.
Manipulacje Rossolińskiego-Liebe
Autorzy podkreślają przy tym, że Niemcy „zawładnęli całą okupacyjną administracją” i że „wszyscy, którzy chcieli współpracować z Niemcami, byli skonfrontowani z werdyktami polskiego ‘państwa podziemnego’, które wydawało drakońskie wyroki na kolaborantów i nie czekało z ich wykonaniem na moment wyzwolenia”.
Tymczasem u Rossolińskiego-Liebe - poza wyżej przywołanymi tezami - czytamy o tym, jak z biegiem wojny Armia Krajowa „dryfowała coraz bardziej na prawo. W lipcu 1944 roku przyłączyły się do niej Narodowe Siły Zbrojne, wywodzące się z przedwojennych organizacji faszystowskich i uznające się za radykalnie prawicową i antysemicką grupę ruchu oporu”. Według niego „AK rzadko pomagała Żydom”, a poza tym wprawdzie powołała Żegotę, ale miała ona marginalne znaczenie i „niewielki budżet”. Dowiadujemy się też od niego, że „poszczególne oddziały AK mordowały Żydów w ich kryjówkach” (Grzegorz Rossoliński-Liebe, Polnische Bürgermeister und der Holokaust, str. 236), ale szczegółów nie podaje, nie wspomina też o Pileckim ani Karskim.
"W rozgrzanym, patriotycznym nastroju"
Nawiasem mówiąc o tym, jak Rossoliński-Liebe rozkłada w swojej książce rozmaite akcenty, wymownie świadczy między innymi to, w jaki sposób pisze o Stefanie Starzyńskim. Opisując działania Prezydenta Warszawy we wrześniu 1939 r., stwierdza:
„Starzyński, Kulski i inni (…) bronili Warszawy w rozgrzanym, patriotycznym nastroju”.
Z samej obrony Warszawy czyni przy tym niemal zarzut, pisząc, że „przyczyniła się ona (…) do zniszczenia miasta w ok. 12% i do śmierci ok. 50 000 osób na skutek działań wojennych”. Dalej twierdzi, że po kapitulacji Starzyński „został bardzo przyjaźnie przyjęty przez von Cochenhausena i obecnych niemieckich oficerów” i że potem „nie pozostał już długo na urzędzie”, ponieważ aresztowało go Gestapo. Chwilę później dowiadujemy się, że „niemieccy politycy nie ufali Starzyńskiemu (…)”, który „(…) był więziony na Pawiaku, a następnie został rozstrzelany” (Op. cit., str. 248-251) . Kto go więził i rozstrzelał? O tym Rossoliński-Liebe nie pisze.
Napaść na Polskę pierwszą wojną eksterminacyjną
Wracając do odtrutki i dr. Rotha: stwierdza on w swojej książce, że „napaść na Polskę była pierwszą wojną eksterminacyjną, którą Niemcy prowadzili podczas drugiej wojny światowej”. Opisuje też bilans najważniejszych strat Polski, który warto w tym momencie przypomnieć. Wojna kosztowała życie 5,7 mln polskich obywateli, w tym 3 mln polskich Żydów. 89% tej liczby stanowiły ofiary cywilne. Ponad 5 mln osób stało się inwalidami, ofiarami ciężkich obrażeń, traum i chorób przewlekłych - w tym blisko 900 000 osób, które przeżyły obozy koncentracyjne, więzienia i eksperymenty pseudomedyczne. Na gruźlicę zachorowało ponad 1,1 mln osób więcej niż średnio przed wojną. 2,8 mln było robotnikami przymusowymi i niewolniczymi. Tu warto dodać, że abstrahując od ludzi wywiezionych na roboty przymusowe do Rzeszy (nierzadko dzieci), praktycznie z całej ludności polskiej utworzono przymusowy zasób pracowniczy, wprowadzając obowiązek pracy dla wszystkich od 16., a potem już od 14. do 65. roku życia i łącząc z nim obowiązek meldunku, co z kolei stanowiło warunek otrzymywania kartek na żywność.
W ten sposób rejestracja do pracy stanowiła warunek „fizycznego przetrwania”. Kto bowiem nie zgłaszał się do pracy, nie posiadał meldunku, nie otrzymywał kartek i nie miał szans na przeżycie.
Bilans strat
Wracając do bilansu strat: w wyniku wojny i okupacji Polska „utraciła 38% swojego majątku narodowego, w tym 35% sektora rolnego, 32% sektora wytwórczego (...), 50% infrastruktury, 65% handlu (...) oraz 43% dóbr kultury”. Tu warto konkretnie przypomnieć, jak wyglądało ich rabowanie przez Niemców. Na ziemiach zaanektowanych działały specjalne komanda fundacji SS (sic!) „Ahnenerbe” (Dziedzictwo Przodków), które „przeszukiwały wszystkie muzea, biblioteki i kolekcje, żeby przywłaszczyć sobie najcenniejsze przedmioty przed likwidacją polskich i żydowskich zbiorów sztuki”. Zanim jeszcze proklamowano Generalne Gubernatorstwo, Hermann Göring „nakazał konfiskatę zbiorów polskiego Muzeum Narodowego, Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie i licznych pałaców. (…) Od 1941/1942 r. gubernator generalny Hans Frank nadał akcjom grabieży charakter systemowy. Nakazał konfiskatę wszystkich publicznych i wielu prywatnych kolekcji (…). Do końca okupacji rozwinął się dynamiczny transfer zrabowanych polskich dzieł sztuki i dóbr kultury do niemieckich muzeów, prywatnych kolekcji nazistowskiego kierownictwa i antykwariatów. (...) Ponadto Niemcy niszczyli liczne pomniki i historyczne budowle, aby unicestwić polską kulturę”. Na ziemiach zaanektowanych straty w nieruchomościach mieszkalnych wyniosły 40%, ok. 30% gospodarstw rolnych było zniszczonych, a „liczba zwierząt hodowlanych spadła o ponad 91%”.
Do danych wskazywanych przez dr. Rotha należy dodać jeszcze 200 000 dzieci porwanych na germanizację do Rzeszy, z których do Polski wróciło jedynie ok. 30 000, na co wskazuje Raport o polskich stratach wojennych.
Kończąc omawiać temat naszych strat, dr Roth stwierdza, że „gdy kończyła się niemiecka okupacja Polska rzeczywiście była już ‘stosem gruzów’”.
Dlaczego ta książka budzi sprzeciw
- Relatywizuje niemiecką odpowiedzialność – krytycy wskazują, że autor osłabia obraz okupacji jako projektu eksterminacyjnego wobec Polaków, marginalizując rasistowski charakter niemieckiej polityki i pomijając pojęcie „podludzi” w nazistowskiej ideologii.
- Uogólnienia obciążające całe społeczeństwo – tezy o „korzyściach Polaków z mordowania Żydów” mają charakter zbiorowego oskarżenia, nieuwzględniającego terroru, przymusu i realiów okupacyjnych.
- Selektywny dobór źródeł – historycy zarzucają autorowi pomijanie kluczowych faktów (m.in. Generalplan Ost, skali terroru wobec Polaków, roli państwa podziemnego) oraz wybiórcze cytowanie materiałów.
- Sprzeczność z ustaleniami historiografii – wnioski książki stoją w konflikcie z dorobkiem badań nad okupacją Polski, w tym z pracami niemieckich historyków opisujących ją jako pierwszą wojnę eksterminacyjną III Rzeszy.
- Skutki – publikacja jest promowana przez wpływowe instytucje i media, co zdaniem krytyków utrwala uproszczone i krzywdzące narracje o historii Polski w międzynarodowej debacie.




